piątek, 25 grudnia 2009

Wesołych Świąt :)

W dniu dzisiejszym wypoczywam, nadrabiam zaległą lekturę i myślę o Tych, którzy -z różnych powodów- są mi bliscy. Tym wszystkim, którzy w okresie Świąt wejdą na mojego bloga, życzę zdrowia i spełnienia marzeń, dedykując jednocześnie moje crazy patchwork'owe świąteczne skarpety :)



wtorek, 22 grudnia 2009

Double Wedding Ring


Tak sobie dzisiaj przeglądałam tego mojego bloga i doszłam do wniosku, że nie ma tutaj mojego najukochańszego, patchworkowego "dziecka". Pledzik uszyłam jakieś półtora roku temu i był wtedy moim największym osiągnięciem. Pamiętam, kilka lat temu ktoś mi powiedział, że osiągnęłam poziom mistrzowski w patchworkowaniu. Odpowiedziałam wtedy, że będę mogła powiedzieć o mistrzostwie, jeśli uszyję Double Wedding Ring  (a konkretnie Indian Wedding Ring) z więcej niż 1500 kawałków... I zrobiłam to! Szyłam go bardzo długo. Jest caluteńki wypikowany ręcznie, z ponad 1600 kawałków (coś około 1648 chyba). Mnóstwo pracy, ale wyszedł przepięknie. Wymiary: 180 x 235 cm. Żeby uzyskać głęboki relief zastosowałam bardzo grubą ocieplinę. Spodnia warstwa jest poddrapowywana, aby zapewnić quiltowi długowieczność... Było na niego wielu kupców, ale postanowiłam, że ten egzemplarz zostanie u mnie. W przyszłości będzie zdobił mój wymarzony, wiejski dom. Poza tym, głęboko wierzę, że każda ręczna robota przenika energią osoby, która ją tworzy. Kiedy szyłam ten pled, towarzyszyły mi różne, bardzo skrajne emocje: choroba mojego taty, moje problemy ze zdrowiem, problemy mieszkaniowe, uczuciowe, śmierć przyjaciela, ale też wiele radosnych i szczęśliwych chwil. To wszystko "siedzi" gdzieś w tym quilcie i tak już zostanie... Nie robię jednak problemu, jeśli ktoś chce mieć takie cacko u siebie, ponieważ praca nad tego rodzaju wzorem jest dla mnie zawsze wyzwaniem. Może ze względu na jego pracochłonność i całą wiedzę patchworkową, jaką należy się wykazać, aby go uszyć.

sobota, 19 grudnia 2009

Królowa Śniegu

Zasypało Poznań... Przymroziło... Tam, gdzie spaceruję z Nuką - całkiem jak w bajce o Królowej Śniegu: szpalery pokrytych szronem drzew, puszysta pierzynka białego puchu. Pięknie! Niestety, zanim tam dojdziemy, musimy przebrnąć przez ulice posypane mieszanką jakiegoś solnego paskudztwa, które najwyraźniej nie służy psim łapkom. Coś za coś...

Kilka dni temu ktoś mi zarzucił, że -w odróżnieniu od innych blogów- na moim nie czuje się Świąt. Ba, w tym rzecz, że właśnie z powodu przedświątecznej gorączki, nie znajduję zbyt wiele czasu na pisanie postów. Mam spore zaległości w mailach, prasa zakupiona czeka na przeczytanie, kilka książek również... A ja tylko szyję, szyję, szyję... Najwięcej świątecznych skarpet :) Dzisiaj chyba najpiękniejsza ze skarpet. Uszyłam ją ze skrawków białych tkanin w połączeniu z koronką. Ozdobiona guzikami i perełkami. Szyta techniką "crazy patchwork". Nazwałam ją "Królową Śniegu", gdyż od samego początku skojarzyła mi się z tą właśnie bajką. Cały czas czeka na nowego właściciela :)

niedziela, 13 grudnia 2009

Pierniki...


Dzisiejszy dzień minął mi na pieczeniu pierniczków. To był ostatni dzwonek - muszą skruszeć do Świąt, a wyszły jak zwykle twarde. Jutro lukrowanie...Piekłam sama i wspominałam czasy, kiedy Dalia i Cyntia były jeszcze malutkie. Wtedy to był dopiero ceremoniał! Dziewczynki w fartuchach większych, niż one same; do wykrawania używane wszelkie przybory kuchenne (tu dziecięca wyobraźnia nie miała granic), a więc: foremki, szklanki, kubki, sztućce wszelkiej maści, tudzież nabierki... Kuchnia i my  (łącznie z psem) całe w mące. Kiedy więc pierniczki były upieczone, a córcie padały umęczone ciężką pracą, mi pozostawało sprzątanie tego pobojowiska... Dzisiaj, niestety, nikt mi już nie pomaga. Cały proces technologiczny spada na mnie. Oczywiście, dziewczyny wpadają do kuchni w momentach, kiedy kolejna partia pierniczków wyjeżdża z piekarnika... i tym sposobem wiele serduszek, choineczek, dzwoneczków nie doczeka - niestety-  lukrowania, znikając przedwcześnie w brzuchach moich łakomczuchów... Dla podtrzymania tematu - dzisiaj fotka szmacianego "pierniczka-breloczka", który powstał jakiś miesiąc temu. "Polukrowany" haftem ręcznym :)  Mój ukochany "primitive country"... Breloczek znalazł już właściciela (Warszawa).

poniedziałek, 30 listopada 2009

Pieskie życie?


Obrazek z miejskiego podwórka... Wychodzę dzisiejszego ranka z Nuką na spacer, na skwerek, który to Wszechpotężne Władze Miasta Poznania wyznaczyły okolicznym pieskom jako miejsce na "siusiu". Tutaj pupilki nasze mogą się... wybiegać! Na caaałą długość smyczy; znaczy się - 5 metrów (w naszym przypadku). Co za luksus!... Ale, ale... Spotykamy na skwerku znajomego psiaka i zaczynają się harce. Nagle z pobliskiej bramy wychodzi Pani z Białym Pudlem. Pudelek -widać- po świeżym strzyżeniu: na łapkach gustowne "bąbelki", takiż sam na ogonku. Najwyraźniej widać, że chce dołączyć do naszych psiaków. Ciągnie, szarpie, omal smyczy nie zerwie. On w swoją stronę, Pani - w swoją. Żal mi się zrobiło psiny, więc mówię do kobiety: "Niech mu pani pozwoli chociaż się przywitać. Najwyraźniej potrzebuje psiego towarzystwa". Paniusia zmierzyła wzrokiem nas, potem nasze psy i z powagą w głosie odparła: "Mój jest rasowy"... Po czym zwinnym ruchem ujęła swój "skarb" wpół, wcisnęła pod pachę, aż zapiszczał i -z dumnie podniesionym czołem- odeszła... No, cóż... Okazuje się, że Nuka to niższa klasa w psiej społeczności. Kiedy patrzę czasami na głupotę właścicieli niektórych "rasowców" myślę, że moja sunia miała wielkie szczęście, urodziwszy się kundelkiem.
Skoro było o pieskach, to muszę wrzucić jakąś pracę na temat :) Niech będzie dziecięca kołderka, którą ostatnio szyłam na zamówienie. Klientka z Warszawy zamówiła dla swojego bratanka (ostatnio dużo moich prac trafia do Warszawy... i Krakowa). Szyta techniką aplikacji; quilting maszynowy. Wymiary: 62 x 77 cm... Taka słodziutka, niemowlęca :)

środa, 25 listopada 2009

Króliczek z ciekawą historią...

Podobno dzisiaj mamy Światowy Dzień Misia, dlatego pozostanę w świecie zabawek. Nie będzie jednak o misiu; po pierwsze - z przekory, po drugie - misiek był ostatnio. Dzisiaj będzie o pewnym króliku...
Nie pamiętam już na jakich "starociach" wygrzebałam książkę "Zabawki z tkanin" z 1957r. Jest dla mnie jak relikwia. Mało, że okazała się skarbnicą wiedzy o szyciu zabawek (opisy całych procesów technologicznych), to jeszcze zawierała -zatknięte za papierową zakładeczkę- wykroje na wszystkie opisane zabawki. Kompletne! Na stronie tytułowej przybita pieczątka Spółdzielni Pracy Zabawkarsko-Galanteryjnej z adresem: Puszczykowo ul.Poznańska 29. Poszukałam, poszperałam, popytałam i co się okazało? Pieczątka nie jest fikcją... Okazuje się, że w podpoznańskim Puszczykowie taka  Spółdzielnia kiedyś była i szyto w niej wszystkie zabawki zamieszczone w książce. Postanowiłam powoli wskrzeszać te "pluszaki - szmaciaki", oczywiście w wersji mojej własnej. Na pierwszy ogień poszedł królik o dźwięcznym imieniu Pif (imię zachowałam w oryginale)... Powiększyłam na ksero wykrój o połowę w stosunku do wersji oryginalnej, w której to wersji królik uszyty był z pluszu, a wnętrza uszu miał z... ceraty! Brrrr! Mojego postanowiłam uszyć techniką "crazy patchwork". W ostateczności wyszedł taki pastelowy cudaczek, o wysokości ok. 55cm wraz z uszami. Na razie jeszcze nie znalazł innego domu - jest u mnie.

wtorek, 17 listopada 2009

Coś dla Anki P. :)

Ano, tak... To było kwestią czasu... Zaglądam dzisiaj do mojej poczty, a tu mail od mojej koleżanki, Anny P. Aneczka, która bywa osobą wyjątkowo bezpośrednią, zarzuciła mi -używając słów wyszukanie niewybrednych- że sobie na blogu koncert życzeń urządziłam, o niej samej zapomniawszy... Zarzut kolejny dotyczył prac dotychczas zamieszczonych... że to niby tylko "jakieś country" i kolory "ponuro-jesienne"... Aneczka gustuje w kolorach, nasyconych, kobieco-dziewczęcych, zupełnie nie pasujących do jej temperamentu i osobowości (to moje spostrzeżenie... A, niech tam... Najwyżej jutro odbiorę jeszcze gorszego maila). Wyżej wymieniona wręcz zażądała, aby wrzucić na bloga zabawki i "inne duperele", które Ona najbardziej sobie ceni, ze specjalną dedykacją. Dlatego też, Aniu, od dzisiaj -wszystko, co nie będzie "country" i "ponuro-jesienne"- jest specjalnie dla Ciebie.

Dzisiaj może coś z zabawek... Misiek patchworkowy, dwukolorowy. Oj, naszyłam ja tych miśków, naszyłam!...  W różnych zestawach kolorystycznych, chociaż -moim zdaniem- najlepiej wyglądają biało-czerwone. Miśki są pikowane ręcznie, dwukolorową nicią. Wypchane watą tapicerską. Noski i oczy wyszyte czarnymi paciorkami. Wysokość ok. 28 cm. Obdarowywałam też podobnymi dzieci wielu znajomych. Misie raczej nie nadają się do zabawy (mają delikatny quilting, o który trzeba dbać), ale są świetną ozdobą domu; dla koneserów patchworku. Bardzo podobne szyto w Stanach na przełomie XIX / XX w. Jednego miśka mam jeszcze na zbyciu, aczkolwiek nie wiem, czy to jest ten z fotografii (musiałabym zajrzeć w głąb szafy).
Co do wyglądu miśków... Wiele osób twierdzi, że są nieco... "indiańskie". W ogóle słyszę często, że w wielu moich pracach wyczuwa się "indiańskiego ducha". Cóż, w moim przypadku to chyba nic dziwnego... Gorzej by było, gdyby tego "ducha" nie było.

niedziela, 15 listopada 2009

Listopad to, czy mnie oczy mylą?



Drugi dzień z kolei obudziłam się i przecierałam oczy ze zdziwienia. Kto pamięta tak piękne dni w listopadzie? Razem z Nuką mogłyśmy napawać się słońcem, ciepłem i zapachem prawdziwej jesieni, brnąc w pierzynach szeleszczących liści nadwarciańskimi ścieżkami. Dzisiaj udało mi się nawet wyciągnąć na spacer moje córki... Właśnie dla takich dni chcę zamieszkać na wsi... Chcę wdychać zapach wilgotnych liści i świeżo zaoranej ziemi...
Przez dziesiątki (a może i setki) lat uczono nas, że nie należy głośno dzielić się marzeniami, aby nie zapeszyć. Niedawno wyczytałam gdzieś, że -wręcz przeciwnie- należy mówić o tym, a nawet gdzieś zapisać, by wszystkie moce wszechświata mogły nad naszymi marzeniami pracować. Ach, te nowe ideologie ;)... Przeto ja -Małgorzata Nowak- krzyczę głośno i piszę największymi możliwymi literami: MAM MARZENIA! Marzę o starej, wiejskiej chałupie w miejscu "gdzie woda czysta i trawa zielona". Chata nie może być zbyt mała, oj nie! Musi pomieścić mnie i moich najbliższych... Musi strych posiadać, gdyż tam powstanie moja pracownia! No i koniecznie jakieś dwa pokoiki dodatkowo dla tych, którzy zechcą zawitać do mnie po to, by w tej mojej samotni leczyć swoje skołatane nerwy. Jeśli oczywiście nie będzie im przeszkadzało terkotanie mojej maszyny... Ziemi też musi być trochę... Do pracy na roli, to ja się raczej nie nadaję, ale lubię warzywka z własnej grządki. Poza tym, część ziemi -najlepiej gdzieś pod lasem- musi być obsiana trawą; mam wobec niej pewne plany, związane z dość dużą, zorganizowaną grupą ludzi, głównie w okresie letnim... Oczywiście na podwórku sfora psów (a jakże, wszak jestem członkiem TOZ-u), może jakaś koza, kot... Jeśli przybłąka się gęś czy kura, też znajdzie dach nad głową i dożywotnią emeryturę. Czy znajdę taką chałupę? Myślę, że tak... Lokalizacja? Warmia i Mazury, Podlasie, południowo-wschodnia Polska, Góry Świętokrzyskie... I pomyśleć, że dokładnie rok temu moje marzenie mogło stać się rzeczywistością... Przeklinam kryzys gospodarczy, przez który wstrzymano mi kredyt hipoteczny! Ale podobno - co się odwlecze, to nie uciecze...
Posta ubarwię moją makatką z motywami z wiejskiego podwórka, fikuśną i wesołą. Pikowana ręcznie, wzbogacona guzikami. Wymiary: 49x50 cm. Pojechała najpierw do Krakowa, następnie w nieznanym mi bliżej kierunku. Może rozwesela jakąś rustykalną kuchnię?

piątek, 13 listopada 2009

Primitive Country - specjalnie dla Pana Marcina :)




Dzisiaj coś specjalnie dla Pana Marcina, który zostawia mi -bardzo miłe, budujące i zachęcające do dalszej pracy- komentarze. Ciąg dalszy prac w stylu "primitive country", czyli dwie poduszki wykonane techniką aplikacji. Jest w nich trochę haftu ręcznego i... guziki! Uwielbiam połączenie patchworku z guzikami! Te, które ja stosuję w tego typu pracach są najczęściej "zdobyczne", wyszperane w starociach, poodpruwane od starych ubrań... takie z przeszłością. Mąż bardzo krytykuje moje guzikowe zbieractwo, ponieważ w jego rodzinie króluje przesąd, że kto zbiera guziki, jest zawsze biedny :)
Wracając do poduszek... Mają wymiary 40x40 cm, wypchane jaśkami z wypełnieniem poliestrowym. Niestety, ta pierwsza ma już nowy dom (w Krakowie), druga jeszcze nie. Piszę "niestety", ponieważ z reguły nie lubię rozbijania kilku moich prac, które stanowią jakąś spójną całość. Cóż, klient nasz pan i ma prawo stwierdzić, że dwie sztuki, to już za dużo :D

czwartek, 12 listopada 2009

Na życzenie Pani Marzeny :)

Dzisiaj dostałam maila od Pani Marzeny z Gdyni z sugestią, aby przy każdej mojej pracy wrzuconej na bloga informować o jej wymiarach, jak również o dostępności lub możliwości powielenia wzoru. Nigdy nie powielam wzorów moich prac... To trochę tak, jakby kazać poecie napisać jeszcze raz ten sam wiersz :) Istnieje jednak możliwość zamówienia pracy podobnej, w podobnym klimacie, o podobnej tematyce...
Wracając do prośby Pani Marzeny, uzupełniam informacje na temat prac już zamieszczonych...
Poduszka z wzorem "Indian Trail" jest dostępna, natomiast poduszka z wzorem geometrycznym - niestety- nie.
Pled z wzorem "Apple Core" - dostępny.
Makatka z jesiennym krajobrazem była zamówieniem specjalnym, więc ma właściciela.
Makatka "Happy Autumn" (wymiary: 41,5 x 62,5 cm) - dostępna.
Bieżnik z motywem dębowych liści (wymiary: 42 x 87 cm) - dostępny.

niedziela, 8 listopada 2009

Aukcja na rzecz DYP


W piątek wysłałam na aukcję jedną z moich prac. Jest to patchworkowa makata (quilt), powstała z inspiracji jednym z obrazów Allena KnowHisGun. Nie wiem, czy tylko ja tak mam?... W ułamku sekundy zapala się we mnie jakaś iskra pod wpływem obrazu, zapachu, dźwięku, wiersza, błysku w czyimś oku... i już wiem, że coś z tym muszę zrobić. Tak też było z tamtym obrazem. Emocje, jakie we mnie wywołał, musiałam przeżyć, przetrawić po swojemu i zamienić w jakąś formę materialną, namacalną... A że tak naprawdę najlepiej wychodzą mi patchworki, powstała ta makata. Jest w stu procentach uszyta i pikowana ręcznie; wymiary: 69 x 84 cm. Pewna bardzo wrażliwa osoba, po dłuższej chwili wpatrywania się w nią, stwierdziła, że płynie z niej pewien spokój, harmonia i pewna doza mistycyzmu :)
Makata poszła na aukcję na rzecz Dakota Youth Project, organizacji, która pomaga tzw. trudnej indiańskiej młodzieży. Nie ma dla mnie znaczenia, na ile zostanie wylicytowana. Wystarczy mi świadomość, że być może dzięki niej, jakiś indiański młody człowiek postanowi wyprostować ścieżki swojego życia w trudnej, rezerwatowej rzeczywistości. Mam nadzieję, że świadomość ta będzie również towarzyszyła osobie, która stanie się jej właścicielem.

czwartek, 5 listopada 2009

Daj mi, Boże, siłę dębu!...


Padłam... Drugi dzień leżę, jak betka. Mój nos, niczym cieknący, zardzewiały kran, toczy paskudną ciecz, potocznie zwaną katarem. Temperatura spadła, osłabiając mnie totalnie. Mam nadzieję, że nie było to "swińskie" paskudztwo, które stało się ostatnio gwiazdą wszystkich programów informacyjnych. Oczywiscie, u lekarza nie byłam ;) Bardzo dużym plusem mojej pozycji leżącej jest mnóstwo wolnego czasu. Nadrabiam zaległosci: książki, prasa, zaległe maile...sen!
Żeby "wywiązać się" z jakiegos obrazka do powyższego posta, zamieszczę fotkę bieżnika, który niedawno uszyłam. Klimat nadal jesienny, tonacja jak makatka "Happy Autumn", motyw dębowych lisci i żołędzi. Aplikacje naszywane maszynowo + haft ręczny. Trzy warstwy (wewnątrz ocieplina).

niedziela, 1 listopada 2009

Happy Autumn


Jako, iż mamy cały czas jesień, będę kontynuowała w tym klimacie:) Dzisiaj makatka w uwielbianym przeze mnie stylu "primitive country". Dużo aplikacji, trochę haftu ręcznego plus guziki. Nie rozumiem, dlaczego "primitive", który zrobił tak zawrotną karierę w USA, Kanadzie i całej Europie Zachodniej, w Polsce potyka się o ignorancję nawet ze strony osób siedzących bardzo mocno w "szmatkowym" hobby... Ale czemuż ja się dziwię? Wszak cały patchworkowy nurt (w tym biznes) rodzi się u nas w mękach. Ileż to razy, słyszę pytania: a co to własciwie jest ten patchwork; co to quilt, quilting? Początkowo myslałam,że wynika to z naszej typowo polskiej, odrębnej tradycji... ale gdzież tam! U nas nawet tradycja polska zanika. Przegrała z powodzią wschodniego paskudztwa. Czyż nie jest paranoją, że sklep z chińską tandetą swietnie prosperuje, a rodzimego rękodzielnika (przeważnie artystę) nie stać na opłacenie ZUS-u, podatków itd? Polska rzeczywistosć...

niedziela, 18 października 2009

Jesień...

Za oknem szaro, buro i pluchowato... A miał być taki piękny, słoneczny i ciepły październik. Nawet moja Nuka przesypia prawie całe dnie, zakotłowana w koce na kanapie mojego taty. Spacery zamykają się w czasie 10-15 minut. Ke Tonga od kilku dni nie wychodzi spod łóżka Dalii... Nie reaguje nawet na zapach jej ulubionego ogórka. Oznacza to jedno: idzie zima. Dla równowagi zagości na blogu jesień ciepła i słoneczna. Makatka, którą zrobiłam na zamówienie Pani Agnieszki Ś. dla jej córeczki Ani. Jest dość pokaźnych rozmiarów: 200 x 80 cm, dlatego, aby trzymała formę, musiałam szyć ją z pięciu warstw. Aplikacje naszywane ściegiem maszynowym; quilting również maszynowy. Świetnie pracowało mi się nad nią... Może dlatego, że przez cały czas miałam cudowny kontakt z Panią Agnieszką, która po określeniu, czego mniej więcej oczekuje, nie ingerowała w moją pracę, pozwalając mi tym samym na rozwinięcie wyobraźni. Lubię tak pracować. Powstała w ten sposób jedna z ciekawszych moich prac, chwalona wielokrotnie, co daje mi jeszcze większą satysfakcję.


środa, 14 października 2009

Apple Core





Dzisiaj dla odmiany coś dużego... Pled z wzorem "Apple Core", czyli coś z klasyki patchworku amerykańskiego. Ten ma wymiary: 180 x 180 cm. Quilting ręczny. W pierwotnej wersji miał być makatą na ścianę (wall hanging), ale z uwagi na bardzo grubą ocieplinę w środku, może stać się ciepłą kołderką. Oj, napracowałam się nad nim, napracowałam! W ogóle z "ogryzkami" jest niezła jazda, bo najciężej szyje się elementy po tzw. łukach, a w tym wzorze -niestety- łuki stanowią 100% wzoru. Pledzik wyszedł fajnie i (nieskromnie) jestem z niego dumna. Obecnie jestem na etapie szycia trzech "ogryzkowych" poduszek na zamówienie. Jak tylko skończę, wrzucę je na bloga.

wtorek, 13 października 2009

Nieobecna usprawiedliwiona



Obiecywałam sobie, że codziennie coś wrzucę na bloga, a tu trach... Dzisiejszej nocy minie dokładnie tydzień, jak z moją starszą córką wylądowałam w szpitalu. Drugi w jej życiu napad padaczkowy i pewna już diagnoza - epilepsja. Wszyscy w domu musimy "oswoić" jej chorobę. Codziennie w mojej głowie kłębowisko myśli: "dlaczego moje dziecko?" A potem głos z lewej strony: "no, właśnie, dlaczego Twoje?"... i od razu głos z prawej: "a dlaczego właściwie wszystkie, tylko nie Twoje, egoistko?" Tłumaczę sobie i wszystkim w domu, że to nie koniec świata, że da się z tym żyć, jak z astmą lub cukrzycą, ale... tak mi jakoś... Jakby tego było mało, byłam dzisiaj u lekarza z moim tatą i diagnoza lekarska też mnie powaliła. Uff... ale sobie ponarzekałam.


Teraz na koniec wrzucę kolejną drobnicę: poduszkę kolorystycznie zgraną z poprzednią. Wymiary: 40 x 40 cm, quilting maszynowy w szwie. Zawsze myślałam, że te dwie podusie "zamieszkają" razem, ale niestety... Ta "zamieszkała" w Cobham pod Londynem, a Indian Trail cały czas szuka domu.

wtorek, 29 września 2009

Indian Trail








Na początek może coś z "drobnicy", czyli poduszka uszyta dość dawno, która jakimś cudem się uchowała. Z wzorem "Indian Trail", należącym do klasyki patchworku amerykańskiego. Wymiary: 40 x 40 cm. Quilting robiłam maszynowo (czasami bywam leniwa), ale myślę, że akurat tej podusi to "służy". Bardzo ją lubię. W ogóle - uwielbiam klasyczny, amerykański patchwork; chociaż odmiany australijskie i irlandzkie również do mnie przemawiają.

Startuję :)

W końcu musiałam się zmobilizować. Nie wiem, czy starczy mi wytrwałości i systematyczności w pisaniu... no i czasu... Tego ostatniego ciągle mi brakuje.

Nie, nie. To nie jest tak, że nigdy nie zaczęłam pisać :) Zaczęłam! Jakoś w marcu, czy kwietniu powstał blog, którego główny człon nazwy stanowiły moje inicjały: M'S'N (M'S'N Quilts & Patchwork). Nie przemyślałam jednak, że trudno będzie zaistnieć, jeśli całemu światu skrót MSN kojarzy się bardzo portalowo-internetowo... motylkowo :D

Postaram się zamieszczać fotki prac tworzonych na bieżąco, jak również ukończonych, których fotografie szczęśliwie zostały wykonane, gdyż przez bardzo długi okres czasu -w głupocie swojej- moich prac "nie uwieczniałam".