niedziela, 13 grudnia 2009

Pierniki...


Dzisiejszy dzień minął mi na pieczeniu pierniczków. To był ostatni dzwonek - muszą skruszeć do Świąt, a wyszły jak zwykle twarde. Jutro lukrowanie...Piekłam sama i wspominałam czasy, kiedy Dalia i Cyntia były jeszcze malutkie. Wtedy to był dopiero ceremoniał! Dziewczynki w fartuchach większych, niż one same; do wykrawania używane wszelkie przybory kuchenne (tu dziecięca wyobraźnia nie miała granic), a więc: foremki, szklanki, kubki, sztućce wszelkiej maści, tudzież nabierki... Kuchnia i my  (łącznie z psem) całe w mące. Kiedy więc pierniczki były upieczone, a córcie padały umęczone ciężką pracą, mi pozostawało sprzątanie tego pobojowiska... Dzisiaj, niestety, nikt mi już nie pomaga. Cały proces technologiczny spada na mnie. Oczywiście, dziewczyny wpadają do kuchni w momentach, kiedy kolejna partia pierniczków wyjeżdża z piekarnika... i tym sposobem wiele serduszek, choineczek, dzwoneczków nie doczeka - niestety-  lukrowania, znikając przedwcześnie w brzuchach moich łakomczuchów... Dla podtrzymania tematu - dzisiaj fotka szmacianego "pierniczka-breloczka", który powstał jakiś miesiąc temu. "Polukrowany" haftem ręcznym :)  Mój ukochany "primitive country"... Breloczek znalazł już właściciela (Warszawa).

1 komentarz: