piątek, 31 grudnia 2010

Spełnienia Marzeń...

...szczerej Miłości, czystej Przyjaźni, Spokoju i Radości każdego dnia... Tego wszystkiego życzę w nadchodzącym Nowym Roku wszystkim czytelnikom i odwiedzającym mojego bloga. Dziękuję jednocześnie za wszystkie życzenia, miłe i ciepłe słowa, które zamieszczacie w komentarzach i przesyłacie w mailach. To dla mnie bardzo ważne... Dziękuję za to, że JESTEŚCIE...
     Żeby było z jakimś "obrazkiem", wrzucam fotkę ostatniego mojego "dziecka" ;) Jest to art quilt, uszyty z lnu, szyfonu i aksamitu. Dodatkowo zdobiony paciorkami i cekinami; quilting maszynowy, aplikacja maszynowa. Wymiary: ok. 50 x 115 cm... Niedawno pisałam, że wracam powoli do bardziej ambitnych ;) form i ten art quilt jest takim "początkiem" ;)

wtorek, 28 grudnia 2010

Trochę przystopuję...

     Prawdopodobnie w najblizszym czasie zmaleje częstotliwość wpisów na moim blogu lub będą one krótsze :/ Niestety, tak mi się wszystko pogmatwało, że jestem zmuszona przyhamować z pisaniem... Mój tato wymaga już całodobowej opieki... Muszę poświęcić bardzo dużo czasu mojej starszej córce, gdyż sporo spraw jej się posypało i przestaje sobie radzić emocjonalnie :(... Firma musi się kręcić, więc pracy ponad miarę. Do tego to całe zamieszanie z zakończeniem jednego roku, a rozpoczęciem nowego... Rozliczenia, inwentury... Przygotowuję się też powoli do wielkiego patchworkowego show w Starym Browarze, więc wena twórcza szaleje ;)... Kilka zleceń do zrealizowania... Sporo tego...
     Tak przy okazji chciałam podziękować naszym kochanym bloggerom za to, że myślą o tej mojej wymarzonej chałupie :) Nie wiem, czy dzisiaj był jakiś wysyp, czy coś, ale dostałam aż trzy maile z namiarami na fajne siedliska... Dwa na Mazurach - w zupełnie przeciwległych końcach. Niestety, pierwsze jest piękne i praktycznie do zamieszkania z tzw. mety, ale wykracza spoooooro poza moje możliwości finansowe. Drugie z kolei takie wymarzone (dzicz totalna) i finansowo całkiem-całkiem, jednakże dom i pozostałe zabudowania nie nadają się do remontu - wymagają całkowitego wyburzenia... I trzeci namiar, na piękną posiadłość na Pomorzu! Cudo! Nawet bardziej mi się podoba, niż wspomniana kiedyś leśniczówka ;) Remontu sporo, bo powierzchniowo dom jest bardzo duży. Jak na taką wiejską posiadłość, cena nie jest wygórowana. Fakt - też poza moimi możliwościami, niestety :/ Chyba, że stałby się jakiś cud i trafiłabym w lotto, to z zamkniętymi oczami biorę tę posiadłość :)))
     Dzisiaj makatka z kieszeniami do dziecięcego pokoju (nad łóżko). Wymiary: 173 x 62 cm. Aplikacja maszynowa, quilting maszynowy + guziki... Sprzedana (Swarzędz).

sobota, 25 grudnia 2010

Warsztaty Patchworku "Strima"

Obiecałam Małgosi Walczak z firmy Strima w Swadzimiu, że wrzucę na mojego bloga informację o Warsztatach Patchworku, które odbędą się w Starym Browarze w Poznaniu, w terminie: 01.02. - 10.02.2011r., co niniejszym czynię, umieszczając w pasku bocznym baner z linkiem do strony.
Będę miała przyjemność poprowadzić te warsztaty, dlatego również ja serdecznie zapraszam do przesyłania swoich zgłoszeń w formie "historii z życia", wspartych oczywiście zdjęciami waszych dotychczasowych osiągnięć (czytaj: prac ;P), niekoniecznie patchworkowych - mogą to być wszelkie inne formy "szyte". Może się przecież zdarzyć, że w kimś szyjącym dotychczas np. ciuchy lub lalki, tkwi ukryty quiltmaker światowego kalibru ;)))... Ze swej strony chciałabym Was również prosić, abyście w swoich zgłoszeniach określili, czego chcielibyście się jeszcze nauczyć... tak "dla siebie". Może jest jakaś technika patchworkowa, która sprawia Wam trudność? Może z czymś chcieliście się kiedyś zmierzyć, ale po nieudanej próbie zarzuciliście to? Chciałabym bowiem dodatkowo "przemycić" Wam jakąś wiedzę, taką "pozawarsztatową", abyście wracali do domu nie tylko z poczuciem pożytecznie, twórczo i sympatycznie spędzonego czasu, z nawiązanymi nowymi przyjaźniami, ale także z wiadomościami, które pozwolą Wam, po powrocie do domu, dalej rozwijać się "patchworkowo" :)))
    Na stronie z informacjami o warsztatach znajdują się fotogafie z moimi patchworkami, które znacie już z mojego bloga ;) Jeden pledzik "Apple Core" nie znalazł się jeszcze na blogu, więc szybko nadrabiam zaległości ;P... Wymiary: 180 x 200 cm. Quilting ręczny. Quilt posiada wyhaftowaną ręcznie sygnaturę o treści: MADE BY SHAYNEEN    SEP / OCT 2010.

piątek, 24 grudnia 2010

Wigilia...

...Czy jest dla mnie dniem ważnym? Chyba tak, aczkolwiek bardzo dalekie jest mi jej religijne przesłanie. Raczej zawsze była dla mnie tym dniem symbolicznym od innej strony... Dniem pojednania, wspólnoty, miłości, przyjaźni, wyciszenia, przemyśleń, wspomnień... Dniem słów: "przepraszam", "proszę", "dziękuję", "tak się cieszę", "tak mi przykro", "kocham cię" itd...
     A dzisiejsza Wigilia? Spędziliśmy ją we czworo: ja, moje córki i mój tato... Plus Nuka i Ke Tonga... Jeszcze nigdy przy stole nie było tak "kameralnie"... Potem, na chwilę wpadła moja siostra ze szwagrem... A teraz... Taka cisza w domu... W jednym pokoju mój tato. Już śpi. Dzisiaj w miarę dobrze się czuł, więc zawsze to jakiś sukces... W drugim pokoju moje dziewczyny. Dalia śpi. Cyntia siedzi przy kompie. Są takie różne. Jedna chodzi spać "z kurami" i wstaje o 5-tej. Druga siedzi do nocy i ciężko ją wytargać z łóżka o 9-tej rano... W trzecim pokoju - ja. Też już w łóżeczku. Z laptopem na kolanach. Obok mnie, na kołdrze, pochrapuje Nuka... Może o północy przemówi "ludzkim głosem"? :D Już wiem, co mi powie... Że więcej czasu poświęcam bezdomnym zwierzakom, niż jej... Że spacery za krótkie... Że ograniczyłam jej "spożycie" ludzkiego żarełka prosto ze stołu (tyłeczek bowiem jej "przybierał")... Pewnie jeszcze kilka innych rzeczy mi "wyrzyga" ;P... A Ke Tonga?... Ta pewnie nic nie powie... Śpi sobie spokojnie w łazience pod kaloryferem. Czasami muszę ją poszturchać, żeby sprawdzić, czy żyje :))) Wtedy powoooooli otwiera jedno oko i spogląda na mnie, jakby mówiła: "Kobieto, toż to środek zimy! Pozwól mi spać!"...
     Wigilia... Do końca roku jeszcze parę dni, a mi się od jakiegoś czasu zbiera na podsumowania... Dziwny był ten rok... Czy był dobry? Bywały lepsze... ale też bywały gorsze... Wiem, że wiele przykrych rzeczy by mnie nie spotkało, gdybym była bardziej ostrożna... Gdybym wykazała się, jak na drodze, zasadą "ograniczonego zaufania"... Rok wielkiego sukcesu zawodowego i totalnej klęski osobistej... Podobno nie można mieć wszystkiego, ale... W takim razie, ja chciałabym to podzielić jakoś na pół. Część sukcesu zawodowego zamienić na poprawę w moim życiu uczuciowym... Wiem, nie da się... Wczoraj kolega napisał mi w przysłanej "kartce oczyszczającej": "jesteś mądrą kobietą". Żart! Okazuje się, że w tak prostej "dziedzinie", jak uczucia, wykazałam się totalną naiwnością, zaufaniem na granicy "cienkiej czerwonej linii"... Podobno uczymy się tylko na własnych błędach, więc i ja się nauczyłam... Problem w tym, że wyniesiona nauka zablokowała mnie totalnie na rodzaj męski i teraz w każdym facecie widzę potencjalnego krętacza, kłamcę, playboya... i Bóg wie, co jeszcze... Wiem, że to niesprawiedliwe, bo złe są tylko jednostki, a normalnie, odpowiedzialnie myślący faceci są OK, ale... Będę musiała się z tego wyleczyć. Pytanie: jak długo to potrwa? Czy do następnej Wigilii usiądę ze spokojem i radością w sercu, a nie -jak dzisiaj- z sercem, jak potłuczone, kryształowe lustro? Czy za rok moje oczy będą "suche", a nie, jak dzisiaj, kiedy to łzy kapały mi do barszczu z uszkami... a przy stole wszyscy milczeli ze wzrokiem utkwionym w swoich talerzach, żeby pozwolić mi być z moim smutkiem... żeby nie powiedzieć czegoś, co jeszcze bardziej mnie zrani... Ostatnia taka Wigilia do dupy była 17 lat temu - miesiąc po śmierci mojej mamy... Wtedy wszyscy beczeliśmy. Dzisiaj, na szczęście, łzy płyną tylko po moich policzkach...
     Cisza... Taka cisza w domu... Słyszę, jak śnieg z deszczem pada za oknem... Jeśli to w nocy przymarznie, będzie masakra! A miałyśmy iść jutro z Cyntią w plener popstrykać jakieś fotki... w ramach jej fotograficznych ćwiczeń. Będzie dupa z pstrykania :/ Eeeee, tam... Nie ma co narzekać. Nabrałam książek z biblioteki, mam co czytać. Powoli muszę się też zabrać za inwenturę w firmie. Brrrrr :/// ...Odpisać na kilka maili do klientów, bo przed Świętami nie miałam czasu... No, i może w końcu jutro lub pojutrze zmobilizuję się do napisania o skwerku i ławeczce ;P
     A dzisiaj, dla wszystkich czytelników mojego bloga i tych osób, które przysłały mi maile z życzeniami świątecznymi - serduszka na choinkę... z guziczkiem... Co prawda sprzedane już przed ubiegłorocznymi Świętami (Warszawa), ale dopiero dzisiaj wygrzebałam skądś fotkę ;)))

Z chłodem w łóżku, czyli fizycznie o niefizycznym ;)

Po trzeciej nad ranem... Wigilijny poranek, a ja już nie zasnę... Obudził mnie totalny ziąb w łóżku. Mieliście kiedyś coś takiego, że coś Wam się śni, budzicie się... i okazuje się po przebudzeniu, że te wyśnione odczucia są jak najbardziej realne? No, to ja tak mam w tej chwili... W pokoju ciepło, kołdrą owinięta, jak kokonem, a całe ciało spowite w totalny chłód! Pod poprzednim wpisem Grey Wolf stwierdził, że Hawaje, to nie moje klimaty... więc dzisiaj te klimaty były całkiem niehawajskie :)))
   Sen... Zima... Zupełnie taka, jak obecnie - mroźna, śnieżna... Siedzę w lesie pod drzewem, na śniegu. Pod tyłkiem zwinięty koc. W dłoni mój szamański bębenek... Nie wiem, gdzie się znajduję, ale spokój, jaki czuję w sobie wskazuje, że dobrze wiem, po co tu jestem. Przyszłam po spokój, wyciszenie... Uderzam delikatnie, rytmicznie, po cichutku w bębenek i również cicho coś intonuję pod nosem... Zaczyna padać śnieg... Najpierw delikatnie... Za chwilę robi się z tego niezła zadymka... Z zupełnym spokojem postanawiam zbudować sobie jakieś schronienie, ponieważ zaczyna się ściemniać. Szukam więc odpowiednich gałęzi... W pewnej chwili dociera do mnie niby zawodzenie, niby kwilenie... Czyjś płacz... Próbuję namierzyć, z której strony dociera, ale w taką pogodę w lesie jest to trudne. Nagle w śniegu dostrzegam lekko przysypane już  ślady stóp... Dwie osoby... Idę po śladach... W nadciągającym mroku zauważam jakąś kruchą postać, klęczącą na śniegu i schylajacą się nad czymś. Podchodzę i co widzę? Jakaś może kilkunastoletnia dziewczynka płacze i poszarpuje leżącego w śniegu chłopca. Chłopiec nie daje znaku życia... Dziewczynka też jest już na skraju wyczerpania. Klękam obok i pytam, co tutaj robią, w taką zadymkę, w tak odludnym miejscu. Dziewczynka próbuje coś mówić, ale chyba zarówno z zimna, jak i ze zdenerwowania i wyczerpania, trzęsą jej się policzki i z ust wylatują tylko pojedyncze, ciche, niezbyt zrozumiałe dla mnie słowa... Próbuję to poskładać w całość, ale jest mi trudno, gdyż ona calutki czas szarpie za rękaw chłopca i powtarza bez końca: "Mój brat nie żyje? Mój brat nie żyje?"... Siadam przy chłopcu... Sprawdzam... Żyje, ale jego oddech jest słaby i nie ma z nim kontaktu. Wiem, że muszę działać natychmiast... Jeśli zaśnie w tym śniegu - zamarznie. Pytam dziewczynkę o imię... Paulina... "A brat?" Dziewczynka mówi tak cichutko, że w pierwszym momencie słyszę: Jacek, więc składam to w całość: "Paulinka i Jacek, tak?" Kręci przecząco głową i nieco głośniej już: "Maciek. Brat ma na imię Maciej"... Proszę, żeby wstała i pomogła mi podnieść ze śniegu brata, ale jest tak słaba, że pojmuję już, iż będę musiała sama sobie radzić. Nie jestem zbyt silną kobietą, więc chłopiec, mimo iż najwyraźniej trochę młodszy od siostry, jednak mi nieźle ciąży... Musimy szybko znaleźć przytulne miejsce w gęstych, niskich drzewach, gdzie śnieg nie zawiewa aż tak mocno, zbudować schronienie i natychmiast rozpalić ogień, bo inaczej cienko to widzę... Jest takie miejsce! Jeszcze kawałek, a nie doniosłabym chłopca... Owijam go swoim jedynym kocem i sadzam, opierając o drzewo. Obok sadzam dziewczynkę. W tempie błyskawicznym, moim niezastąpionym "szwajcarem", ścinam dostępne gałęzie świerkowe, strzepuję z nich śnieg i buduję prowizoryczny szałas... Teraz ognisko... Z tym nie mam problemu. Nawet w "mokrych", trudnych warunkach idzie mi to świetnie... Wyciągam z plecaka metalowy kubek, wsypuję do niego trochę śniegu i stawiam w ogniu... Dzieciaki muszą jak najszybciej coś gorącego wypić. Sprawdzam Maćka. Chociaż cały czas nie ma z nim kontaktu, to jednak oddycha. Dziewczynka cały czas pochlipuje narwowo i pyta: "Maciek umrze?" Uspokajam ją, że nie dam im zamarznąć, a tym samym nie dam umrzeć jej bratu, ale musi ze mną współpracować... Woda w kubku jest na tyle ciepła, że dzieci mogą się napić. Ciężko mi napoić chłopca, ponieważ nie ma na tyle siły i świadomości, aby połykać. Trochę jednak wypija. Z Pauliną idzie łatwiej... Próbuję po raz drugi dowiedzieć się, skąd się wzięli w lesie w taką pogodę, gdzie mieszkają... Opornie to idzie... Dziewczynka jest nadal roztrzęsiona. Jedyne, czego się dowiaduję, to to, że wracali autobusem do domu. Autobus zjechał do rowu, ugrzązł, kierowca wysadził pasażerów. Wszyscy się rozeszli, a ona z bratem postanowiła dojść do domu pieszo. Drogą było dalej, więc chcieli iść na skróty. No, i w śnieżnej zadymce zabłądzili. Zgubili po drodze plecaki. Maciek "przetracił" rękawiczki, więc Paulinka dała mu swoje... Jest mi głupio, ponieważ dopiero teraz widzę jej zmarznięte ręce, więc szybko zdejmuję rękawiczki i podaję dziewczynce... Pytam, jak nazywa się miejscowość, w której mieszkają, tym bardziej, że sama nie wiem, gdzie jestem... W tym momencie chłopiec zaczyna wydawać jakieś jęki, więc Paulina znów zaczyna nerwowo szlochać. Trudno mi ją uspokoić. Szczęka zębami... Uparcie pytam o miejscowość, ale nie potrafi z siebie wydobyć dźwięku, więc podaję jej patyk i proszę, by napisała na ubitym śniegu. Próbuje pisać, ale patyk łamie się na pierwszej literze, a ona znów wybucha płaczem. Dalej niewiele wiem, nawet z tej jednej litery, bo albo jest to "C", albo... niedokończone "O" lub "G"??? Nie będę dalej jej męczyła. Odpoczniemy trochę... i w drogę. Nie możemy tutaj zostać... Przyciągam dzieci bliżej ognia i ponownie poję ciepłą wodą. W plecaku znajduję tabliczkę czekolady. Dziewczynka je sama, ale chłopaczkowi muszę wciskać na siłę po kawałeczku. Na szczęście, połyka. Koc miałam tylko jeden i oddałam chłopcu. Żeby było cieplej dziewczynce, przyciągam ją do siebie i tulę mocno. Gładzę uspokajająco po włosach, wystających spod czapki i w tym momencie widzę, że patrzą na mnie oczy pełne ufności. Co ciekawe... Kurczę, gdzieś już widziałam te oczy... albo taki wzrok... Jest w nich coś tak dziwnie znajomego, czego nie potrafię określić. Może widziałam już je kiedyś w jakimś śnie? Bo przecież dziewczynka ze snu jest mi zupełnie obca... Ma piękny odcień włosów! Identyczny miała kiedyś moja Dalia... zanim nie zaczęła eksperymentów z farbowaniem, bo raz czy drugi ktoś jej dokuczył. Mam nadzieję, że ta dziewczynka kiedyś będzie mądrzejsza, niż moje dziecię... Powoli przymyka oczy. Zasypia... OK, niech się trochę prześpią, bo przed nami jeszcze droga... Bóg raczy wiedzieć, jaka długa :/... W pewnym momencie w kieszeni Paulinki kurtki wyczuwam coś twardego. Wyciągam... Komórka! Ja swojej przy sobie nie mam. Myślę sobie: "Bingo! Z pewnością ma w komórce jakieś numery do rodziców, znajomych..." Od razu zostaję sprowadzona na ziemię. Komórka rozładowana. No, tak -myślę sobie- przecież ktoś już na pewno szuka tych dzieci, więc gdyby komórka działała, dzwoniłaby nieustannie... Kolejna załamka... Jest chyba środek nocy, ale trzeba iść dalej. Gaszę ognisko. Budzę dzieci. Paulina wstaje bez oporów, natomiast z Maćkiem jest spory problem. Chłopiec jest nadal bardzo słaby. Mimo wszystko postanawiam go nieść. Jeśli będzie mógł przejść chociaż kilka kroków o własnych siłach, też będzie sukces... Wychodzimy z naszej kryjówki... Nie wiem, w którą stronę iść. Nie znam terenu. Staję więc przez chwilę z zamkniętymi oczami i wsłuchuję się w głos własnej intuicji... Ruszamy... Śnieg nieustannie pada, ale nie ma już takiej zadymki. Prawie pełnia księżyca, więc nie jest aż tak ciemno... Nie wiem, jak daleko idziemy... Jestem już zmęczona dźwiganiem chłopca, ciągłymi przystankami na odpoczynek... Paulinka też wycieńczona, zaczyna znów płakać, więc uspokajam ją, jak mogę. Damy radę! Musimy dać!... W pewnym momencie las się kończy i wychodzimy na otwartą przestrzeń. W świetle księżyca widać zarys jakiegoś kościoła. Paulinka krzyczy, że zna ten kościół! Tu, niedaleko, jest też szkoła do ktorej chodzą! Wstępuje w nas nadzieja, a we mnie jakieś dodatkowe siły, bo nagle przestaję czuć ciężar niesionego chłopca... Postanawiam, że idziemy w stronę kościoła i tam poprosimy o pomoc, ale dziewczynka ostrzega mnie, że musimy uważać, bo gdzieś pod tym śniegiem musi być rzeczka. Idziemy ostrożnie. Jest! Rzeczka! Wąziutka, zamarznięta, ale stąpam powolutku po lodzie. W końcu niosę dodatkowy ciężar! Udaje nam się przejść... Dziwny ten kościół. Nigdy takiego nie widziałam. Połowa z cegieł, połowa z jakiegoś muru pruskiego. Konstrukcja rewelacyjna, nie ma co :/ Łazimy dookoła... Walimy w drzwi czegoś, co chyba jest plebanią. Cisza... Ruszamy dalej... Nagle Maciek zaczyna wymiotować. Sadzam go pod jakąś figurką na kształt kapliczki i wycieram. Sama czekolada, którą go karmiłam... Idziemy... Pukamy do pierwszego domu. Cisza... W drugim to samo... Ciemno w całej wsi. W dodatku nie wiem, gdzie jesteśmy... Ponownie zrywa się straszna zadymka, ale tym razem w dziewczynkę wstępuje jakaś siła. Zna drogę do domu! Prowadź, więc, dziecko, prowadź! Znów nie wiem, jak daleko idziemy, bo i ta zadymka... i te ciągłe przystanki... Równie dobrze mogłoby to być 100 metrów, jak i 100 kilometrów. Tracę wyczucie odległości. Tym bardziej, że w pewnym momencie Maciek zaczyna krwawić z nosa. Pewnie przemęczenie... Przystajemy... Przykładam mu śnieg na kark, żeby zatamować krwawienie. Mimo wszystko robi się jakiś bardziej komunikatywny. Nawet przez moment z zainteresowaniem ogląda mój szamański bębenek, pyta, co to i oświadcza, że on też taki by chciał :) Odpowiadam, że może kiedyś... Ruszamy... W pewnym momencie Paulinka krzyczy, że widzi ich dom. Doszliśmy! Dochodzimy do jakiegoś podwórka. W domu ciemno. Podchodzimy do drzwi. Sadzam Maćka na progu i opieram o drzwi. Pukam... Pewnie wszyscy śpią? A może nie ma nikogo? Może szukają zaginionych dzieci? Jakieś szuranie wewnątrz... Moja misja się skończyła. Jeszcze raz przytulam Paulinę i odchodzę. Już są bezpieczni. Dziewczynka jednak wybiega za mną na drogę. Prosi, żebym poczekała, ale tłumaczę, że na mnie w domu też czekają moje dzieci. Przede mną chyba długa droga? Tuli się do mnie i pyta, czy mnie jeszcze zobaczy, bo przecież uratowałam im życie... W tym momencie chyba ktoś wyszedł z domu i zobaczył na progu chłopca, bo nagle słyszę krzyk jakiegoś mężczyzny: "Kasia, szybko! Kaśka! Kaśka!"... I po chwili nawoływanie: "Paulinka! Jezu, gdzie jest Paulinka?! Paulina! Gdzie jesteś, dziecko?!" Głos jest tak zdesperowany i rozpaczliwy, że każę dziewczynce iść do domu... A ona mi na to, że chce mnie jeszcze zobaczyć. Gdzie ma mnie szukać? Uśmiecham się, patrzę w te łagodne oczy i mówię: "Kiedy będziesz tylko chciała, zawołaj mnie, a ja przyjdę". "Tak tylko zawołać?" - pyta... "Tak, tylko zawołaj" - odpowiadam... I idę w drogę powrotną... Tam, gdzie stał ten dziwnie "poskładany" kościół. Mam nadzieję, że stamtąd dostanę się jakoś do domu... jakkolwiek miałabym daleko... Zimno mi w tej zadymce... Płatki śniegu i kryształki lodu smagają moją twarz, ale mam poczucie spełnionego obowiązku... Chociaż pewnie nie tak miał wyglądać mój szamański "seans" wyciszenia w zimowym lesie :)))... I z tego właśnie snu wybudziłam się całkowicie zziębnięta... w ciepłej kołdrze... Kolejny, dziwny sen...
   Było o dzieciach, więc i praca będzie dziecięca... Pledzik dla małej Ksenii z Belgradu... Wymiary: 120 x 200 cm. Szyty techniką aplikacji maszynowej, z motywami Sunbonnet Sue; quilting maszynowy i ręczny; haft ręczny. Quilt posiada wyhaftowaną ręcznie (bluework) sygnaturę o treści: MADE BY SHAYNEEN   NOV / DEC 2010.

niedziela, 19 grudnia 2010

Gorąco przed Świętami...

...Kiedyś lubiłam taką przedświąteczną gorączkę, teraz - nie :/ Wszystko jakieś takie skomercjalizowane... Ciągła gonitwa... Dzieciaki robią prezenty do szkoły... To nie, tamto nie... To za tanie, to niemodne... Głupota... Ogólnie dzieciaki stawiają na prezenty "kultowe" w chwili obecnej, czyli z metką znanej firmy, tudzież gadżety naszego poznańskiego "Kolejorza" ;))) Jakby się ktoś pytał, nie mam jeszcze prezentów dla moich bliskich ;P Nadrobię, aczkolwiek pomysły na powyższe mam jakieś "mieszane"...
     Pierniczki dzieciaki upiekły wczoraj. Dodatkowo całe pudełko ciasteczek imbirowych. Pycha! Ciasteczka imbirowe, to już tradycja w naszym domu, więc myślę, że dziewczyny "poniosą" ją dalej... Upiekę jeszcze makowiec, sernik... i może jakiegoś keksa? Wystarczy...
     "Kartki oczyszczające" napisane... W ilości sztuk 62 ;) Zabrało mi to sporo czasu, ale myślę, że warto było. Koleżanka Olka zaskoczyła mnie, ponieważ swoją "kartkę" przysłała mi już teraz. Wyprzedziła mnie w tym roku ;)
...I tak powoli zmierzam w kierunku Świąt, chociaż pracy (zawodowo) jeszcze sporo, obowiązków w domu też, a i więcej uwagi muszę poświęcić mojej starszej córce. Trudny okres dojrzewania się kłania :/ Też tak macie ze swoimi dorastającymi pociechami??? ;)
     Za oknem zima w pełni, a ja dzisiaj miałam taki cudownie letni i ciepły sen :) Jakaś tropikalna wyspa... Ja na hamaku wyplatanym z trawy... w bikini w lazurowym kolorze (identycznym, jak kolor oceanu) i pomarańczowym pareo... Leżę sobie błogo z zamkniętymi oczami. Wsłuchuję się w szum oceanu... Nagle ciepły dotyk na mojej ręce, więc zrywam się ze strachem. Przy hamaku całkiem wytatuowany polinezyjczyk. Mówię Wam, Kobiety! Jaki on był przystojny! Niczym facet z reklamy batonika "Bounty" :))) Najgorsze, że nie mogliśmy się dogadać, więc facet ciągnie mnie za rękę i pokazuje na stojącą na brzegu łódź. Najpierw podchodzę do niego nieufnie, ale widzę, że dobrze patrzy mu z oczu, więc wsiadam z nim do tej łodzi... Płyniemy najpierw kawałek w głąb oceanu, a potem wzdłuż brzegu, tak, aby go nie tracić z oczu... W pewnym momencie zauważam, że zaczynamy się zbliżać do powbijanych krzywo, ale dość gęsto, grubych pali, wystających nad powierzchnię wody. Podpływamy. Woda jest wyjątkowo czysta, więc widzę, że między palami pływa ranny delfin. Nie wiem, jak to się dzieje, ale telepatycznie udaje mi się nawiązać z nim kontakt. Jest to tym bardziej dziwne, ponieważ absolutnie nie rozumiem faceta, siedzącego ze mną w łódce ;) Delfin "mówi" mi, że kilkanaście mil dalej, w podobnej zasadzce, uwięziona jest jego partnerka i -również telepatycznie- wskazuje mi kierunek. Facet w łódce daje mi znak, że musimy spróbować poruszyć kilka pali, aby uwolnić delfina... Szarpiemy, łódką telepie, robią się niezłe fale, a ja przecież... nie umiem pływać (przynajmniej kiepsko mi to idzie ;/)! Udaje nam się jednak wyrwać jeden pal! Delfin, widząc zapewne możliwość wyswobodzenia, zaczyna nam pomagać. Uderza swoim ciałem ze wszystkich sił w sąsiednie pale. To jednak powoduje takie wzburzenie wody i telepanie łodzią, że... wypadam z niej! Czuję, że spadam powoli na dno, ale ani nie krztuszę się wodą, ani nie czuję strachu... Z zaciekawieniem przyglądam się wszystkiemu w podwodnym świecie... Pobudka!!! Nie wiem, co było dalej... Ale facet był super :), a delfin też całkiem sympatyczny ;) Poza tym, to błogie ciepełko w mroźną, grudniową noc za oknem... Bezcenne! :)))
     To dzisiaj praca w klimacie równie letnim... mocno prowansalskim... Bieżniczek uszyty jako "pokazówka" w swadzimskiej "Strimie". Wymiary: 40 x 100 cm. Quilting maszynowy.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Trochę cierpliwości... ;)

Kasia z Bydgoszczy, w komentarzu do poprzedniego wpisu, upomniała się o obiecaną  dwa miesiące temu opowiastkę o "magicznym" skwerku i równie "magicznej" ławeczce... Pamiętam, pamiętam. Tym bardziej, że obiecałam to również Szaremu Wilkowi i Rhianone. Zabierałam się już za to wielokrotnie, ale opowieść jest baaardzo długa i jakoś tak ją odkładałam. Okazuje się bowiem, że to miejsce jest ważne nie tylko dla mnie i Rhianone, ale także dla pewnego sympatycznego, starszego Pana (i jego żony), z którym miałam przyjemność rozmawiać na tej ławce w pewien chłodny, październikowy dzień. To właśnie jego historię związaną z tą ławką chciałabym Wam opowiedzieć, gdyż jest niezwykła... a przy okazji "przemycę" coś swojego ;) Biorąc pod uwagę nasze wspólne emocje związane z tym miejscem, nazwałam tę ławeczkę "Ławeczką Miłości, Wspomnień i Ważnych Decyzji" :))) Musicie się jednak uzbroić w cierpliwość, ponieważ z czasem u mnie ostatnio krucho i pisanie poszło na bok... Co nie znaczy, że w ogóle nie piszę! Piszę, piszę! Mam taki zwyczaj, że co roku od początku grudnia zaczynam pisać do moich Przyjaciół, znajomych... i innych osób, którym chciałabym coś ważnego powiedzieć... To takie podsumowanie przed Świętami i końcem roku :)))... Zamiast kartek świątecznych :))) Czasami są to maile, czasami całe listy wyedytowane "ozdobnie" w edytorze tekstu... Potem to zapisuję w kopiach roboczych i dzień przed Wigilią masowo wysyłam ;) Zaczynają się zwykle od słów:
"Chciałabym Ci powiedzieć, że..."
"Chciałabym Cię przeprosić za..."
"Chciałabym podziękować Ci za..."
"Jesteś dla mnie Ważna / Ważny, bo..."
"Jest mi przykro, ponieważ..."
"Myślę, że warto byłoby..."
"Było źle... Czy nie sądzisz, że..."
...lub w podobnym tonie... To taka terapia "oczyszczająca i naprawcza" :) Co ciekawe - działa i faktycznie oczyszcza radykalnie to, co się w minionym roku "zatruło", jednocześnie przynosząc ulgę wszystkim stronom... Tam z kolei, gdzie układy były cały rok "zdrowe", umacnia je jeszcze bardziej... Moi znajomi już się do tego mojego "rytuału" tak przyzwyczaili, że czasami wychodzą z tego zabawne nieporozumienia :) Dwa lata temu, dzień przed Wigilią mój net chodził tak mułowato, że wysyłałam te moje "kartki oczyszczające" cały wieczór. Mam znajomych -małżeństwo- gdzie napisałam osobno do każego z nich. Żeby sobie ułatwić sprawę, wysłałam dwie "kartki" w jednym mailu, prosząc, by koleżanka przekazała swojemu mężowi tę, adresowaną do niego. Zapomniała. W Wigilię późnym wieczorem - telefon od kolegi z pytaniem, czy się na niego obraziłam... co "aż" takiego złego zrobił, że nie przyszła do niego "kartka oczyszczająca". Okazało się, że przez całą kolację wigilijną nie dawało mu to spokoju i musiał zadzwonić, a "odpowiedź" siedziała obok niego przy stole :) Kilku znajomych tak się tym ode mnie "zaraziło", że zaczęli praktykować podobne "oczyszczanie" i wysyłają sobie "kartki" wzajemnie... a zdarzy się, że ja dostaję "karteczkę", zanim wyślę swoją ;)))
     Dzisiaj przekornie nic zimowego... Letnia, lniana torebka z aplikacją przestrzenną. Sprzedana (Warszawa).

piątek, 10 grudnia 2010

Dzisiaj szybko i krótko...

...bo padnięta jestem strasznie :) Zawalona pracą, grzęznę w stertach tkanin, a maszyna furczy, że hej! Do Świąt muszę jeszcze sporo przerobić...
Przede wszystkim chcę podziękować Paulinie za miłego maila, który mnie od rana podbudował pozytywnie i postawił na nogi :) To miłe, że są wśród bloggerów takie bratnie dusze, wychodzące poza utarte ramki "niby-normalności", broniące swojej odmienności... Chociaż, czy to odmienność? Raczej spojrzenie na te same sprawy innymi oczami, z innej perspektywy... Zapewniam Cię, Paulino, że nadal będę "nazywała rzeczy takimi, jakimi są, a nie takimi, jakimi ktoś chciałby je widzieć". Bardzo mi się to Twoje stwierdzenie spodobało i postaram się być mu wierna. Tobie również życzę wytrwałości w Twoich postanowieniach i wysyłam "mentalnie" pozytywną energię :)))... A telewizora u mnie póki co nie mogę wyrzucić, gdyż by mnie pewnie moje córki zakrakały, ale w dalszej perspektywie, kto wie?... Kto wie? Pewnie i telewizor wyjedzie, jak u Ciebie :)))
     Kilka słów do Asi z Krakowa, która zostawiła komentarz pod poprzednim wpisem... Asiu, proszę, opisz mi całą sytuację w mailu. Jeśli będę miała jakieś szczegółowe pytania - zapytam... i oczywiście będę starała się pomóc. Nie musisz mi za nic płacić! Ja za pomoc nie biorę pieniędzy :))) Jeśli jednak lepiej się poczujesz "płacąc", to wolałabym, żebyś w ramach zapłaty zaniosła paczkę karmy do najbliższego schroniska dla bezdomnych zwierząt lub kupiła ziarno i nakarmiła nim krakowskie łabędzie :)
     Dzisiejsze serduszka na poduszce dedykuję Paulinie, życząc jej siły i wytrwałości oraz Asi, żeby uwierzyła, że wszystko będzie dobrze :)))... Poduszka jest do sprzedania - wisi w jakiejś galerii internetowej, ale nie pamiętam w jakiej ;P

czwartek, 9 grudnia 2010

To się posypało... :)))

...Posypało się po wczorajszym wpisie. Naczytałam się maili, które do mnie przyszły. Temat okazał się kontrowersyjny... Jedna z moich imienniczek podziękowała mi, że napisałam o tym wszystkim tak otwarcie. Okazuje się, że M. też od kilkunastu lat "szamani", co prawda w odmiennych od moich dziedzinach, ale zawsze trudno jej było o tym mówić, gdyż reakcje ludzi były skrajnie różne. Zapewne tak skrajne, jak maile, które otrzymałam :))) Bo, przykładowo, B. zarzuciła mi, że jestem okropną kobietą, ponieważ gdyby ona dowiedziała się, że musi pomóc komuś znajomemu, zrobiłaby w tym kierunku wszystko... Zapewniam, że ja też z reguły robię "wszystko". Istnieje jednak coś takiego, jak wolna wola, nadana każdemu z nas i mi nie wolno w nią ingerować. Pomagam, jeśli widzę, że moja pomoc ma sens, nie zostanie odrzucona lub potraktowana jako coś, delikatnie mówiąc, "szemranego". Owszem, zdarzają się przypadki, kiedy działam "bez zapowiedzi". Dotyczą one osób bardzo dobrze mi znanych, z którymi mam "zdrowe" układy, które wiedzą, że mogą na mnie liczyć i nie zdziwi ich mój widok w drzwiach w środku nocy z tekstem na ustach: "Cześć. Jestem tu, ponieważ wiem, że mnie potrzebujesz". Jestem w stanie niezapowiedzianie jechać kilkaset kilometrów do znajomego, żeby go wesprzeć w ciężkich chwilach i wcisnąć w jego dłoń, specjalnie dla niego wykonany, wzmacniający skrypt. Nie mogę jednak ingerować w życie kogoś, kto być może uważa, że wszystkie złe rzeczy, jakie wokół niego się dzieją są albo przypadkiem, albo zrządzeniem losu, na który nikt nie ma większego wpływu, a tym samym są nieodwracalne i... jakoś się same rozwiążą. Nie chcę usłyszeć w chwili, kiedy wyciągam dłoń: "Spadaj, mała. Tam są drzwi" lub "Wiesz, jesteś żałosna". Dlatego stwierdzenie B. niejako mnie krzywdzi... Zasmuciły mnie też (a może bardziej wnerwiły) zarzuty innej osoby, że to, czym się zajmuję, jest... grzechem!!! Jeśli grzechem jest robić coś, co komuś ma pomóc, to czegoś tutaj nie rozumiem. To lepiej stać i patrzeć jak wypełnia się "wola Boża" (cytat z maila) i nic nie robić?! Zatem, wszyscy zamknijmy się w swoich domach, tylko ze swoimi problemami i... czekajmy... właściwie nie wiadomo, na co... Niech się wypełnia :/ ...A kwestia "grzechu"? Z tego wynika, że wszystkie ludy tubylcze, na wszystkich kontynentach, których wierzenia i praktycznie całe życie oparte jest na zaufaniu wielowiekowej wiedzy szamanów i magii - grzeszą!!! Pewnie, już się tak utarło, że tylko "biały człowiek", z własną religią, wkraczający z Biblią pod pachą w świat ludów tubylczych, jest czysty i nieomylny... A jego religia i obrzędy z nią związane nie są żadną magią (!), a Jedyną Prawdą! Zapewne w tym momencie wielu osobom się narażam, ale takie są fakty. Jak sięgnąć pamięcią wstecz, z działań "białych ludzi" w kierunku "nawracania" i walki z "pogaństwem" nigdy nic dobrego nie wynikało. Zawsze tylko "ogniem i mieczem" :/ Śmierć, cierpienie i upokorzenia... Indianie, Aborygeni, tubylcze plemiona afrykańskie... Kahuni z Polinezji... Zamiast czerpać z mądrości tubylców, wiele z ich wiedzy zostało zaprzepaszczone... bezpowrotnie... Ale co tu dużo szukać! Wystarczy policzyć wszystkie stosy z czarownicami... w Europie... czyli "u siebie" :/ ... Grzech???!!!... Kurczę, dobrze, że nie żyjemy w czasach Świętej Inkwizycji, bo już bym tego wpisu nie dopisała do końca :)))
     Dzisiaj "rozjaśnię" trochę patchworkową poduszką z wzorem "Yankee Puzzle". Były dwie identyczne sztuki. Sprzedane (Warszawa).

środa, 8 grudnia 2010

Szamanizm i inne czary-mary... ;)

Firefox w komentarzu do wpisu o nim, napomknął o moich ciągotach w kierunku szamanizmu i innych spraw określanych mianem magicznych, dlatego chyba czas wyjaśnić, skąd u mnie się to wzięło ;) Skąd... Hmm... Odkąd pamiętam "trochę więcej widziałam, trochę więcej słyszałam i trochę więcej czułam", więc to, co przez większość osób uważane jest za "nieracjonalne", dla mnie było czymś normalnym i z czasem rozwijało się... i rozwijało... i rozwijało... Czy to wrodzone? Nie wiem. Chociaż ostatnio Krzysztof, któremu "te sprawy" też nie są obce z uwagi na jego własne zdolności w tych kierunkach, stwierdził, że w moim przypadku decyduje jakiś magiczny "gen" po przodkach. W swoich rozważanich na ten temat posunął się nawet do przypuszczenia, że moje dzieci też jakąś cząstkę tych zdolności posiadły :) To się akurat może zgadzać, gdyż Cyntia wykazuje się ostatnio zupełnie niekontrolowanymi działaniami w tym kierunku. Co ciekawe - mówi o tym dość swobodnie, chociaż widzę, że często ją to zaskakuje... kilka razy jednak skwitowała to stwierdzeniem: "zaczynam się siebie bać" :D
     A ja? No, cóż... Nauczyłam się z tym żyć, chociaż z reguły bardziej mi to życie utrudnia niż w nim pomaga. Kiedyś nie potrafiłam mówić o tym otwarcie, gdyż reakcje ludzi były różne. Później, kiedy nawet ci opozycjoniści przychodzili do mnie i mówili: "pomóż", po czym, z pokorą chylili głowy, kiedy moje działania przynosiły pozytywne efekty - przestałam się z tym kryć... Tak już jest, że szewc bez butów chodzi. Nie potrafię pomóc magią ani sobie, ani moim najbliższym. Blokada obejmuje -stosując określenie prawniczo-podatkowe :)))- zerową grupę spadkową i czasami też pierwszą :))) Natomiast wykazuję się bardzo wysoką skutecznością jeśli chodzi o dalszą rodzinę, przyjaciół, znajomych i... obcych ;) Dziedziny??? Różnie to bywało... Kiedyś, bardzo dawno temu, przemówił do mnie Tarot. Było nam ze sobą dobrze, dopóki na mojej drodze nie stanęły runy. Powolutku, powolutku... "Mówiły" do mnie coraz jaśniej, aż przyszedł czas na tworzenie skryptów i sigili. Skuteczność wyjątkowo wysoka - sprawdzone w praktyce ;) Szamanizm... Hmm... To jest już inna para kaloszy i nie będę się nad tym rozwodziła. Głównie formy oparte na pracy z Przewodnikiem, ale zbaczam czasami na inne ścieżki... Stwierdzenie "szamanka" jest mocno przesadzone, gdyż nią po prostu nie jestem; to nie takie proste. Natomiast spodobało mi się określenie Firefoxa: "szamani" :) Tak, nie czaruje, a po prostu szamani :) Dobre! Kupuję to! Więc, Moi Drodzy, szamanię od czasu do czasu, na usługi innych... A skutki? Na siebie "zbieram" wszystkie konsekwencje, ale skoro otrzymałam taki dar, to chyba tak już musi być i nie ma co narzekać. Poza tym, cieszę się, kiedy mogę pomóc, bo w życiu tak jest, że nie wszystko załatwi "szkiełko i oko"... A że "przychodzą" do mnie z "tamtej strony"? Akurat przychodzi tylko Babcia i Sebastian, więc dla mnie to sama przyjemność :))) Chociaż... Ostatnio to zero przyjemności :/ Od kilku nocy "nawiedza" mnie Babcia z histerycznymi prośbami, bym pomogła osobie, której nie chcę pomóc. Chociaż... Wróć! To nie jest tak, że nie chcę pomóc! Chcę!!! Tylko, że ta osoba nie chce kontaktu ze mną... Najpierw, w ubiegłym tygodniu, w nocy ze środy na czwartek, Babcia na spokojnie: "Skontaktuj się i pomóż". A ja na to, że ani mi się śni... Kolejna noc... Babcia już nieźle wkurzona, rozhisteryzowana. Nawet mnie we śnie za rękę szarpnęła:/ Do rękoczynów doszło! Wmawia mi, że to ostatni dzwonek, bo potem negatywna energia jednego wydarzenia będzie "rodziła" kolejne i "sznurek" tragedii się rozwinie... Stanowczo mówię: "Nie!"...Noc następna... Powtórka z rozrywki... Tym razem Babcia powołuje się na uczucia: "Przecież tak bardzo go kochałaś". Kochałaś??? Żart! Mało powiedziane! Ty jedna, Babciu wiesz, co do teraz dzieje się w moim serduchu - walka przygasa, ale ciągle trwa. Świeże! Nie pomogę jednak człowiekowi, przez którego wylałam morze łez, a który mnie olał, odrzucił kilkakrotnie wyciągniętą w geście przyjaźni rękę, a w końcu nawet upokorzył. Dupa! Nie pomogę!... Kolejnej nocy Babcia nie dość, że na mnie wrzeszczy, to próbuje "ugłaskać", że skoro już nie jemu, to chociaż jego bliskim, bo o to najbardziej chodzi. Nie poddaję się. W końcu nie znam ludzi... Ona też nie daje za wygraną i w tym śnie próbuje przemawiać do mnie jakimiś dziwnymi "obrazami". Nie potrafię tego określić, ale to tak, jakby mnie zabierała z tego snu w różne dziwne miejsca, żebym zobaczyła... teraźniejszość?... przyszłość? Bo we śnie siedzimy na ławce przed domem i nagle Babcia chwyta mnie za rękę: "chodź, zobacz" i przenosimy się... Najpierw... chyba jakaś wieś... albo opłotki jakiegoś małego miasteczka? Prowadzi mnie drogą w kierunku jasno otynkowanego domu. Staje pod oknem i każe mi przez to okno zajrzeć do środka. "Zobacz!" Nie podchodzę; nie chcę patrzeć... Wnerwia się i wracamy na ławkę. Niewiele z tego rozumiem... Znów bierze mnie za rękę... Tym razem jakiś budynek. Wchodzimy do środka. Jakiś pokój, niby biuro, czy cóś. Sporo rozgadanych ludzi. Każe mi słuchać, o czym mówią, ale zatykam uszy i wybiegam na zewnątrz... Ławka... Znów ręka i "wycieczka" - tym razem jakiś szpital. Stajemy przy szybie. Za szybą ktoś leży pod mnóstwem dziwnej aparatury, ale nie widzę kto to. Ciągnie mnie za rękę, żebyśmy weszły, ale wyrywam się i uciekam... Ławka... Babcia prosi, żebym chociaż jeszcze raz nawiązała kontakt. Mówię, że nie, ale obiecuję wymyślić coś innego... Wczoraj wpadam na pomysł, konstruuję lekko prowokacyjny i "naprowadzający" tekst i umieszczam go w dwóch miejscach w necie. Zero reakcji... Dzisiejszej nocy Babcia mocno niezadowolona. Tym razem poszła na całość i "przytargała" ze sobą... Sebastiana! :))) Tak więc we dwoje na mnie wsiedli... Bezskutecznie... Mimo, iż "przenieśli" mnie w kolejne "obrazy": najpierw jakaś dziewczynka pędziła z płaczem przez szpitalny korytarz; potem w jakimś parku jakiś facet dawał jakiejś dziewczynie jakieś pieniądze i miałam się przysłuchać, o czym mówią - nie chciałam; w końcu na jakiejś szosie zator, pełno ludzi i pojazdów, zamieszanie, policja... Sebastian próbuje mnie wciągnąć w sam środek tego bałaganu, ale się wyrywam i uciekam; potem stoimy przed jakąś windą i mamy do niej wsiąść, ale gdy widzę, że winda się zatrzymuje na parterze, a Seb chce otworzyć drzwi - wybiegam na ulicę... Tak więc, takie szopki mam od kilku nocy... aż się boję, co będzie dzisiaj :))) Jedno jest pewne - nie polegnę i pierwsza ręki nie wyciągnę...
     Żeby jeszcze było śmieszniej i żeby mnie "ukarać" za moją upartość (tak myślę), w domu w ostatnich dniach dzieją się rzeczy dziwne, do których moi domownicy już się przyzwyczaili. W nocy z lodówki znika jedzenie, chociaż pewne jest, że nikt w nocy nie podjada :))) Dzisiaj rano Cyntia znalazła... drut do robótek (!) wbity w moją kurtkę! Pies snuje się po domu, chowa po kątach i popiskuje. Ktoś wali w drzwi wejściowe, otwieram, a tam pusto - żywego ducha na klatce schodowej. Przedmioty w domu przemieszczają się same... Plamy na spódnicy Dalii, których w żaden sposób nie szło niczym wywabić... nikną w oczach!  Cuda - nie cuda! :))) Tak, więc, jeśli ktoś myśli, że szamanizm i inne praktyki "magiczne" to takie sobie "hokus-pokus" - bardzo się myli. To "podróż w jedną stronę". Z jednej strony pomagasz, z drugiej zbierasz ciosy. Coś za coś. Myślę, że Firefox wie, o czym mówię. On też "zbiera" na siebie ciosy ze snów dotyczących innych osób. Jest mu z pewnością ciężko kogoś ostrzegać przed czymś...
     To dzisiaj wrzucę pracę, z którą wiąże się też pewna zabawna historia magiczna :) Coś latem szyłam i została mi resztka grubej, czarnej tkaniny. Uszyłam z niej malutką torebeczkę, tzw. imprezówkę, z myślą o moich dziewczynach. Żadna jednak nie chciała, więc wrzuciłam fotki do Pakamery. Nie sądziłam, że szybko pójdzie, a że miałam w domu wymieniane okna i związany z tym bałagan, wpakowałam gdzieś torebeczkę z innymi rzeczami. Zapomniałam. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po kilku dniach torebka się sprzedała. Problem w tym, że nie mogłam jej znaleźć :) Przewaliłam wszystkie miejsca, gdzie mogłam ją schować. Pudło! Poprosiłam więc na GG Krzysztofa, aby użył swoich mocy jasnowidzących do odnalezienia torebki, ale było to raczej w żartach, ot tak... rzucone sobie... I Krzysztof... ot, tak... rzucił sobie "miejsce", gdzie jest torebka... Nie szukałam, bo przecież niby to było w żartach. Następnego dnia od rana wyszperałam jeszcze kawałek tkaniny i zabrałam się za szycie duplikatu. Kiedy już torebeczka była gotowa, potrzebowałam jakiegoś ciucha... wkładam rękę do szafy... wskazanej poprzedniego dnia przez Krzysztofa... i co wyciągam zamiast ciucha? Zagubioną torebkę!!! :)))))))))) Normalnie, wszyscy w domu dostali napadu śmiechu :))) A Krzyśkowi jeszcze do dzisiaj wiszę dwa buziaki za odnalezienie zguby, więc w przyszłym tygodniu muszę to nadrobić ;P... I fotka z "feralną" imprezówką :) Sprzedana (Warszawa).

sobota, 4 grudnia 2010

...

Taki cały dzień dzisiejszy jakiś do d... :/ Z górki, pod górkę... Z górki, pod górkę... Pracy tyle, że nie nadążam przerabiać. Zamówienia nowe spływają. Praca ustawiona praktycznie do końca lutego następnego roku. Tym akurat się nie przejmuję. Lubię swój fach. Ech! Żeby jeszcze wszystkie inne sprawy w moim życiu i w życiu bliskich mi osób się poukładały, byłoby super! Bitwa... Ciągła bitwa o każdy następny dzień... Odkąd sypnęło śniegiem, chodzę codziennie nad Wartę dokarmiać ptaki. Siedzą takie bidulki zbitę w grupę... i czekają... Na widok człowieka od razu podpływają do brzegu. Karma znika w mgnieniu oka. Dzisiaj, mimo słonecznej pogody, nad rzeką, żywego ducha... oprócz mnie... Ja i ptaki... Zastanowiła mnie jedna kaczka. Siedziała sobie samotnie na krze, zaczepionej o brzeg. Nie podpłynęła. Patrzyła pustym wzrokiem, jak inne jedzą. Chora? Niemożliwe, żeby nie była głodna... Zastanawiałam się, co tłumocze się w tym jej malutkim łebku. Jaki problem? Hmm... Krzysztof wczoraj: "Skarbie, musisz wiedzieć, że one kilkanaście wieków temu żyły w takie zimy, a nawet gorsze. Nie sądzisz?" Sądzę, ale dlaczego nie do końca się z Tobą zgadzam? .............. I taka cisza nad tą Wartą. Śnieg wygłusza. Zero ludzi. Człowiek zaczyna słyszeć własne myśli, które mieszają się z szumem wiatru... Potem, już w domu, niepokój... Adam, dobry kolega, nie odzywa się od dwóch dni. Nie odbiera telefonów, nie odpowiada na maile, SMS-y... Milczy na GG... W październiku przeżył straszną tragedię. Wydawało się, że przy naszej pomocy zaczyna się zbierać... Kilka dni temu na GG, nagle zadał mi pytanie: "Shay, dlaczego ona mi to zrobiła? Z jakiego powodu kobiety tak ranią facetów?"... Ja: "Hmm... Pewnie z takich samych powodów, z jakich faceci ranią kobiety???" Tak już w życiu jest, że czasami ten sam temat przerabia się na dwie strony... Dzisiaj jego telefon zamilkł na dobre. Niepokój, strach... Coś się stało... Szybka decyzja - jeśli nie pojedzie sprawdzić tego ktoś, kto najbliżej mieszka, wsiadam w pociąg i jadę. Na szczęście jeden z kolegów wsiadł w auto i przedziera się w stronę Katowic... Czekam na wiadomość. Zerkam na telefon... Chyba nie pośpię dzisiaj... Zresztą sen i tak nie przyjdzie. Od wczoraj pobolewa mnie głowa. Rzadko odczuwam takie dolegliwości. Stres? Kłopoty? Pewnie wszystko razem... Spora "warstewka" się tego uzbierała... Jakby tego było mało, po południu mój tato znów zasłabł i "zbierałam" go z podłogi. Zdarza się to masakrycznie często, ale musimy się już z tym pogodzić. Lepiej nie będzie... Wieczorna chwila relaksu u dziewczyn w pokoju. Dalia krząta się po domu. Cyntia przy kompie... Leżę z zamkniętymi oczami... Nie wiem, czy to ta wspomniana "warstewka", czy niepokój o kolegę pomieszany z bólem głowy...  "Ja właśnie płakałem. Nie po wierzchu. Czułem coś takiego, jakby z drugiej strony moich oczu łzy do wewnątrz mnie spływały. Doświadczył pan może takiego płaczu?" Tak, ten cytat Myśliwskiego jest dzisiaj o mnie. Nauczyłam się płakać "od wewnątrz", tak, żeby jak najmniej martwić moje dzieci... Z kamienną twarzą, bez drgnienia mięśni... Najpierw zbiera się w środku, za mostkiem, na wysokości klatki piersiowej. Rośnie. Kiedy nabiera takich rozmiarów, że klatka piersiowa już "tego" nie mieści, wolniutko, boleśnie przeciska się w kierunku gardła. Potem z gardła do głowy... a kiedy osiągnie poziom skroni, czujesz, jak rozprzestrzenia się w kierunku uszu... Czasami jednak przyjmie formę "ciekłą"... Leżę bez ruchu. Zapominam nawet na moment o bólu głowy. A może nie zapominam, tylko nagle ten ból "niefizyczny" okazuje się przewyższać ten fizyczny? Może... Zewnętrzny kącik lewego oka. Piekące gorąco. Maleńka kropelka rozpoczyna swoją drogę wzdłuż skroni, w kierunku lewego ucha... I pewnie zaliczyłaby to ucho, gdybym nie leżała skierowana lekko w lewą stronę... Kap! Poduszka... Za pierwszą kropelką toczy się druga... Szlakiem już przetartym... Kap! Gdybym była wilkiem, usłyszałabym zapewne uderzenie łzy o poduszkę... Nie słyszę... A może wytężę słuch? Wszak Najważniejsza Kobieta W Moim Życiu powiedziała mi kiedyś, że "poskładała" mnie Ta Która Zbiera Wilcze Kości... Może stąd ten mój rewelacyjny węch? Nos, który pamięta każdy zapach? Nos, który musi powąchać wszystko, co znajdzie się w moim zasięgu? Ostatnio, na zakupach w Starym Browarze, oglądam jakiś ciuch, a Dalia do mnie: "Mamo, błagam, tylko nie wąchaj". Ja: "Dziecko Drogie, ja już powąchałam!  Nawet tego nie zauważyłaś" :)... Kap! Tym razem kropelka z wewnętrznego kącika prawego oka. Utorowała sobie ścieżkę wzdłuż nosa, potem pod nim, nad górną wargą... po lewym policzku... Kap! Kap! Kap! Prawe oko, lewe oko... Dziecko wchodzi do pokoju, więc kulę się w sobie i przekręcam całkiem na lewy bok. "Wzięłaś tabletkę?" Wzięłam, choć nie lubię tabletek przeciwbólowych. Czy są może takie na ból niefizyczny??? Każdy inny zniosę... Kap! Tym razem mój nos jest tak blisko wilgotnej poduszki, że czuję zapach swoich łez. Niemożliwe?! Możliwe! Jakie zapachy potrafię sobie przypomnieć? Sama się dziwię... Pamiętam zapach moich dzieci, kiedy tuż po porodzie lądowały na moim brzuchu... Pamiętam zapach lalki, siedzącej na tapczanie u mojej babci... Pamiętam zapach babci, jej włosów, jej dłoni po wyciągnięciu z piekarnika pieczonych jabłek nadziewanych marmoladą... Kap!.. Pamiętam zapach gruszek - zimówek z gruszy naprzeciwko kuchennego okna... Pamiętam zapach róż z mojego ślubnego bukietu... Pamiętam zapach mojej mamy na kilka godzin przed jej śmiercią... Kap! Kap! Kap!.. Pamiętam zapach pierwszych bucików mojej Dalii... Pamiętam zapach jeziora z wakacji w Błażejewku... Kap!.. Pamiętam zapach krwi psa, wiezionego z interwencji do weterynarza, który skonał na moich kolanach... Pamiętam zapach maleńkich, kilkudniowych kociaków u koleżanki na wsi... Pamiętam zapach... smak też, ale najbardziej zapach... Coca - Coli i sosu do spaghetti, w Jego ustach... zapach Jego włosów i zapach liści z krzewu rosnącego za "naszą" ławką w parku... Pamiętam zapach pierwszych pierniczków upieczonych własnoręcznie przez moje dzieci... Kap! Kap! Kap!.. Tak pachną wspomnienia... Pachnie powietrze, pachną książki, pachnie wiatr... i deszcz... Kap!.. Rusz się, Shay! Koniec "kapania"! Trzeba zrobić selekcję "animalsów" zgłoszonych na wyjazd nad Biebrzę... Po przejrzeniu "referencji" wybieram jedną dziewczynę z Torunia i chłopaka z Płocka. Najgorzej z fotografem. Kiedy już mi się wydawało, że złapaliśmy chłopaka z dobrym "ekstremalnie" sprzętem, okazało się, że zrozumiał on dość nieopatrznie określenie "pokryte koszty". Myślał, że zapewnione są warunki niczym w pięciogwiazdkowym hotelu, a tam dzicz totalna :/ Zrezygnował. Nie pisze się na "przygodę życia" ;/ Zgłosił się jednak "animals" posiadający lustrzankę, jego zdaniem "odporną" na mróz do 10-ciu na minusie, ale... No, właśnie... ale... W najgorszym wypadku wyskoczymy do "Sigmy" i wypożyczymy sprzęt - tam nam chłopacy doradzą, co przetrwa takie warunki. W końcu na tym się najlepiej znają... Będzie dobrze...
     Już po północy, a informacji od Marcina żadnych. Telefon milczy. Nie wiem, czy dojechał do tego Adama... Marcina żona też przysłała mi "nerwowego" SMS-a. Jesteśmy w kropce... Teraz słuch zaginął o obydwóch :/// Jak mam teraz zasnąć? Zaczynam żałować, że sama nie wsiadłam w pociąg i nie ruszyłam do tych Katowic :/ Dupa, dupa, dupa :/... Przepraszam, czasami muszę sobie zakląć :/
     Zaczęło się od kaczek, to niech na kaczkach się skończy... Dwie podkładki pod talerze z ich motywem. Sprzedane (Warszawa).

czwartek, 2 grudnia 2010

U Izy wszystko OK :)))

Po kilku dniach "pukania", dopukałam się w końcu do Izy z Mazur Garbatych. Wszystko u niej OK, poza tym, że net padł jej kompletnie, a śnieg i mróz całkowicie odcięły od świata. Walczy z centralnym ogrzewaniem, nie ma jak dojechać po potrzebne części do miasta... Szron na szybach, wszystko zamarznięte... Zimowe realia życia na wsi :) W każdym razie nie musimy się już o nią martwić - jest cała i zdrowa :D Prosiła, bym pozdrowiła Was wszystkich i podziękowała za troskę o nią, co niniejszym czynię :)))
     To dzisiaj serduszko dla Izy... z życzeniami "normalnej" temperatury w domu :)))

wtorek, 30 listopada 2010

Co z Izą???

Dzisiaj nie chce mi się o czymkolwiek pisać... Martwi mnie, co się dzieje z Izą z Rancza na Mazurach Garbatych. Ktoś wie??? Na blogu pusto i głucho, a to do niej niepodobne. Napisałam... Też zero odzewu... Coś jest chyba nie halo... Kochani, albo próbujemy "dopukać" się do niej w inny sposób (kto wie, w jaki???), albo trzeba zacząć działać...
     ...Takie sobie skromne, małe kotki - breloczki ;) Sprzedane...


piątek, 26 listopada 2010

Ciężka noc za mną...

Godzina 00:10... Pobudka! Moja Dalia dostała napad padaczkowy. Pierwszy od 13-tu miesięcy. Już myślałyśmy z jej panią neurolog, że od przyszłego roku, jeśli nic się nie wydarzy, zaczniemy redukować lek, a tu... dupa! Wpadła w to w okresie dojrzewania. Hormony... Dwie koleżanki z klasy też z tym walczą. Za czasów mojej młodość nie słyszało się o tylu przypadkach. W sumie, nie powinnam tak narzekać, gdyż u niej akurat są to napady bardzo rzadkie, zawsze w czasie snu... Ale, jakoś tak... Kiedyś pani neurolog powiedziała mi, że podobno prawie każdy z nas, przynajmniej raz w życiu, przechodzi napad epilepsji nawet o tym nie wiedząc. Marna to pociecha... Nie wiem, jak to się dzieje, ale w przypadku Dalii zawsze tak się zdarzało, że albo pies robił alarm, albo ja się budziłam dokładniutko w momencie, kiedy to się zaczynało. Raz padło na Cyntię... W każdym razie, kiedy już było po wszystkim, musiałam przy niej czuwać... I powtarzanie sobie: "nie możesz zasnąć... nie możesz zasnąć... nie możesz zasnąć"... W takich trudnych chwilach odczuwam potrzebę wygadania się przed kimś bliskim, więc odpaliłam laptopa. Jak na złość na naszym czacie pusto... Ale na GG Maryśka "świeci" się na żółto, więc myślę sobie: "oooo, jak dobrze... wygadam się, nie usnę... chociaż 10-20 minut". Dupa! Zero reakcji! No, tak... Maryśka po raz kolejny zasnęła przy włączonym kompie. Cała ona :))) Pożytek z tego taki, że przeczytałam kilka patchworkowych newsletterów, które przyszły na skrzynkę w ostatnich dniach... I co parę minut kontrola, czy dzieciak prawidłowo oddycha... Takie ciężkie noce ciągną się w nieskończoność... Wszystko jest "czarne" i smutne... Gdzieś słyszę najpierw jedno pogotowie... potem drugie... Jakiś pies szczeka w oddali, więc Nuka cicho powarkuje... Jakiś głuchy telefon przed 2-gą. Obcy, nieznany numer. Pewnie ktoś się pomylił... Komuś na chwilę włączył się alarm w samochodzie... Odgłosy miasta nocą... Koło 3-ciej zamknęłam laptopa, ale usnęłam dopiero przed 5-tą. Dwie godziny gapienia się w czarny sufit... Przy okazji podsumowałam rok, chociaż jakby nie było, jeszcze cały miesiąc przed nami, a to jednak trochę czasu ;) O 6-tej moja Dalia zerwała się na dźwięk komórki i śmiga do łazienki. Mówię jej, że miała napad w nocy i nie pójdzie do szkoły, tylko do lekarza. Patrzy na mnie, jak na zdechłą żabę, po czym oświadcza, że świetnie się czuje, ma tylko pięć lekcji i... w ogóle musi. Założę się o pieniądze całego świata, że to "musi" nosi imię Patryk i czeka pod szkołą ;))) Poszła!!! Z drugiej strony cieszę się, że do swoich dolegliwości podchodzi na spokojnie...
...A raniutko odezwała się Maryśka :), po przeczytaniu informacji na GG :) i mówi: "mogłaś mnie obudzić!"... No, pewnie, w środku nocy będę ją budziła. W końcu świat się nie walił... Po jakimś czasie telefon od Olki - to samo: "Dlaczego nie obudziłaś mnie albo Sławka. Przyjechałabym nawet, żeby cię zmienić, żebyś mogła trochę pospać"... No, tak, Marysia już wszystkim "nadała" :)))... Po kilkunastu minutach Firefox: "Dlaczego mnie nie budziłaś. Pogadalibyśmy na GG". Mówię, że skoro go jego Anioł Stróż nie obudził, to znaczyło, że miał spać... a on mi na to, że jego Anioł Stróż w nocy śpi... leniwy typ...:)))) Z tego wynika, ze następnym razem (oby go nie było), będę budziła wszystkich :)))))... A teraz gotuję obiad, idę spać, żeby odespać, bo po południu śmigamy z Krzysztofem na gorrrrrrącą czekoladę. Od czasu, kiedy wrócił z wyprawy na lodowiec, nie mieliśmy okazji, żeby się spotkać i pogadać. Niech wyrzuci z siebie "lodowcowe" emocje, poopowiada, jak było. Lubię słuchać, gdy ktoś dzieli się z takim zaangażowaniem swoją pasją... A z Krzysztofa niezły mówca i opowiadacz :)))
     Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Pluszowego Misia, więc wrzucę dwa "crazy patchworkowe" miśki... jednakże nie pluszowe :))) Dobranoc :)))


czwartek, 25 listopada 2010

Trochę emocji, trochę wzruszeń i uśmiechów... I duuuużo pracy :)))

"Odpaliłam" raniutko komputer i od razu "wpadłam" do Grey Wolfa, gdyż ze dwa dni nie odwiedzałam jego bloga... iiiiiiii... moje oczy osiągnęły wielkość półdolarówek z Kennedym ;) Widzę, fotka podpisana: Luther Standing Bear, a na niej... Standing Bear. Niewtajemniczonym nic to nie mówi i różnica żadna, ale dla mnie - ogromna!!! Problem polega na tym, że jeden był Siouxem, a drugi Ponca... a "historycznie" pod żadnym prawie względem nie było im "po drodze". To trochę tak, jakby zdjęcie np. Józefa Piłsudskiego podpisać: " .........." No, nie będę dawała przykładu :/ Wina Grey Wolfa też pewnie żadna, bo po prostu nie "doszukał" się do końca, a zbieżność imion może zmylić. We mnie osobiście wzbudziło to jednak spore emocje, być może niezbyt zrozumiałe dla przeciętnego człowieka. Mam w swoim życiu pewną hierarchię ważności ludzi, uczuć i poglądów... Niepodważalną hierarchię... Naród Ponca, to po moich dzieciach "Ktoś", kogo najbardziej kocham i w dniu dzisiejszym po raz kolejny zdałam sobie z tego sprawę. Jakkolwiek potoczyłyby się obecnie losy tego Narodu, będę broniła go, jak niepodległości... W dzisiejszych czasach może się to komuś wydać głupie, bo do lamusa odeszło pojęcie: "oddać życie za ...", ale ja jeszcze coś "takiego" w sobie mam i są ludzie, za których gotowa byłabym oddać życie (ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że bym to zrobiła). To, w kolejności, moje córki i właśnie Naród Ponca... Chociaż... Od niedawna także jeden osobnik płci męskiej, z którym nawet nie wiem, co się dzieje, a który się o tym nie dowie, więc mniejsza o to... No, i bezapelacyjnie mój nieżyjący Przyjaciel... gdyby żył, bo tak się złożyło, że sam "oddał życie" w wypadku... Hmm... Jeden błędny podpis pod zdjęciem, a tyle potrafi uświadomić. Właściwie, dziękuję Ci za to, Grey Wolf ;)))... To tyle emocji...
     Wzruszenia... Wzruszyłam się na kawce u mojej Kochanej Pani Ani P. :) Tyle ciepłych słów o moich pracach, o tym, ile dają radości jej rodzinie... Miłe to, tym bardziej, że kiedy coś "dziergam", wkładam w to całe moje serce, całą duszę, całe umiejętności... i cały czas myślę o osobie, dla której to wykonuję...
     Uśmiechy... Uśmiechnęłam się, kiedy dostałam maila od Pana X.X. z informacją, że z kolei on się uśmiechnął na widok makatki dla Stasia... I zrobiło mu się od razu "lepiej", ponieważ leży obecnie złożony jakąś paskudną grypą :/ W tym akurat przypadku uświadomiłam sobie, że jakoś nigdy nie dopuszczałam do siebie myśli, że Osoby Publiczne też dopadają dolegliwości "powszechne" :))) Też tak macie? Kurczę, nigdy się nad tym nie zastanawiałam, dopiero teraz... W każdym razie wysyłam Panu X.X. pozytywną energię i życzę szybkiego powrotu do zdrowia :)))
    No, i praaaaaca!!! Zaczęłam wycinać skarpety świąteczne... w ilości sztuk 5 :) Crazy Patchwork, Moi Drodzy, więc jazda bez trzymanki... Ale ja akurat lubię crazy patchwork, więc się trochę pobawię :)))
     Wysłałam też dzisiaj paczkę do Mikołowa koło Krasnopola (daleko!), a w niej zamówioną przez Panią Karolinę kołderkę w stylu "primitive country", wraz z zagłówkiem do łóżeczka, dla dziewczynki, która lada dzień przyjdzie na świat :))))) Komplecik na załączonych fotkach... Wymiary kołderki: 120 x 142 cm; zagłówka: 192 x 30 cm. Aplikacja maszynowa i quilting ręczny.

wtorek, 23 listopada 2010

Ponoć ma sypnąć...

Od kilku dni straszą, że ma sypnąć śniegiem... Fakt, zimno jakoś, chociaż w Poznaniu bardziej pluchowato i trudno uwierzyć, że miałoby zrobić się nagle biało. Wracałam pod wieczór z biblioteki i przyznam, że stópki mi zmarzły ;) Czas trampki zamienić na glany, aczkolwiek mam w zanadrzu inne rozwiązanie - kupić ocieplane trampeczki :)))... A tak na poważnie... My, "animalsi", zabraliśmy się ostro za edukację narodu... jak co roku zresztą... I jak co roku zapewne, zostaniemy nie do końca zrozumiani :/ Chodzi oczywiście o ptaki i ich dokarmianie. Nieustannie apelujemy, żeby zacząć dokarmiać skrzydlatych przyjaciół dopiero, gdy mróz ściśnie i śniegiem sypnie. Nie przyzwyczajajmy ich do "socjalu", bo z ptakami, jak z ludźmi - przyzwyczajone do pomocy, przestają sobie radzić same. Póki mogą sobie znaleźć same pożywienie, niech szukają. Tym bardziej, że takie "proste rozwiązania" starsze osobniki przekazują młodym i kółko bezradności się nakręca... Natomiast, kiedy nastają mrozy i podejmujemy się dokarmiania ptaków, nie zapominajmy, że ptaki są... "ziarnojadami" ;) Podrzucajmy więc wszelkie ziarna, płatki owsiane, gotowane ziemniaki i warzywa...  I nie wrzucajmy ich do wody; wysypmy na brzegu... Hmm... Teraz trochę o chlebie, bo to kontrowersyjna sprawa. Chleb, ze względu na zawarte w sobie składniki, szkodzi ptakom. Szczególnie wrażliwe na ten "smakołyk" są przewody pokarmowe ptaków wodnych - kaczek, łabędzi... A już całkiem zapomnijmy o tym spleśniałym, mokrym, wrzucanym bezpośrednio do wody!!! Masakra!!! A dlaczego wspomniałam, że chleb wzbudza kontrowersje? Ano, dlatego, że kiedy już jest naprawdę tragicznie, mróz siarczysty, brak możliwościa podania im innego pożywienia, można podrzucić im suchy (!) chleb, pokrojony na malutkie kawałeczki (nie pół bochenka!)... i oczywiście nie do wody... Lepsze to, niż zdychanie z głodu :/ Kiedy mnie "edukowani" pytają, skąd taka rozbieżność w poglądach, zawsze podaję taki... ludzki przykład ;/ Wyobraźcie sobie, że zostajecie uwięzieni w fabryce chipsów. Zero kontaktu ze światem. Wiecie, że chipsy są szkodliwe, ale czy w zaistniałej sytuacji postanowicie przymierać głodem? Nie! Będziecie ratować życie, obżerając się tym paskudztwem w nadziei, że odkujecie to sobie zdrowym odżywianiem, kiedy ten cały koszmar minie! Tak samo jest z ptakami. Z dwojga złego lepiej ratować im życie, niż skazywać na śmierć głodową... Ach! Zapomniałam jeszcze wspomnieć o łabędziach... Jeśli już jeziora i stawy zamarzną, podrzućcie im na lód przy brzegu wiązki słomy (jeśli macie taką możliwość) - będą sobie na tym siadały, a to ochroni je przed przymarzaniem do lodu... No, i dzięki z góry w imieniu ptaków za okazaną im pomoc :) Mądrą pomoc ;)))
     Żeby było trochę biało, jak zimą, ale też troszkę kwieciście, jak latem - dwie poduszki z Sunbonnet Sue :) Do kupienia, gdyby ktoś chciał...

poniedziałek, 22 listopada 2010

Wyjechał pociąg do Krakowa... Ciuch-ciuch-ciuch-ciuch... :)))

Ależ ponuro dzisiaj :/ Leje cały dzień... Ciemno tak, że nie ma mowy o pracy bez sztucznego światła... Od dwóch dni próbuję sfotografować uszyty pledzik dziecięcy i zagłówek do łóżeczka... Masakra! Mimo wszystko, dzisiejszy dzień ogólnie jakiś taki bardzo pozytywny... powiedziałabym zawodowo pozytywny ;) Udało mi się pokończyć większe zamówienia i już myślałam, że po uszyciu kolejnego pledu z Sunbonnet Sue i podusi z wyżej wymienioną, zabiorę się za duże projekty planowane od dłuższego czasu... A tu siup! Dzisiaj przyszły kolejne zamówienia na "drobnicę" - patchworkowe warcaby, pięć skarpet świątecznych w crazy patchwork... Na 28 listopada mam do uszycia dwa etui na komórki... Święta, Moi Drodzy... Święta! :))) No, i kiedy ja mam w końcu jechać do tego DPT w Ustce, żeby pozbierać materiały do pracy??? Ba! Gdybym nie musiała sama tego zbierać, zafundowałabym komuś ze trzy dni "urlopu ", żeby ten ktoś zrobił to za mnie, ale jak mam niby wytłumaczyć, czego mi potrzeba? Tak to już jest w pracy twórczej, że człowiek od A do Z musi zrobić wszystko sam :)))
     Dzisiaj "wyjechał" do Krakowa pociąg dla Stasia, o którym już kiedyś pisałam. To właściwie takie wspólne "dziecko" moje i Pani Izy, mamy Stasia ;) Uwielbiam pracować z takimi klientami, jak Pani Iza, którzy określają mi, czego oczekują, a potem dają mi totalny luz w realizacji projektu. Mogę wtedy swobodnie "pracować" swoją wyobraźnią... bez stresu. Z doświadczenia już wiem, że z takiej współpracy rodzą się najlepsze projekty... Dlatego jeszcze raz tutaj, na blogu, dziękuję Pani Izie za złożone zamówienie... no i za wiele ciepłych słów w dzisiejszym mailu ;))) Niech makatka przyniesie Stasiowi wiele radości :)))
     Z "danych technicznych"... Makata szyta techniką aplikacji maszynowej na czterech warstwach, z czterema kieszonkami. Dodatkowo haft ręczny... + moje ukochane guziki ;) Quilting maszynowy. Lamówka podszywana ręcznie. Wymiary: 165 x 60 cm... Z ciekawostek... ;) Z reguły na quiltach z quiltingiem maszynowym nie stosuje się sygnatur, ale na specjalną prośbę Pani Izy, makata została zaopatrzona w sygnaturę haftowaną ręcznie o treści: MADE BY SHAYNEEN    OCT / NOV 2010. Być może zyska kiedyś miano quiltu kolekcjonerskiego??? ;))) Kto wie, kto wie??? :)))

niedziela, 21 listopada 2010

Bywam powodem "koszmarów" zbiorowych??? ;)))

Od samiutkiego rana odbieram maile, SMS-y i inne informacje o treści: "śniłaś mi się dzisiejszej nocy". Jakiś zbiorowy "koszmar", czy cóś??? Czyżbym opuściła swoje nędzne ciało i wędrowała astralnie po Polsce od znajomego do znajomego? W sumie może być, bo z fotograficzną wręcz dokładnością pamiętam każdy mój sen, a z dzisiejszej nocy - amnezja :)))... Najpierw napisała do mnie Maryśka G., że we śnie jechała ze mną pociągiem. Siedziałyśmy podobno tylko we dwie w przedziale. Drzwi zamknięte, ludzie z korytarza próbowali je otworzyć, ale bezskutecznie. Nie mogli się dostać do przedziału, a my gadałyśmy sobie zupełnie się tym nie przejmując. Nie wie, dokąd jechałyśmy ;)... Później SMS od Oli. Śniło jej się, że nie miałam z kim jechać na interwencję na wieś i zabrałam ją. Okazało się, że jakiś pies topił się w studni i musiałyśmy go wyciągnąć. Interwencja zakończona sukcesem :)))... Następna informacja od kolegi z podstawówki, spotkanego rano koło "Biedronki". W sumie rzadko się widujemy, a tu wpadamy na siebie i od razu: "Yyyy, słuchaj, śniłaś mi się w nocy!" On z kolei we śnie pomagał mi naprawić... motocykl!!! Mówi, że podobno jakiś przerobiony chopper. Ja w skórze od góry do dołu. Hmm... najciekawsze, że ja "samodzielnie" nie potrafię jeździć na motocyklu :))) Czyżby przyszłość??? :)))... W południe mail od kolegi Firefoxa. Jemu z kolei się śniło, że mieszkałam już w swoim domu na wsi, do którego go zaprosiłam. Po ciężkich poszukiwaniach trafił do niego. Podobno biała chałupa z czarnymi belkami w murze. Bardzo się jednak zdenerwował, ponieważ najpierw przed tym domem goniły go i obszczekały dwa potężne, czarne psy, a potem drzwi nie otworzyłam mu ja, tylko - cytuję: "jakiś nieznany mi w ogóle koleś, z długimi piórami, a kolor tych piór nie przypadł mi do gustu". Nie spodobało się też Firefoxowi, kiedy ów "koleś" zakomunikował mu, że Małgosia pojechała na dwa dni na interwencję z "animalsami" i zbulwersowany napisał mi: "Ty, ktoś na świecie jeszcze na ciebie 'Małgosia' mówi???" Troszkę mnie to martwi, ponieważ kolega Firefox słynie "w kręgach" z proroczych snów, sprawdzających się dokładnie, a to by wróżyło, że zapewne szykuje mi się jakiś zielonowłosy Marsjanin :) Muszę go zapytać, jaki był kolor tych piór.  Najwyżej faceta przefarbuję na odcień bardziej cywilizowany :)))... No, a po południu na GG pisze mi moja koleżanka Anita, że we śnie pomagałam jej wybrać kieckę na wesele. Problem w tym, że obecnie nie wybiera się na żadne wesele i... nie cierpi sukienek ;))) Poza tym jeszcze dwa SMS-y od innych osób, z informacją o moim "nawiedzeniu" ich dzisiejszej nocy, ale już bez szczegółów... Jakieś zbiorowe było to "nawiedzenie" :)))
    Dzisiaj pledzik skierowany do konkretnego, małego adresata imieniem Tomek. Pojechał do Pruszkowa :)

piątek, 19 listopada 2010

Rycerz Mieczy...

Mniej więcej od tygodnia "upominał" się o mnie Tarot... Od kilku lat, odkąd "zdradziłam" go dla run, nie jest nam "po drodze", więc leży sobie schowany, z pełnym szacunkiem... Jeśli jednak coś dzieje się poza mną, coś, o czym karty chcą mi powiedzieć, "wpadamy" na siebie... I nawet, jeśli ja nie chcę i bronię się przed nim - On nie daje za wygraną. Będzie mnie tak długo dręczył, aż wezmę go do ręki. Nie lubię, kiedy to na mnie wymusza... Przez ostatnie dni natykałam się na karty nieustannie. Otwieram szafę - są. Przekładam na półkę "mniej używaną" - za kilka godzin dziwnym trafem potrzebuję coś z tej półki i znów się spotykamy. Kładę na inną półkę. Następnego dnia muszę wyciągnąć książkę - karty spadają, wysypują się z pudełka. Na samym wierzchu Rycerz Mieczy :/ ... Czego ode mnie chcecie???  Chowam karty do pudełka. Następnego dnia znów na siebie wpadamy. Poddaję się... Pierwszy rozkład od kilku lat... Najważniejsza karta - Rycerz Mieczy... Drugi rozkład - "powtórka z rozrywki" :/ ... Następne dni - Rycerz Mieczy... Rycerz Mieczy... Rycerz Mieczy!!!!! Nie chcę na to patrzeć... Nie chcę tego "słuchać"... Więc dlaczego Tarot wciska mi to na siłę? Każe mi "przerabiać" coś, czego nie chcę? Dzisiaj karty ponownie wymusiły na mnie kontakt i poszły jeszcze dalej! Rycerz Mieczy odwrócony... Przy nim Królowa Mieczy odwrócona, Paź Mieczy odwrócony i Trójka Mieczy odwrócona!!!!! A obok "moja" karta - Cesarzowa i Sprawiedliwość! No, dosłownie Układ Roku! O, nie, Drogi Tarocie, nie mam zamiaru ingerować w życie Rycerza Mieczy... nawet, kiedy jego pozycja się odwraca, bo Królowa Mieczy stanęła "do góry nóżkami". Martwi mnie natomiast bardzo ta odwrócona Trójka Mieczy :((((((((((( Kurde, bardzo mnie martwi :(((((( W przypadku Rycerza Mieczy, to najgorsze, co może być :((((((( Nie bardzo rozumiem, dlaczego Tarot wymusza na mnie, bym stanęła "na pozycji" Cesarzowej... ???... Bez względu na to, co się stanie, chowam karty głęboko do najmniej "używanej" szafy i nie mam zamiaru brać ich do rąk ani jutro, ani pojutrze, ani za tydzień, ani.......
     Jakoś szaro się zrobiło... Torebka - kopertówka w kratkę... Sprzedana na Pakamerze... ale nie pamiętam, dokąd pojechała.

wtorek, 16 listopada 2010

Płacz "nad rozlanym mlekiem"... a właściwie nad zniszczonym quiltem :/

Na łopatki rozłożył mnie dzisiaj mail, który znalazłam rano w mojej poczcie... Przeczytałam... Podumałam... W ciągu kilku minut wywołał u mnie totalnie skrajne emocje - od zaskoczenia, zdziwienia, rozbawienia, poprzez sarkastyczny uśmieszek na mojej twarzy, po lekkie uczucie złości, bezradności, na wściekłości kończąc... I początkowo pomyślałam sobie, że nic z tym nie zrobię, poza odpisaniem nadawcy i pocieszeniem go (a może i nie?) w dość kłopotliwej dla niego (a może nie tylko dla niego?) sytuacji. Jednakże po dłuższym przemyśleniu stwierdziłam, że dobrze będzie opisać całą sytuację, ku przestrodze, gdyż podobna "szopka" może przydarzyć się każdemu... posiadaczowi starego quiltu... A było to tak...
     Jakiś czas temu napisał do mnie klient - posiadacz starego, zniszczonego quiltu... Typowy quilt amerykański, zszywany i pikowany ręcznie, datowany przeze mnie (i nie tylko przeze mnie) na pierwsze lata XX w. Kolekcjonerskie cacko, przekazywane z pokolenia na pokolenie... Bardzo zniszczone... Było pytanie o cenę renowacji. Klientowi wydawało się za drogo... Hmm... Biorąc pod uwagę ogrom pracy, jaki musiałabym włożyć, aby doprowadzić quilt do stanu, już nawet nie tyle "używalności", ile stanu pozwalającego mu przetrwać i cieszyć oko następnego pokolenia - cena nie była wygórowana. Cóż, klient po kilku dniach poiformował mnie, że znalazł w naszym kraju panią, która "zreanimuje" mu ten quilt za... kilkaset złotych (!!!). Trochę mnie to zdziwiło, gdyż mam jako takie pojęcie o... hmm... rynku renowacji quiltów w Polsce :))) Jego wybór... O sprawie zapomniałam... Do dnia dzisiejszego, kiedy to w skrzynce mailowej znalazlam rozpaczliwą wiadomość od tegoż klienta. Cóż się okazało? Pani za te kilkaset złotych "zreanimowała" quilt... a i owszem!... Klient - laik odebrał, zapłacił... Pojechał do Stanów na kilka miesięcy... z quiltem... a tam wpadł na pomysł, aby "cacko" wycenić. Jakież było jego zdziwienie (i chyba nie tylko zdziwienie), kiedy dowiedział się, że quilt nie ma żadnej wartości! Po prostu, pani poddała go "renowacji" w taki sposób, że stracił całą wartość kolekcjonerską!!! Okazało się, że w niektórych miejscach ułatwiła sobie nawet pracę przeszywając go maszyną (!) Prawdziwy majstersztyk! :/// Klient pyta, co teraz? Czy może "pociągnąć panią do odpowiedzialności"? Czy próbować ratować jeszcze quilt w inny sposób? Cóż, quiltu już nic nie uratuje, tzn. jego wartości kolekcjonerskiej. Można go sobie traktować już tylko użytkowo... A odpowiedzialność??? Ludzie! Jaką miała w sobie odpowiedzialność pani, która nie mając (najprawdopodobniej) pojęcia o renowacji quiltów, podjęła się takiej roboty! Normalnie krew mnie zalewa! Przecież, żeby podejmować się takiej pracy trzeba naprawdę znać i historię patchworku, i techniki, i mieć pojęcie o tkaninach... umieć mniej więcej wycenić wartość takiego "cacka". Trzeba umieć podjąć decyzję, na ile można ingerować w quilt, aby nie naruszyć jego wartości. To są naprawdę lata grzebania się w temacie... i ciągła, nieustanna nauka!!! Dlatego, niech ten wpis będzie taki trochę "ku przestrodze"... Dla posiadaczy starych quiltów... dla osób, które podejmują się pracy, która ich przerasta, bądź o której nie mają pojęcia... tudzież dla klientów, którym prace rękodzielnicze wydają się "zbyt drogie"... I nie myślę tutaj tylko o patchworku i quiltingu, ale w ogóle o wszystkich typach rękodzieła. Może w końcu ludzie zrozumieją, że te prace naprawdę mają swoją wartość.
     Dla wyciszenia emocji, dzisiaj coś "zabawkowego" - misiek do patchworku... i patchwork dla miśka :))) Właścicielką kompleciku jest malutka Ksenia z Belgradu :) Pozdrawiam Ksenię i jej Mamę Monikę :)))


poniedziałek, 15 listopada 2010

Trochę "technicznie"... o wiankach :)))

Tak się złożyło, że otrzymałam ostatnio trzy maile -od Oli, Grażynki i Asi- z pytaniami o technikę wykonania rustkalnych wianków. Sorrki, dziewczyny, ale ostatnio jestem tak zawalona pracą, wolontariatem i "atrakcjami" domowymi, że nie wyrabiam z odpisywaniem na maile, ale skoro pytania macie podobne, postanowiłam odpowiedzieć na blogu; może jeszcze komuś się przyda ;)... Jaka długość pasków na rurki? Hmm... Ja wycinam paski na przysłowiowe "oko". Akurat te wianuszki, które zamieszczam dzisiaj i ten zamieszczony wcześniej, mają jakieś 30 cm (?) średnicy. Wszystko zależy od tego, jak ścisłą zrobicie plecionkę, ale myślę, że w tym wypadku cięłam pasy o wymiarach ok. 70-80 cm x 8-10cm. Oczywiście, łatwiej jest wypchać szersze rurki, ale wtedy trzeba skroić dłuższe paski, żeby to w miarę proporcjonalne później wyszło ;) Wypychać możecie watą tapicerską lub, jak kto woli, ociepliną. Najlepiej drutem do robótek (grubym) i z dwóch stron w kierunku środka. Póżniej spleść warkocz i pozszywać ręcznie "spotykające" się końcówki. Następnie musicie skroić kokardę... czy też szarfę... zwał, jak zwał :))) Ja tak sobie jakoś sama ustaliłam (nie wiem, dlaczego :D), że kroję ją takiej samej długości, jak rurki. No, nie wiem - jakoś zawsze mi się to sprawdza później w ogólnych proporcjach po uszyciu ;) A szerokość? Też musicie sobie przyjąć "na oko", ale w tych przedstawionych wiankach miały one jakieś 11-13 cm (?)... Zszywacie je po długości, zostawiając na środku kawałek nie zaszyty, żeby można było potem przeciągnąć tę kokardę na prawą stronę (ważne, żeby na środku, bo po zaszyciu ręcznym ten kawałek wyjdzie Wam akurat na "supełku", więc zszycia nie będzie widać). Rozprasowujecie szew tak, aby wyszedł na środku spodu, rysujecie sobie na końcach ładne, kształtne trójkąty ;), zszywacie po wyrysowanych liniach... przeciągacie kokardę na prawą stronę przez pozostawiony otworek, po czym otworek zgrabniutko zaszywacie ;)... Prasujecie ładniutko kokardę... i teraz musicie wykazać się zręcznością, żeby ładnie ją ułożyć ;)... Ja dodatkowo zawiązuję satynową wstążeczkę, przez co wszystko mi się jakoś stabilniej trzyma... No, a teraz przyszywacie kokardę do wianka... i gotowe! :)))... Życzę udanej zabawy z Waszymi wianuszkami i ... wrzucajcie je na swoje blogi :)))
     A u mnie kolejne wianki... Czerwony i beżowy - sprzedany... Wiśniowy i niebieski - szuka właściciela :)))

niedziela, 14 listopada 2010

Doba "cudów" i... dobrych wiadomości :)

Od wczorajszego wieczoru wszystko u mnie jakieś takie... pozytywnie "ciepłe" :) Skończyło się zamartwianie o Krzyśka, który zdobywszy lodowiec Argentiere, szczęśliwie wrócił do domu. Co prawda z poobijanymi żebrami, plujący krwią i wymęczony, ale szczęśliwy... i silniejszy... i mądrzejszy. Mimo totalnie ekstremalnych warunków, dopiął swego ;) Tak właśnie spełnia się marzenia... Dał radę! Czyli teraz, Panie Krzysztofie, jestem gotowa iść z Panem... w tych rakietach śnieżnych :)... choćby i na samą Alaskę... a może i jeszcze dalej, bo wiem, że jak padnę po drodze, to choćby i na plecach, ale mnie dotargasz do celu :)))))... I wzruszyło mnie stwierdzenie, że mimo trzaskającego mrozu, bólu, zmęczenia, spartańskich warunków, Krzyśkowi chciało się jeszcze... dużo o mnie myśleć ;))) To miłe :)...
     A dzisiejszego ranka jeszcze dodatkowo telefon od mojej Kochanej klientki, Pani Ani P., która powiedziała mi, że bardzo się za mną stęskniła i poświęciła noc, by wejść na mojego bloga i poczytać... i zrobiło jej się miło, i tak fajnie, "cieplutko"... i że koniecznie musimy się spotkać na kawie w przyszłym tygodniu, bo mamy sobie dużo do opowiadania... i że też obcięła włosy :)... Więc będzie ta kawa, Pani Aniu, jeśli nie w nadchodzącym tygodniu, to w następnym na pewno, bo ja też bardzo się stęskniłam, ale jakoś tak ostatnio nie miałam czasu... i smutków w moim życiu sporo, więc nie chciałam ich "zasiewać" dalej...
     I po południu kolejna niespodzianka... Mail od Pana X.X., o którym pisałam we wpisie z 11 października, a w mailu tyle ciepłych słów i propozycja pomocy bezdomnym zwierzakom... Już nawet wiem, gdzie tę pomoc skierujemy... Przykro mi się jednak zrobiło, bo nie dalej, jak kilka dni temu, w jakimś "brukowcu", przeczytałam dużo "cierpkich" słów na temat życia prywatnego Pana X.X. i jest mi go naprawdę żal. Cóż, taka widocznie jest cena bycia Osobą Publiczną. Smutne :(
     Tak sobie myślę, że jest w moim życiu wiele osób, za które powinnam dziękować losowi. Nie chodzi mi tutaj o rodzinę, bo ją po prostu mam, ale za te osoby, które pojawiły się na ścieżkach mojego życia i mam pewność, że jakkolwiek potoczą się nasze losy, one zawsze będą tegoż życia częścią, będą ważne... i cokolwiek się stanie, będę trwała przy nich wiernie "w myślach, słowach i uczynkach"... nawet, jeśli na jakiś czas, bliżej nieokreślony, te ścieżki pójdą w innych kierunkach... Powinnam podziękować za Olę i Sławka... za Firefoxa, choć z niego typ niepokorny i wiecznie w bojowym nastroju ;)... za Krzyśka W., mojego zdobywcę lodowców i człowieka, który mówi: TAK, kiedy ja mówię: NIE ;P)))... za Anetę B., ...za Panią Anię P., ...za Henry'ego Grey Wolf, który jest dla mnie najlepszym dowodem na to, że ludzie w naszym życiu nie pojawiają się przez przypadek :)... za Tomka W., ...za Krzyśka K., który od kiedy zapukał do moich drzwi w Domu Turysty w Krakowie wieeeeele lat temu, zajął w moim życiu miejsce tak ważne, że gotowa jestem oddać za niego prawą rękę ;))), ...za Sonię i Ryśka, ...za Cypriana Ś., dzięki któremu uwierzyłam, że to, co indiańskie, może też przetrwać w "białych", dzięki takim ludziom, jak On, ...za Dankę B., moją byłą szefową, na którą na sto procent zawsze mogę liczyć, ...za Alinkę K., ...za Maryśkę G., ...za Wiesię Ś., ...za Marcina B., ...za Bartka C., ...za Krysię Ł., ...za Krzyśka P., który pojawił się i zniknął, ale stanął (po moich dzieciach) na szczycie mojej piramidy ważności, ...za Pawła P., ...za Krzyśka R., ...za Panią Hanię K., ...za Jadzię Z., osobę, która po śmierci powinna iść "żywcem" do nieba, bo nie znam drugiej tak empatycznej osoby, ...i za wielu, wielu moich wiernych przyjaciół, których nie sposób wymienić, ale przy których jestem gotowa trwać wiernie, jak pies... Ale najbardziej dziękuję Losowi za mojego nieżyjącego już Przyjaciela, Sebastiana, który -bez względu na to, gdzie teraz jest- z pewnością czuwa nade mną... i mam nadzieję, że kiedyś wreszcie spełni obietnicę, daną mi jeszcze za życia... rzuconą ot, tak niby przypadkiem... bo ja ją ciągle pamiętam, a wiem, że Sebastian nie rzucał nigdy słów na wiatr :) Więc czekam cierpliwie :))))
     W takim razie dzisiaj serduszko dla Wszystkich Wymienionych Powyżej... a w szczególności dla Krzyśka W., za szczęśliwy powrót z lodowca:)))

piątek, 12 listopada 2010

Troszkę smutnych faktów o "schronach"...

Kilka wpisów wcześniej poprosiłam Was, abyście zadbali o bezdomne zwierzaki w okresie zimowym, przekazując dary dla schronisk, bądź samemu  reagując bezpośrednią pomocą tam, gdzie to konieczne. Fajnie, że spotkało się to z odzewem. Dostałam kilka maili z namiarami na zwierzęta "w potrzebie" i można było zadziałać skutecznie (jeden przypadek nawet bardzo poważny, ale wszystko skończyło się szczęśliwie). Jedna sprawa okazała się jednak taka... hmm... nazwijmy to niezręczna. Otóż napisała do mnie Kasia (mniejsza o to, z jakiego miasta - przemilczę to), że po przeczytaniu mojego wpisu postanowiła "poruszyć" wszystkich znajomych i tym sposobem uzbierali całkiem sporą ilość kocy, kołder, karmy, misek i postanowili zawieźć to do najbliższego "schronu". Jakież było ich zdziwienie, kiedy obsługa tegoż, zakomunikowała im, że nie przyjmą darów, ponieważ... nie mają gdzie tego przechowywać! No, ewentualnie "skusili" się na karmę :/ Zdegustowana Kasia napisała do mnie smutnego maila z pytaniem: "co teraz?" Byłam w szoku, więc najpierw skontaktowałam się ze schroniskiem. Odpowiedź ta sama - brak miejsca. Dowiedziałam się jednak, że schronisko podlega władzom miasta, dlatego próbowałam tam interweniować. Pan, w sposób bardzo... egzaltowany... wyjaśnił mi, iż faktycznie, w schronisku jest zbyt mało miejsca dla zwierząt, a cóż dopiero myśleć o pomieszczeniu na tego typu... "szpargały" (!!!). Na moje pytanie, czy schronisko jest aż tak "bogate", że nie potrzebuje pomocy ze strony społeczeństwa oświadczył, że kiedy czegoś brakuje, wtedy sprawę... nagłaśniają! Dopiero, jak brakuje!!! Zasugerowałam, czy urząd nie może wydzielić jakiegoś pomieszczenia poza schroniskiem do przechowywania darów, skoro już takie są, zamiast czekać "aż zabraknie"... A Pan mi na to, że nawet o tym nie pomyślał! Rozumiecie to?! Nie pomyślał!!! Naprawdę, trzeba nad czymś takim dużo myśleć :/
     Przykre są takie sytuacje. Tyle mówi się o trudnej sytuacji schronisk dla bezdomnych zwierząt... Cóż mogę Wam powiedzieć w takiej sytuacji ja, "animals"?........ Że są schroniska naprawdę wzorcowe, ale są też takie, które powinno się zamknąć? Taka jest prawda, niestety... Że w niektórych dzieją się rzeczy, które w ogóle nie powinny mieć miejsca? Co kilka dni napływają do nas informacje, że tu czy tam źle się dzieje. Od października ciągnie się głośnym echem sprawa kieleckiego "schronu", w której to sprawie ludzie z Fundacji "Emir" dwoją się i troją... W ubiegłym tygodniu "animalsów" w całym kraju poruszyła głośna sprawa psa Demona w słupskim schronisku - sytuacja, która w ogóle nie powinna mieć miejsca. Takie są fakty... My, "animalsi", też jesteśmy często traktowani, jak intruzi, kiedy przywozimy do schronu zwierzaka z interwencji - zwierzak zabrany przy bramie i zero wejścia na teren. Dlaczego? Wiadomo, dlaczego... A że wielokrotnie ludzie pracujący w schroniskach są "przypadkowi"? Ktoś ich wybiera na te "stołki", rekrutuje pod takim, czy innym względem. Prawda jest taka, że aby pracować w takich miejscach, jak schroniska, trzeba mieć nie tyle jakieś super kwalifikacje. Ba! Nie wystarczy być tylko wrażliwym człowiekiem! Tutaj jeszcze potrzebna jest empatia... bo wrażliwość i empatia, to dwie różne rzeczy. Ktoś, kto jest empatyczny, zawsze jest wrażliwy. W drugą stronę - nie zawsze :/ ... No, ale dosyć już tego marudzenia ;)
     Dzisiaj poduszka z "niedźwiedzią łapą" :) Bardzo lubię ten wzorek :)... Dodatkowo delikatny bluework... Podusia "poszła w ludzi" :)))

wtorek, 9 listopada 2010

08.11. - od wczoraj to trzecie moje "urodziny" w roku :)

   Tak... Data, która miała przesądzić o nowym etapie w moim życiu... i w pewnym sensie przesądziła. Może nie do końca tak, jakbym sobie tego życzyła, ale z pewnością od wczoraj odcinam się od przeszłości :) Pewnie, nic od razu i z dnia na dzień, ale... kroczek po kroczku... Na to "konto" zrobiłam nawet rzecz tak drastyczną i niesamowitą, że powaliłam nią na kolana rodzinę, znajomych i przyjaciół. Obcięłam włosy! Oczywiście zanim to zrobiłam wszyscy próbowali mnie zakrzyczeć i wybić mi to zgłowy, ale poszłam "za ciosem" :) Moja Dalia stwierdziła, że teraz, z któtszymi włosami, już w ogóle nie wyglądam na swoje lata :)Starym, indiańskim sposobem odcięłam się od wszystkiego, co "umarło", co tłamsiło mnie od wewnątrz i hamowało. Gdzieś tam jeszcze tlą się we mnie jakieś iskierki niepożądane, ale i one przygasną z czasem. Tak będzie... Powiedziałam!
   Ale żeby mi nie było za łatwo, jakiś "nerw" najwyraźniej w życiu muszę zawsze mieć ;/ Mój Bardzo Dobry Kolega, Krzysiek W., podąża właśnie na lodowiec  Argentiere w Alpach :/ Od wczoraj wpadam na kompa co chwilę i obsesyjnie sprawdzam tamtejsze warunki pogodowe... i jestem przerażona! Jest fatalnie! Wiem, że to silny, odporny, rozsądny facet, ale zwyczajnie się martwię. Z pewnością wszyscy się martwimy: jego przyjaciele, rodzice, brat, starsi ludzie, u których mieszka... pracownicy, bo z Krzyśka dobry szef ;) Kurde, ale sobie wybrali czas na wspinaczkę! Alpy, to nie taki pikuś! W ubiegłym roku moja siostrzenica w okresie letnim zdobywała M. Blanc i musieli, niestety, spasować. Właśnie warunki pogodowe zmusiły ich do odwrotu. Rozsądek wygrał. Jak będzie z Krzyśkiem? Wiem, że to mądry, 35-letni facet, ale czasem pasja pcha człowieka "na krawędź"... Wrrrrr... Dobra, przestaję krakać... Wróci cały i zdrowy, a jak nie, to tam pojadę i wytargam go z każdej zaspy :)))
   W ogóle, stwierdziłam, że ja o wszystkich wkoło się martwię. Jak moi znajomi, przyjaciele, nie dają znaku życia przez dwa dni - od razu niepokój, że coś nie halo. Najwyraźniej jestem z tych ludzi, którzy lubią mieć wszystkich w domu :))) Ba! Ja nawet, Moi Drodzy, martwię się o naszą "bloggerską rodzinę" :) Jeśli na jakimś blogu nie pojawia się dłużej jakiś wpis, od razu zapala mi się czerwona lampka! Pamiętam, jakoś w czerwcu, u Piotrka w "Chacie nad Wisłokiem" miało miejsce takie długie milczenie. Wystraszyłam się, czy go fala powodziowa czasami nie zmyła, tym bardziej, że Sanok "spłynął". Napisałam maila. Jeden dzień milczenia. Myślę sobie: "kurczę, jeśli go zmyło, to przecież nie odpisze". Już nawet pomyślałam, że wyślę Henry'emu Grey Wolf kasę na paliwo i poproszę, żeby pojechał sprawdzić, co się stało, bo on tam jakoś "terenowo" chyba najbliżej mieszka ;) Okazało się jednak, że nic się nie stało. Piotr lekko... zapracowany był i zapomniał o blogu :))) A w ogóle widzieliście ten piec, który "wysmyczył"? Normalnie, bajka!!! Martwię się też o Małgośkę, czyli "Bag Lady", która walczy jak może z chorobą i codziennie wieczorem myślę o niej i staram się przesłać "dobrą energię" :(... "Wpadam" codziennie do Izy z "Rancza na Mazurach Garbatych", żeby sprawdzić, czy wszystko OK i czy sobie radzi ze wszystkim... Oj, długo mogę wymieniać! Wszystkich Was "odwiedzam" i sprawdzam, co u kogo ;) Tak już się z Wami zżyłam przez tego bloga :)
   Dobra, dosyć paplania... Pora na patchwork... Tym razem będzie to TYLKO patchwork (nie quilt!) - bieżniczek w stylu prowansalskim... Sprzedany. Pojechał do jakiejś małej miejscowości pod Warszawą, ale już nie pamiętam nazwy ;P