niedziela, 7 listopada 2010

Ja i patchwork, czyli jak to się wszystko zaczęło :)

     W ostatnim miesiącu od kilku osób usłyszałam pytanie, jak to się właściwie u mnie z tym patchworkiem zaczęło. W piątek o to samo zapytał Kamil w "Strimie"... Hmm... Jak to się zaczęło?
     Na przełomie lat 80-tych / 90-tych wyjeżdżało się na zachód na przysłowiowe "saksy". W czasie jednego takiego wyjazdu do Belgii, znaleźliśmy się w znanym holenderskim miasteczku Maastricht. Przechadzając się po wielkim centrum handlowym, natknęłam się w jednej z elitarnych galerii na duży quilt, wiszący na wystawie. Był piękny... i piekielnie drogi. Obiecałam sobie, że za całą zarobioną kasę kupię to cacko. Niestety, nawet po dwóch miesiącach ciężkiej pracy, mimo wielu wyrzeczeń (oszczędzałam na wszystkim), nie udało mi się uzbierać takiej zawrotnej kwoty. Wtedy postanowiłam, że sama kiedyś coś takiego uszyję. Zaopatrzyłam się więc w publikacje na temat szycia patchworków, które po pewnym czasie upłynniłam, ponieważ w rzeczywistości w niczym mi nie pomogły. Najwięcej nauczyłam się czerpiąc z metody "prób i błędów"... Zaczynałam od małych form, nieskomplikowanych. Były to z początku wyłącznie patchworki - o quiltach jeszcze wtedy nie marzyłam :D... Proste, geometryczne formy powoli zaczęły przybierać kształty bardziej złożone, pracochłonne. Później przyszła pora na patchwork hawajski, w którym się jednak nie odnalazłam. Jakoś nie było nam "po drodze", ale może kiedyś do niego wrócę, bo w patchworku, jak w życiu - powroty bywają ciekawe i inspirujące :) Przeszłam też przygodę z trapunto, boutis... patchworkiem celtyckim. Troszkę później odkryłam chenille, którą to technikę pokochałam i to chyba z wzajemnością, bo świetnie mi się w niej pracuje. Odkąd zaczęłam "paćkać" się w aplikacji, aplikuję na okrągło... małe formy... patchworkowe obrazy... quilty... Kiedy wpadłam już po uszy w klasyczny patchwork amerykański i quilt, zaczęło się grzebanie w historii i praktycznie dopiero od tego momentu stało się to pasją mojego życia... Renowacja starych quiltów... Odpowiedzialność, jak cholera, bo stare cacko warte jest fortunę... I tym oto sposobem patchwork i quilting stały się jedynymi pewniakami w moim życiu :) Patchwork for ever :)))
     Jak pisałam w piątek, w "Strimie" słowo "bieżnik" wzbudziło kontrowersje, więc może dla przekory kolejny... bieżnik :))) Tym razem Apple Core... Wymiary: 30 x 100 cm. Gęsty quilting maszynowy. Jest do sprzedania; "wisi" w Pakamerze.


4 komentarze:

  1. Znaleść pasje w zyciu to jeden z wazniejszych etapów. Gratuluję

    OdpowiedzUsuń
  2. No zawsze jest pierwsze zauroczenie czymś..ja kiedyś, gdy komputery były jeszcze w powijakach, a pisemko 'Bajtek' był rozchwytywany, i powielany na ksero!, pozazdrościłem innym krajom, że mają takie kolorowe piękne wydawnictwa na temat Atari, Amiga, czy nawet Spectrum, Commodore (czy jeszcze ktoś w ogóle pamięta takie nazwy? :)), i zapragnąłem poczytać. To postanowiłem sprowadzić, a jak dla siebie, to czemu i nie dla innych ;)..i w sumie jako pierwszy w kraju zacząłem sprzedawać angielskie pisemka komputerowe. Nawet w Mpikach jeszcze nie było. IBM dopiero później się pojawił (jakieś prehistoryczne Pentium 286 np.)
    Wolves4ever!

    OdpowiedzUsuń
  3. No, Grey Wolf, czyli z Ciebie był prawdziwy pionier :)))

    OdpowiedzUsuń
  4. nom w tym jednym się udało ;)

    OdpowiedzUsuń