niedziela, 7 listopada 2010

Właśnie urodziłam dziecko :)))))

To znaczy tak mi się dziwnie przyśniło :)))... Ja to mam sny ostatnio! Totalny odjazd! :)))...
...Idę sobie w głąb lasu z moimi koleżankami z podstawówki, Ewą i Hanią, których nb. nie widziałam w realu od lat. Przed sobą targam mój wielki brzuchol. Na mnie zwiewna miniówka w kwiecistą "łączkę", miodowe trapery, grube skarpety i kardigan (nawet mi się podobał ;D). Dziewczyny próbują mi perswadować, że trzeba do szpitala, ale ja uparcie im tłumaczę, że mają mnie zostawić w spokoju, że dam sobie radę. W końcu kobiety tak rodziły od tysiącleci. Posłuchały. Poszły sobie... Szukam jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym się o coś oprzeć. Jest - duży głaz między drzewami. Przykucam, opieram się plecami... i spokój. Nic mnie nie boli, żadnego skurczu, ale wiem, że muszę urodzić. Teraz albo nigdy, bo dziecko się udusi. Więc prę... bez specjalnego wysiłku, aż się sama dziwię, że tak łatwo i prosto. Każdej kobiecie życzę takiego porodu :))) ...I pac! Jest dziewczynka! Dosłownie łagodnie wychlupnęła ze mnie! Zero bólu, zero krwi :) Owijam ją w kardigan i wiem, ze teraz muszę walić do jakiegoś szpitala, lekarza, bo nie mam jak odciąć pępowiny. Jakoś intuicyjnie wybieram kierunek, w którym powinnam iść. Wychodzę na drogę i widzę z daleka jakieś zabudowania. To chyba tam? Tym bardziej, że po przejściu kawałka drogi trafiam na informacyjny znak drogowy: "pogotowie". Przed budynkiem kilka karetek. Wchodzę do środka. Kilka osób w recepcji rozmawia wesoło, nie zwracając na mnie uwagi, więc mówię, że właśnie urodziłam dziecko i ktoś musi odciąć pępowinę. Popłoch i zamieszanie. Podbiega jakaś lekarka i z przerażeniem pyta:
- To pani ma w sobie jeszcze łożysko? Jak pani tu doszła?
Tłumaczę, że pieszo. Z lasu.
Kładą mnie na jakąś kozetkę. Tyle zamieszania i paniki, że zaczynają mi się mieszać głosy, twarze... Już po wszystkim. Podają mi dziecko. Pytają o dane - skąd jestem, gdzie mieszkam... Mówię, że właśnie od dzisiaj zamieszkałam w domu pod lasem. Chłopak w białym fartuchu  (lekarz, czy pielęgniarz nie wiem), mówi, że to nie możliwe, bo on tamtędy przejeżdża codziennie w drodze do przychodni i to totalny pustostan. Wczoraj na dyżur też jechał i nic nie wskazywało, żeby dom ktoś zamieszkiwał. Tłumaczę, że właśnie dzisiaj rano się wprowadziłam. Kilkoro przyjaciół przyjechało ze mną, żeby pomóc przy remoncie... Chłopak proponuje, że mnie podwiezie do domu, bo nie mogę w tym stanie tak daleko iść. Jeszcze jakaś kobieta podbiega i pyta o imię dziecka, bo musi wpisać w dokumentację. Nie wiem, skąd mi się to bierze, ale po chwili zastanowienia mówię: "Abigail". Robią wielkie oczy, ale wpisują to, co podaję. Wychodzimy... Chłopak (już bez fartucha) prowadzi mnie do samochodu. Stara, odkryta terenówka, pomalowana w "barwy ochronne". Ostrzega, że nieźle nas wytrzęsie, ale ponoć dojedziemy bezpiecznie. Nagle czuję coś ciepłego na nogach. Delikatnie spływa krew, więc mówię chłopakowi, że nie mogę tak usiąść, bo krwawię... i... w ogóle jakoś tak się stało, że nie mam majtek :/ Nie czuję wstydu, zażenowania - może przez świadomość, że zostałam matką. Działanie oksytocyny - dojrzałość myślenia; każda kobieta, która rodziła, dobrze to rozumie :))) Chłopak biegnie do przychodni i po chwili przynosi wielke naręcze waty. Robi mi z tego poduszkę na siedzeniu... Ruszamy. Rzeczywiście nieźle trzęsie ;/ ... Zaczyna pytać o imię. Mówię:
- Małgorzata... Ale przyjaciele i bliskie osoby mówią do mnie Shayneen.
Kilka razy powtarza, pewnie żeby zapamiętać; prosi o przeliterowanie. Stwierdza, że trudne - inaczej się pisze, inaczej wymawia: Szajniin... Szajniin... Shayneen... :)))
- A skąd to imię dla córki? Abigail?
- Wiesz, nie wiem. Nie myślałam nad tym. Tak jakoś samo przyszło... W ogóle byłam przekonana, że urodzę chłopca, Nataniela. Jednak życie konfrontuje plany :)
Chwila milczenia i pada pytanie:
- A ojciec dziecka?
- Sama muszę ją wychować. Tak się złożyło. Jej ojciec o niczym nie wie. Poradzę sobie. Mam dwie, prawie dorosłe córki... Masę przyjaciół... Damy radę.
- I nie masz zamiaru mu powiedzieć? Chyba byłoby w porządku, żeby wiedział?
- Lepiej nie. Tak będzie lepiej dla wszystkich. Nie mogę komplikować komuś życia dla własnej wygody.
Milczymy dłuższą chwilę, po czym chłopak wybucha śmiechem i mówi:
- Ale jazda! Wiesz, skończyłem dopiero studia. Pracuję w tej przychodni dopiero od dwóch tygodni i cały czas było tu nudno. Zaledwie kilka pozszywanych łbów pijaczków z okolicznych wiosek. Jak się nawalą pod sklepem, to potrafią się pobić o kilka łyków taniego wina. A tu nagle na moim dyżurze - kobieta rodzi w lesie. Jakiś absurd!
Mała zaczyna kwilić, więc podsuwam jej pierś do ssania. Milusio, kiedy tak maleńką, delikatną rąsią dotyka mojej piersi... Podjeżdżamy pod dom. Zauważa nas moja koleżanka, Olka, pchająca akurat pełną taczkę jakichś cegieł. Wrzeszczy w kierunku domu: "Ej, Shayneen przyjechała z dzieckiem!" Rzuca taczkę, biegnie w naszą stronę. Widzę też wybiegającego z domu Sławka, Oli męża... I sen się kończy... Tak więc zostałam "matką" po raz któryśtam, bo chyba każda z nas, kobiet, "rodziła" we śnie. Mi się już kilka takich noworodków przytrafiło :)))
    Dzisiaj coś dziecięcego. Piórniczek - "kredkownik". Praktyczny i wesoły. Sprzedany (Warszawa).

3 komentarze:

  1. Wszystkiego najlepszego z okazji narodzin kolejnej córy.

    OdpowiedzUsuń
  2. nom 1oo lat !..rodzinka coraz większa :)..ale opowiadanie..można było przegryźć ;)..to może lepiej się nie budzić?..mi się takie nie śnią :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Może to dlatego, że mam jeszcze zamiar adoptować kiedyś jakiegoś dzieciaczka i stworzyć mu dom... Ale to już w nowej chałupie ;)

    OdpowiedzUsuń