piątek, 24 grudnia 2010

Z chłodem w łóżku, czyli fizycznie o niefizycznym ;)

Po trzeciej nad ranem... Wigilijny poranek, a ja już nie zasnę... Obudził mnie totalny ziąb w łóżku. Mieliście kiedyś coś takiego, że coś Wam się śni, budzicie się... i okazuje się po przebudzeniu, że te wyśnione odczucia są jak najbardziej realne? No, to ja tak mam w tej chwili... W pokoju ciepło, kołdrą owinięta, jak kokonem, a całe ciało spowite w totalny chłód! Pod poprzednim wpisem Grey Wolf stwierdził, że Hawaje, to nie moje klimaty... więc dzisiaj te klimaty były całkiem niehawajskie :)))
   Sen... Zima... Zupełnie taka, jak obecnie - mroźna, śnieżna... Siedzę w lesie pod drzewem, na śniegu. Pod tyłkiem zwinięty koc. W dłoni mój szamański bębenek... Nie wiem, gdzie się znajduję, ale spokój, jaki czuję w sobie wskazuje, że dobrze wiem, po co tu jestem. Przyszłam po spokój, wyciszenie... Uderzam delikatnie, rytmicznie, po cichutku w bębenek i również cicho coś intonuję pod nosem... Zaczyna padać śnieg... Najpierw delikatnie... Za chwilę robi się z tego niezła zadymka... Z zupełnym spokojem postanawiam zbudować sobie jakieś schronienie, ponieważ zaczyna się ściemniać. Szukam więc odpowiednich gałęzi... W pewnej chwili dociera do mnie niby zawodzenie, niby kwilenie... Czyjś płacz... Próbuję namierzyć, z której strony dociera, ale w taką pogodę w lesie jest to trudne. Nagle w śniegu dostrzegam lekko przysypane już  ślady stóp... Dwie osoby... Idę po śladach... W nadciągającym mroku zauważam jakąś kruchą postać, klęczącą na śniegu i schylajacą się nad czymś. Podchodzę i co widzę? Jakaś może kilkunastoletnia dziewczynka płacze i poszarpuje leżącego w śniegu chłopca. Chłopiec nie daje znaku życia... Dziewczynka też jest już na skraju wyczerpania. Klękam obok i pytam, co tutaj robią, w taką zadymkę, w tak odludnym miejscu. Dziewczynka próbuje coś mówić, ale chyba zarówno z zimna, jak i ze zdenerwowania i wyczerpania, trzęsą jej się policzki i z ust wylatują tylko pojedyncze, ciche, niezbyt zrozumiałe dla mnie słowa... Próbuję to poskładać w całość, ale jest mi trudno, gdyż ona calutki czas szarpie za rękaw chłopca i powtarza bez końca: "Mój brat nie żyje? Mój brat nie żyje?"... Siadam przy chłopcu... Sprawdzam... Żyje, ale jego oddech jest słaby i nie ma z nim kontaktu. Wiem, że muszę działać natychmiast... Jeśli zaśnie w tym śniegu - zamarznie. Pytam dziewczynkę o imię... Paulina... "A brat?" Dziewczynka mówi tak cichutko, że w pierwszym momencie słyszę: Jacek, więc składam to w całość: "Paulinka i Jacek, tak?" Kręci przecząco głową i nieco głośniej już: "Maciek. Brat ma na imię Maciej"... Proszę, żeby wstała i pomogła mi podnieść ze śniegu brata, ale jest tak słaba, że pojmuję już, iż będę musiała sama sobie radzić. Nie jestem zbyt silną kobietą, więc chłopiec, mimo iż najwyraźniej trochę młodszy od siostry, jednak mi nieźle ciąży... Musimy szybko znaleźć przytulne miejsce w gęstych, niskich drzewach, gdzie śnieg nie zawiewa aż tak mocno, zbudować schronienie i natychmiast rozpalić ogień, bo inaczej cienko to widzę... Jest takie miejsce! Jeszcze kawałek, a nie doniosłabym chłopca... Owijam go swoim jedynym kocem i sadzam, opierając o drzewo. Obok sadzam dziewczynkę. W tempie błyskawicznym, moim niezastąpionym "szwajcarem", ścinam dostępne gałęzie świerkowe, strzepuję z nich śnieg i buduję prowizoryczny szałas... Teraz ognisko... Z tym nie mam problemu. Nawet w "mokrych", trudnych warunkach idzie mi to świetnie... Wyciągam z plecaka metalowy kubek, wsypuję do niego trochę śniegu i stawiam w ogniu... Dzieciaki muszą jak najszybciej coś gorącego wypić. Sprawdzam Maćka. Chociaż cały czas nie ma z nim kontaktu, to jednak oddycha. Dziewczynka cały czas pochlipuje narwowo i pyta: "Maciek umrze?" Uspokajam ją, że nie dam im zamarznąć, a tym samym nie dam umrzeć jej bratu, ale musi ze mną współpracować... Woda w kubku jest na tyle ciepła, że dzieci mogą się napić. Ciężko mi napoić chłopca, ponieważ nie ma na tyle siły i świadomości, aby połykać. Trochę jednak wypija. Z Pauliną idzie łatwiej... Próbuję po raz drugi dowiedzieć się, skąd się wzięli w lesie w taką pogodę, gdzie mieszkają... Opornie to idzie... Dziewczynka jest nadal roztrzęsiona. Jedyne, czego się dowiaduję, to to, że wracali autobusem do domu. Autobus zjechał do rowu, ugrzązł, kierowca wysadził pasażerów. Wszyscy się rozeszli, a ona z bratem postanowiła dojść do domu pieszo. Drogą było dalej, więc chcieli iść na skróty. No, i w śnieżnej zadymce zabłądzili. Zgubili po drodze plecaki. Maciek "przetracił" rękawiczki, więc Paulinka dała mu swoje... Jest mi głupio, ponieważ dopiero teraz widzę jej zmarznięte ręce, więc szybko zdejmuję rękawiczki i podaję dziewczynce... Pytam, jak nazywa się miejscowość, w której mieszkają, tym bardziej, że sama nie wiem, gdzie jestem... W tym momencie chłopiec zaczyna wydawać jakieś jęki, więc Paulina znów zaczyna nerwowo szlochać. Trudno mi ją uspokoić. Szczęka zębami... Uparcie pytam o miejscowość, ale nie potrafi z siebie wydobyć dźwięku, więc podaję jej patyk i proszę, by napisała na ubitym śniegu. Próbuje pisać, ale patyk łamie się na pierwszej literze, a ona znów wybucha płaczem. Dalej niewiele wiem, nawet z tej jednej litery, bo albo jest to "C", albo... niedokończone "O" lub "G"??? Nie będę dalej jej męczyła. Odpoczniemy trochę... i w drogę. Nie możemy tutaj zostać... Przyciągam dzieci bliżej ognia i ponownie poję ciepłą wodą. W plecaku znajduję tabliczkę czekolady. Dziewczynka je sama, ale chłopaczkowi muszę wciskać na siłę po kawałeczku. Na szczęście, połyka. Koc miałam tylko jeden i oddałam chłopcu. Żeby było cieplej dziewczynce, przyciągam ją do siebie i tulę mocno. Gładzę uspokajająco po włosach, wystających spod czapki i w tym momencie widzę, że patrzą na mnie oczy pełne ufności. Co ciekawe... Kurczę, gdzieś już widziałam te oczy... albo taki wzrok... Jest w nich coś tak dziwnie znajomego, czego nie potrafię określić. Może widziałam już je kiedyś w jakimś śnie? Bo przecież dziewczynka ze snu jest mi zupełnie obca... Ma piękny odcień włosów! Identyczny miała kiedyś moja Dalia... zanim nie zaczęła eksperymentów z farbowaniem, bo raz czy drugi ktoś jej dokuczył. Mam nadzieję, że ta dziewczynka kiedyś będzie mądrzejsza, niż moje dziecię... Powoli przymyka oczy. Zasypia... OK, niech się trochę prześpią, bo przed nami jeszcze droga... Bóg raczy wiedzieć, jaka długa :/... W pewnym momencie w kieszeni Paulinki kurtki wyczuwam coś twardego. Wyciągam... Komórka! Ja swojej przy sobie nie mam. Myślę sobie: "Bingo! Z pewnością ma w komórce jakieś numery do rodziców, znajomych..." Od razu zostaję sprowadzona na ziemię. Komórka rozładowana. No, tak -myślę sobie- przecież ktoś już na pewno szuka tych dzieci, więc gdyby komórka działała, dzwoniłaby nieustannie... Kolejna załamka... Jest chyba środek nocy, ale trzeba iść dalej. Gaszę ognisko. Budzę dzieci. Paulina wstaje bez oporów, natomiast z Maćkiem jest spory problem. Chłopiec jest nadal bardzo słaby. Mimo wszystko postanawiam go nieść. Jeśli będzie mógł przejść chociaż kilka kroków o własnych siłach, też będzie sukces... Wychodzimy z naszej kryjówki... Nie wiem, w którą stronę iść. Nie znam terenu. Staję więc przez chwilę z zamkniętymi oczami i wsłuchuję się w głos własnej intuicji... Ruszamy... Śnieg nieustannie pada, ale nie ma już takiej zadymki. Prawie pełnia księżyca, więc nie jest aż tak ciemno... Nie wiem, jak daleko idziemy... Jestem już zmęczona dźwiganiem chłopca, ciągłymi przystankami na odpoczynek... Paulinka też wycieńczona, zaczyna znów płakać, więc uspokajam ją, jak mogę. Damy radę! Musimy dać!... W pewnym momencie las się kończy i wychodzimy na otwartą przestrzeń. W świetle księżyca widać zarys jakiegoś kościoła. Paulinka krzyczy, że zna ten kościół! Tu, niedaleko, jest też szkoła do ktorej chodzą! Wstępuje w nas nadzieja, a we mnie jakieś dodatkowe siły, bo nagle przestaję czuć ciężar niesionego chłopca... Postanawiam, że idziemy w stronę kościoła i tam poprosimy o pomoc, ale dziewczynka ostrzega mnie, że musimy uważać, bo gdzieś pod tym śniegiem musi być rzeczka. Idziemy ostrożnie. Jest! Rzeczka! Wąziutka, zamarznięta, ale stąpam powolutku po lodzie. W końcu niosę dodatkowy ciężar! Udaje nam się przejść... Dziwny ten kościół. Nigdy takiego nie widziałam. Połowa z cegieł, połowa z jakiegoś muru pruskiego. Konstrukcja rewelacyjna, nie ma co :/ Łazimy dookoła... Walimy w drzwi czegoś, co chyba jest plebanią. Cisza... Ruszamy dalej... Nagle Maciek zaczyna wymiotować. Sadzam go pod jakąś figurką na kształt kapliczki i wycieram. Sama czekolada, którą go karmiłam... Idziemy... Pukamy do pierwszego domu. Cisza... W drugim to samo... Ciemno w całej wsi. W dodatku nie wiem, gdzie jesteśmy... Ponownie zrywa się straszna zadymka, ale tym razem w dziewczynkę wstępuje jakaś siła. Zna drogę do domu! Prowadź, więc, dziecko, prowadź! Znów nie wiem, jak daleko idziemy, bo i ta zadymka... i te ciągłe przystanki... Równie dobrze mogłoby to być 100 metrów, jak i 100 kilometrów. Tracę wyczucie odległości. Tym bardziej, że w pewnym momencie Maciek zaczyna krwawić z nosa. Pewnie przemęczenie... Przystajemy... Przykładam mu śnieg na kark, żeby zatamować krwawienie. Mimo wszystko robi się jakiś bardziej komunikatywny. Nawet przez moment z zainteresowaniem ogląda mój szamański bębenek, pyta, co to i oświadcza, że on też taki by chciał :) Odpowiadam, że może kiedyś... Ruszamy... W pewnym momencie Paulinka krzyczy, że widzi ich dom. Doszliśmy! Dochodzimy do jakiegoś podwórka. W domu ciemno. Podchodzimy do drzwi. Sadzam Maćka na progu i opieram o drzwi. Pukam... Pewnie wszyscy śpią? A może nie ma nikogo? Może szukają zaginionych dzieci? Jakieś szuranie wewnątrz... Moja misja się skończyła. Jeszcze raz przytulam Paulinę i odchodzę. Już są bezpieczni. Dziewczynka jednak wybiega za mną na drogę. Prosi, żebym poczekała, ale tłumaczę, że na mnie w domu też czekają moje dzieci. Przede mną chyba długa droga? Tuli się do mnie i pyta, czy mnie jeszcze zobaczy, bo przecież uratowałam im życie... W tym momencie chyba ktoś wyszedł z domu i zobaczył na progu chłopca, bo nagle słyszę krzyk jakiegoś mężczyzny: "Kasia, szybko! Kaśka! Kaśka!"... I po chwili nawoływanie: "Paulinka! Jezu, gdzie jest Paulinka?! Paulina! Gdzie jesteś, dziecko?!" Głos jest tak zdesperowany i rozpaczliwy, że każę dziewczynce iść do domu... A ona mi na to, że chce mnie jeszcze zobaczyć. Gdzie ma mnie szukać? Uśmiecham się, patrzę w te łagodne oczy i mówię: "Kiedy będziesz tylko chciała, zawołaj mnie, a ja przyjdę". "Tak tylko zawołać?" - pyta... "Tak, tylko zawołaj" - odpowiadam... I idę w drogę powrotną... Tam, gdzie stał ten dziwnie "poskładany" kościół. Mam nadzieję, że stamtąd dostanę się jakoś do domu... jakkolwiek miałabym daleko... Zimno mi w tej zadymce... Płatki śniegu i kryształki lodu smagają moją twarz, ale mam poczucie spełnionego obowiązku... Chociaż pewnie nie tak miał wyglądać mój szamański "seans" wyciszenia w zimowym lesie :)))... I z tego właśnie snu wybudziłam się całkowicie zziębnięta... w ciepłej kołdrze... Kolejny, dziwny sen...
   Było o dzieciach, więc i praca będzie dziecięca... Pledzik dla małej Ksenii z Belgradu... Wymiary: 120 x 200 cm. Szyty techniką aplikacji maszynowej, z motywami Sunbonnet Sue; quilting maszynowy i ręczny; haft ręczny. Quilt posiada wyhaftowaną ręcznie (bluework) sygnaturę o treści: MADE BY SHAYNEEN   NOV / DEC 2010.

1 komentarz:

  1. ej, ja też miałem parę dni temu takie zimne odczucie :)..tylko bez żadnej fabuły..Kochana, powinnaś Bajki pisać dla dzieci!..myślałem, że czytam już nową wersję 'Jasia I Małgosi', drugi talent się objawia! :D

    OdpowiedzUsuń