piątek, 26 lutego 2010

Oko wraca do "normy" :)


...Piszę "wraca", bo tak do końca jeszcze nie jest OK... Ale na tyle dobrze, że mogłam wybrać się do miasta w pogoni za szarą tkaniną na torebkę. Zleciałam cały Poznań i nie znalazłam nic godnego uwagi. Pewnie byłabym zła na siebie za czas stracony, ale w pełni wynagrodziłam to sobie dłuuuugą wizytą w moim ukochanym "Empiku". Znalazłam kilka książeczek, które bardzo chciałabym posiąść i tylko swojej silnej woli i jako takiemu rozsądkowi mogę zawdzięczać, że wyszłam stamtąd jedynie z jedną gazetą :) Nie byłabym jednak sobą, gdybym co ciekawszych fragmentów tychże pozycji nie machnęła "na poczekaniu" :D
Błądząc tak uliczkami Starego Miasta zauważyłam jednak dość ciekawą osobliwość w nazewnictwie -określiłabym- "gastronomicznym" :/ Idę sobie, aż tu nagle wyrasta przede mną "potykacz" z wypisanym wielkimi literami słowem: "KEBAP". Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale rozbawił mnie wiszący jakieś 50 metrów dalej szyld z napisem: "KEBAB"... I kiedy tak szłam dalej, nie licząc już na to, że cokolwiek spowoduje u mnie jeszcze większy wzrost hormonu szczęścia, moim oczom ukazał się napis,  którego twórca poszedł jeszcze dalej: "KEBBAP" !!! :D Parsknęłam takim śmiechem, że aż pewna stateczna, starsza dama odsunęła się ode mnie na przejściu dla pieszych, podejrzewając mnie zapewne o uszczerbek na moim zdrowiu psychicznym :)
Dzisiaj kolejna wersja torebki z poprzedniego wpisu - tym razem z kilkoma wymiennymi szarfami... Pojechała przedwczoraj do Łodzi:)

czwartek, 25 lutego 2010

Walczę z okiem


Kilka dni temu zaczęło mi łzawić lewe oko. Wczoraj spuchło i pobolewało. Wyglądałam, jak Gołota po walce stulecia :) Cały dzień zmarnowany, bo jak inaczej nazwać wielogodzinne leżenie z kompresem ze świetlika na oku. Dzisiaj niewielka poprawa, ale zważywszy na fakt, że zbliża się weekend, a co za tym idzie potencjalne problemy z weekendową służbą zdrowia, postanowiłam zadziałać i szukać pomocy fachowej. Lekarz rodzinny odmówił pomocy, stwierdziwszy, że "ewidentnie potrzeba porady okulisty". W najbliższej poradni okulistycznej pani zakomunikowała mi, że najszybciej mogę załapać się na wizytę... pod koniec marca, bo "z marszu", to tylko w nagłych przypadkach, a mój do takich nie należy. Przyszłam o własnych siłach i coś tam na to oko w końcu widzę :/ Skierowała do przychodni 600 metrów dalej... Tam pani rejestratorka, spojrzawszy "fachowo" na przyczynę mojej wizyty, odparła, że pani doktor i tak nie przyjmie, gdyż poza kolejnością dostają się jedynie "przypadki zagrożone", do który zaliczyła: "ciało obce w oku, jakieś wapno lub inny środek żrący" :/ Najbliższy termin na połowę kwietnia! Jedyna porada, jaką dostałam: "Proszę spróbować dalej z tymi okładami"... Cóż... Więc "okładam" :) Wypróbowuję wszystkie sposoby mojej babci + "sweet grass'owe" hokus-pokus :D ... Denerwuje mnie jednak taka stagnacja. Już bym coś poszyła w tym czasie. Leży makata z pustynnym krajobrazem; prawie na ukończeniu... Leżą torebki w liczbie czterech, w tym jedna kompletnie skrojona... Duży pled w "ogryzki" w najbliższych planach... Dalia już od miesiąca prosi o swoją wymarzoną czarną torebkę...
Skoro o torebkach... Uszyłam pewnie ze dwa miesiące temu szarą torebkę z mieszanki lnu, z ciemniejszą szarfą przeciągniętą przez szlufki. Okazało się, że torebusia zrobiła niezłą furorę i muszę uszyć takich kilka, z tkanin w różnych kolorach, z równie wielokolorowymi szarfami. Najczęściej do każdej torebki doszywam po 2-3-4 szarfy... Na wymianę :)

wtorek, 23 lutego 2010

Rozmyślam...

Rozmyślam nad tym, dlaczego tak już w życiu jest, że jak w jednej dziedzinie coś się świetnie układa, to w innej zalicza się doły. Zapewne dla równowagi... Od jakiegoś czasu rewelacyjnie rozwija mi się moje patchworkowanie. Natomiast życie prywatne... Szkoda gadać... I gdyby nie "jedno światełko w tunelu", które świeci coraz jaśniej, pewnie złapałabym jakąś przedwiosenną deprechę. A propos wiosny... Tęsknię za nią i odprawię pewnie jakiś szamański obrzęd na odpędzenie zimy. Zapoczątkuję go małym "give away", jak co roku zresztą. Wpadłam nawet dzisiaj do mojej dużej szafy i z jej czeluści wygrzebałam kilka rzeczy, którymi chciałabym się podzielić... Mam kilka fajnych ciuszków po mojej Cyntii, więc jak ktoś ma dziewczynkę o wzroście w okolicach 128 - 140cm, to proszę pisać na maila - chętnie oddam :) Z nowych rzeczy chcę zrobić komuś prezencik w postaci patchworkowej minimakatki, która może posłużyć także jako łapka kuchenna. To takie "maleństwo", pasujące raczej do kuchni w stylu country. Fotka poniżej - chętnych proszę o info na maila :)

Znalazłam jeszcze bardzo fajną koszulkę (T-shirt) z pięknym niedźwiedziem na piersi i... niespodzianką na plecach :) Jest fantastyczna. Niestety, nigdy nie mogłam jej założyć, bo to zdecydowanie rozmiar męski, więc była raczej takim ukochanym, aczkolwiek nigdy nie wykorzystanym przeze mnie gadżetem. Wiem nawet komu ją wyślę - facetowi, który bardzo lubi niedźwiedzie :D ... Jutro poszperam jeszcze trochę i może wpadnie mi coś, czym będę się dzieliła dalej... "Give away" trwa...

piątek, 12 lutego 2010

Dwa dni do Walentynek...

...wszystkich opętał jakiś walentynkowy szał, a ja nie mogę nawet wyjść do sklepu, żeby wszystkim bliskim memu sercu kupić głupiego lizaka :) Trzeci raz tej zimy ścięło mnie z nóg. Pewnie po tej wyprawie na dokarmianie ptactwa... Na początku lutego już mnie łamało, ale oczywiście nie do końca to odleżałam i teraz mam za swoje - wróciło ze zdwojoną siłą... Nie lubię chorować, tym bardziej, że robota leży. Aż się boję otwierać skrzynkę mailową, bo za każdym razem jakieś potencjalne zamówienie :)... Poza tym choroba wyzwala u mnie jakieś wybitne talenty do psucia wszystkiego. Tak coś pogrzebałam w ustawieniach bloga, że usunęłam nagłówek z jego nazwą... A był taki ładny, stylizowany, z kwiatuszkami... W ogóle stwierdziłam, że chyba czas zmienić grafikę. To znak, że wiosna idzie :D
Wracając do zbliżających się Walentynek... Od dwóch tygodni wszystko, co związane z moim szyciem, kręci się wokół nich, czyli albo jest czerwone, albo ma kształt serca. Chociaż... Zaskoczyła mnie klientka na Pakamerze, która na walentynkowy prezent kupiła ode mnie breloczek z... kotkiem :D Złamała schemat :)
To dzisiaj dwa komplety serduszek - breloczków "dla dwojga". Obydwa "poszły" dość szybko - jeden do Warszawy, drugi do Łodzi.