piątek, 30 kwietnia 2010

Wrócę jeszcze do "ogryzków"...

ponieważ w ostatnim tygodniu dostałam dwa maile, w których opisałyście ten sam problem. Okazuje się, że co dla mnie jest oczywiste, niekoniecznie jest takie dla kogoś, kto z "ogryzkami" zmaga się pierwszy raz. Dlatego fajnie, że pytacie. Otóż obydwie dziewczyny z... rozpaczą zauważyły, że zszywając ze sobą część wklęsłą z wypukłą muszą na okrągło podnosić i opuszczać stopkę maszyny, co tym bardziej robi się wkurzające, kiedy zszywa się już wszystko w poziome pasy. No, cóż dziewczyny - nie napisałam, że to normalka :) Tak już jest z tym wzorem, że -niestety- stopka chodzi "góra - dół" i to dosłownie co 2-3 cm. Inaczej się nie da. Dlatego, aby uszyć taki pledzik należy powtórzyć ten manewr tysiące razy. Ostrzegałam, że to robota dla cierpliwych ;), ale wszystko jest do pokonania. Dacie radę :)
Wczoraj zaczęłam w klimatach prowansalskich, więc je pociągnę :) Podusia (40 x 40 cm) - została uszyta dla klientki z Warszawy.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Odetchnęłam...

ale nie do końca... Moje starsze dziecię przez trzy dni "produkowało" się na egzaminie gimnazjalnym. O ile dzisiaj byłam nieco spokojniejsza, bo pisała test językowy, a z  angielskim nieźle sobie radzi, o tyle dwa poprzednie dni trochę mi nerwów nadszarpnęły. Z "polakiem" u niej różnie bywało, a i z matematyką miewała "nie po drodze" :/  W ogóle zauważyłam, że dzisiaj młodzież podchodzi do takich egzaminów na większym luzie, niż my kiedyś. Pamiętam, jak telepało mną, kiedy zdawałam do liceum... Pamiętam też moją maturę (chociaż polskiego się nie bałam). A dzisiaj słyszę: "Eeeee, bęęęędzie doooobrze!!! Daaaamy raaaadę!!!"... Teraz pozostaje czekać na wyniki egzaminów, zmobilizować ją do popracowania nad ocenami na świadectwie, no i mieć nadzieję, że dostanie się do swojej wymarzonej szkoły. Córcia wybrała technikum architektury krajobrazu :)
A teraz kolejna moja poduszka w patchworku klasycznym, z quiltingiem maszynowym. Taka trochę prowansalska w wyrazie :) Pojechała do Stanisławic :)

niedziela, 25 kwietnia 2010

Czas wypełnić obowiązek obywatelski...

... a właściwie podatkowy. PIT - znaczy się. Co roku obiecuję sobie, że tym razem rozliczę się już w styczniu, ale zawsze "coś" mi wypada. Oczywiście, to "coś", to tylko moje wymysły, żeby się za to nie zabierać :) Tak było i tego roku. W końcu tydzień temu obiecałam sobie, że 20 kwietnia będzie TYM DNIEM OSTATECZNYM... Ale tak się zdarzyło, ze padł mi net - dwie minuty chodził, pięć godzin nie :), a to już jest świetne wytłumaczenie, aby do komputera nie zasiadać w ogóle ;)  Niestety (albo "stety"), dzisiaj net śmiga , jak nigdy dotąd. Dlatego też w dniu jutrzejszym US stanie się szczęśliwym posiadaczem mojego rozliczenia rocznego :)
Dzisiaj wrzucę pledzik (quilt) o wymiarach: 192 x 217cm. Taki trochę w stylu wiejskim. Z aplikowanymi motywami serc; z quiltingiem ręcznym. Jest to rodzaj tzw. quiltu kolekcjonerskiego, więc oczywiście ma zachowane wszelkie "zasady" z tym związane, czyli: spodnia warstwa poddrapowana w niektórych miejscach (szczególnie w partii dolnych segmentów; zadbałam tutaj o stan nerwowy kogoś, komu być może wypadnie go reanimować za 100 lub więcej lat :D), quilt posiada na spodniej stronie wyhaftowaną sygnaturę (o treści: MADE BY SHAYNEEN; OCT/DEC 2009). Pled można nabyć :)

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Rozkładam stres na czynniki pierwsze...

Załapałam się na warsztaty radzenia sobie ze stresem :) Fajna sprawa. Patchwork ludzi, patchwork poglądów, patchwork sytuacji wywołujących stres... Poznajemy siebie i to dosłownie. Rozkładamy swój stres na czynniki pierwsze, bo najlepsza walka z "wrogiem", to poznanie go... Po moich życiowych przejściach nieźle sobie radzę w sytuacjach stresowych, ale warto dowiedzieć się czegoś więcej. Tak na przyszłość... Polecam takie warsztaty wszystkim. Nawet jeśli wydają się nam niepotrzebne ;)
Dzisiaj wrzucę kolejny ocieplacz na imbryk. Szyłam go techniką aplikacji i haftu ręcznego. Pojechał do mojej najukochańszej klientki, do Warszawy. Pozdrawiam Panią Hanię :)

niedziela, 18 kwietnia 2010

Apple Core - Tutorial - cz.3

"Ogryzkowy" pled skończony. Jakoś tak się musiałam zmobilizować, bo nie mogę wyrobić się z szyciem... Nie robiłam zdjęć "pośrednich", ponieważ każdy patchworkujący wie, co dalej. Czyli: po zszyciu wierzchniej warstwy i rozprasowaniu szwów, nakładamy to wszystko na spodnią warstwę, przykrytą ociepliną. Każdy ma też swoje sposoby na przygotowanie patchworku do quiltingu. Jedni fastrygują przez trzy warstwy, inni spinają agrafkami, jeszcze inni szpilkami. Quilting -też według uznania- maszynowy lub ręczny. Na końcu oczywiście lamówka. Przy "apple core" lamówka musi być skośna i -niestety- podszywana ręcznie ;/ Tzn. jeśli ktoś chce się męczyć maszyną, to nie ma przeciwwskazań, ale od razu mówię, że to męczarnia, bo kiepski efekt końcowy nie jest wart ani minuty pracy. Ja zszywam paski skośnej lamówki, zaprasowuję ją na pół, przyszywam do brzegów patchworku maszyną  "prawą stroną do prawej", a potem pod spód podszywam ręcznie, cały czas formując lamówkę. No, jest z tym trochę roboty. Raczej dla cierpliwych ;/
Tak wygląda mój pledzik. Pikowany maszynowo (takie było życzenie ;D). Kolory w rzeczywistości są ciut inne. Nie wiem, dlaczego, te beże wyszły jakoś mdło. Chyba cyfrówka coś mi nawala. Albo ja światła nie umiem ustawiać; tym bardziej, że jestem fotograficznym beztalenciem :)

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Czas się pozbierać...

Czas się pozbierać, bo życie biegnie dalej... Ostatnie wydarzenia skłoniły mnie do wielu przemyśleń. Nie wiem dlaczego, ale zauważyłam, że rządzi nami (mną też) pewna głupia nieprawidłowość - często nie mówimy ludziom o ważnych rzeczach, tłumacząc sobie, że: "kiedyś", "nie wypada", "przyjdzie lepszy moment", "jeszcze nie dzisiaj", "a co sobie o mnie pomyśli", "może to źle odebrać", "przeciągnę ją/jego jeszcze kilka dni"... Nie zdajemy sobie sprawy, że tego "kiedyś" może już nie być... Dlatego przez całą niedzielę pisałam maile (chociaż net chodził fatalnie) do osób, którym zawsze chciałam coś powiedzieś, ale zwlekałam z przyczyn jak wyżej. Hierarchia była następująca:
a) osoby Ważne dla mnie z powodów osobistych
b) osoby Ważne dla mnie, ale robiące też coś Ważnego dla Świata
c) osoby, z którymi miałam jakiś zatarg (i to w "obie strony")
d) osoby, którym powinnam podziękować, a dotychczas tego nie zrobiłam
e) osoby, które wywarły ogromny wpływ na to, jaka jestem, a nigdy o tym nie wiedziały.
Dużo się tego uzbierało i jeszcze kilka takich maili mam do napisania. Fajne jest także to, że po wszystkich jest odpowiedź zwrotna i okazuje się, że zadziałało to pozytywnie w obie strony. Wiele spraw się wyjaśniło. Kolejny dowód na to, że otwartość na drugiego człowieka jest priorytetem.
Czas zamieścić jakąś moją pracę... Z wiadomych powodów w najbliższych dniach nie będzie feerii barw. Może w takim razie mała torebeczka kopertowa?  Uszyłam ją na podszewce, wmontowałam zapięcie na magnes. Chyba wisi w Pakamerze...

sobota, 10 kwietnia 2010

Pustka...

Dzisiaj nie będzie NIC... Cokolwiek napiszę, jakąkolwiek z moich prac pokażę, czymkolwiek się podzielę - wszystko traci sens... Czasami stajemy w obliczu rzeczy, sytuacji, zdarzeń, tragedii, które są poza sferą naszego rozumowania, aczkolwiek dają nam do myślenia. Wymuszają potrzebę zastanowienia się Co jest dla nas ważne, Kto jest dla nas ważny i udowadniają, jak ważna w życiu człowieka jest JEDNOŚĆ poza wszelkimi podziałami. Szkoda tylko, że najczęściej uświadamiamy to sobie dopiero w obliczu tragedii.

piątek, 9 kwietnia 2010

Czas poduszek...

Dzisiaj skończyłam zszywać wierzchnią warstwę "ogryzkowego" pledu. Jutro zabieram się za quilting. Będzie maszynowy, więc w miarę szybko pójdzie... A w tzw. międzyczasie masowo szyję poduszki. Jakiś "wysyp" :) Lubię szyć podusie, bo szybciutko widać efekt pracy. Dzisiaj kolejna w patchworku tradycyjnym, z quiltingiem maszynowym. "Zamieszkała" w Stanisławicach koło Bochni.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Pierwsza jaskółka...

Wypatrzyłam dzisiaj pierwszą tej wiosny jaskółkę:) To znaczy (a przynajmniej mam taką nadzieję), że zima odeszła na dobre. Zawsze w takiej chwili przypomina mi się stara legenda Inuitów kanadyjskich o tym, skąd się wzięły jaskółki...
   Pewnego słonecznego dnia, inuickie dzieci pobiegły nad urwisko, nieopodal wioski i zajęły się lepieniem domków z gliny. Tak im się ta zabawa spodobała, że robiły to kolejnego dnia, i kolejnego, i kolejnego... Doszły do niebywałej wprawy, a ich domki były coraz piękniejsze. Za każdym razem ich zabawie przyglądał się z ukrycia Kruk. Któregoś dnia Kruk postanowił zamienić dzieci w jaskółki. Dlatego jaskółki bardzo lubią lepić swoje gniazda na urwiskach lub blisko ludzkich siedlisk... I są bardzo wesołymi, ruchliwymi ptaszkami - jak na dzieci przystało :)))
   Nie mam, niestety, żadnej swojej pracy, która mogłaby się kojarzyć z jaskółkami, ale zrobiło mi się jakoś tak wesoło, że wkleję poduszkę, uszytą w ubiegłym tygodniu. Taka barwna, kwiecista, wiosenna... Z wzorem "niedźwiedziej łapy"... Uwielbiam "niedźwiedzie łapy"!!! Bez względu na to, jaką tkaninę się zastosuje - ten wzór nigdy nie zawodzi. Dodam, że jest szczególnie lubiany przez dzieci :) Kiedyś uszyłam dość duży pled z "łapami" w tonacji biało-niebieskiej. Ręcznie wypikowany. Fajny! Pojechał do Pionek, pod Radom. Niestety, fotek nie mam, bo mi je moja Cyntia wykasowała z cyfrówki :/ Musicie mi wierzyć na słowo ;)... Aha! Poduszka pojechała dzisiaj aż pod Kraków...

niedziela, 4 kwietnia 2010

Nadrabiam...

...nadrabiam zaległości :) Sen, książka, prasa, film + kilka innych programów publicystycznych, spacery, maile... Wszystko to, na co w codziennym zabieganiu muszę kraść minuty z czasu przeznaczonego na "obowiązki", łatając jednocześnie dziury we własnym sumieniu tłumaczeniem, że to Siła Wyższa wymyśliła dobę 24-godzinną. Bez jakiejkolwiek elastyczności :)
   Siłą rozpędu przeczytałam "Dom na Zanzibarze" Doroty Katende. Niesamowite, ile w tej kobiecie samozaparcia, odwagi... Jest żywym dowodem na to, że nie ma granicy wieku dla realizacji marzeń. Poza tym, poczułam się... lepiej. Dlaczego? Dlatego, że postawa tej kobiety poparła niejako moje dotychczasowe postępowanie, krytykowane przez wiele osób. Otóż zawsze uważałam, że nie wychowuję dzieci dla siebie lecz dla świata i moje córki przyzwyczajałam od najmłodszych lat do mojej różnej działalności, nie zawsze popieranej przez ogół i -w związku z tym- częstej nieobecności w domu. Wiedziały, że mama musi znaleźć czas również dla bezdomnych zwierzaków, dla zebrania podpisów pod jakąś petycją, na wyjazdy interwencyjne... I po przeczytaniu tej książki okazało się, że tak można! Bez utraty miłości dzieci, bez rezygnacji z tego, co się kocha. Konsekwentnie, z szacunkiem dla innych i... dla siebie.
   Znalazłam też dzisiaj czas, aby pobuszować po ulubionych blogach :) Na wszystkich tak przyjacielsko, świątecznie, ciepło i wiosennie... Temat przewodni: pisanki! Tutaj tradycyjne, malowane, "skrobane"... Tam wyklejane, wyszydełkowane, poobklejane sznurkiem... Same cudeńka! Tak mi się głupio zrobiło, że u mnie w tym roku nikt nie pobawił się w pisanki... Ale, ale... Mamy w domu strusie jajo pomalowane farbami witrażowami w barwne motyle :) To taka "produkcja rodzinna", bo chyba każdy z domowników coś przy tym jaju paćkał. Tylko kontury są w stu procentach moje, ponieważ nikt inny nie ma do tego ani ręki, ani cierpliwości :)

piątek, 2 kwietnia 2010

Wesołych Świąt życzy Kurczak :)

Kochani, z uwagi na to, że od rana zaczynam okupację kuchni i nie wiem, kiedy skończę piec i gotować dla moich łakomczuchów, już teraz pragnę życzyć Wam, aby te Święta były radosne, słoneczne, spokojne, pełne rodzinnego ciepła i miłej, przyjecielskiej atmosfery... A razem ze mną życzenia składa Wam wielkanocny Kurczak z ocieplacza na imbryk, który uszyłam jakoś w marcu, a którym nie zdąrzyłam się nacieszyć, bo natychmiast -następnego dnia po uszyciu- pojechał do Warszawy i pewnie tam "mieszka" :)