środa, 30 czerwca 2010

Rolkarze wszystkich krajów łączmy się ;)))

Wczoraj brałam udział w karambolu ;) Miałam zderzenie czołowe z innym rolkarzem, a głównym winowajcą okazała się najzwyklejsza, pognieciona puszka po coca coli, która nagle "stanęła" na mojej drodze i sprytnie wkręciła się w kółka. Rolkarz nie odniósł zbyt dużych obrażeń, gdyż od stóp do głów był przepisowo cały w ochraniaczach, aczkolwiek po upadku jego noga przyjęła taką pozycję, że mnie zmroziło. Natomiast ja, bez ochraniaczy (!), wyszłam ze zderzenia z: poobdzieranymi do krwi łokciami, potłuczonym i posiniaczonym lewym pośladkiem, stłuczonym lewym barkiem i potężnym guzem na głowie. Na szczęście bez złamań... Noc nieprzespana z bólu... Ale cóż, od rana i tak musiałam zabrać się do pracy. Najgorzej było zasiąść do maszyny. Przybrałam więc na taborecie pozycję na prawym pośladku, boczkiem, kolanko na kolanko, niczym dziewiętnastowieczna amazonka na konnej przejażdżce ;))) Jakoś poszło... A pośladek przybiera barwy, jakich nie powstydziłby się sam Picasso ;D
To może dzisiaj dla odmiany coś z "drobnicy", czyli ocieplacze na imbryki. Wszystkie sprzedane...


poniedziałek, 28 czerwca 2010

Dzień pod znakiem stomatologa ;)

Prawa, górna "czwórka" złamana w połowie. Wypadła razem z plombą. Pół zęba się jednak ostało, więc poszłam go dzisiaj ratować... Każda wizyta u stomatologa to dla mnie stres podwójny. Po pierwsze - strasznie się boję. Po drugie - za każdym razem, kiedy siadam na fotelu, moje uzębienie wywołuje "ochy" i "achy" u wszystkich dentystów i to bynajmniej nie z powodu jego urody, bo jednak troszkę można mu zarzucić ;) Zaskoczenie wywołuje bowiem unikatowa, jak się okazuje, budowa moich kłów ;/ Zanim więc lekarz cokolwiek zacznie czynić przy ząbkach, ogląda z wielkim zaciekawieniem moje kiełki, a dzisiaj pani stomatolog poszła jeszcze dalej - żałowała, że nie ma przy sobie... aparatu fotograficznego!!! ;))))... Z kolei, kiedy przychodzi ta chwila, kiedy ząb trzeba usunąć (co zdarza się niezwykle rzadko, bo moje zęby nie bolą... zaczynają dopiero, kiedy już nic się z nimi nie da zrobić), widzę zachwyconych dentystów, wpatrujących się w wyrwany korzeń. Oczywiście, jeśli tenże uda się wyrwać w całości, gdyż moje ząbki nadają się podobno tylko na chirurgię szczękową. Za każdym razem to samo pytanie: skąd takie kły i jakim cudem u osoby o takiej drobnej posturze korzenie jak u konia!!! A niby co ja za to mogę, że jestem zbiorem genów moich antenatów? Mogę sobie tylko wyobrazić, co każdy z nich dzierżył w buzi ;)))... W każdym razie dzisiaj ząb udało się uratować. Zobaczymy, na jak długo.
A, wrzucę dzisiaj bieżniczek z pasów... Z quiltingiem maszynowym... Długi coś ponad metr... Sprzedany :)

sobota, 26 czerwca 2010

Z życia Anny P.

Dzisiaj 26 czerwca, więc mogę wrzucić fotki makaty uszytej w prezencie ślubnym dla przesympatycznej Anny P., z inicjatywy jej najbliższych ;)  W związku z tym, że w chwili obecnej Nowożeńcy wraz z Rodziną bawią się na weselu, pragnę życzyć Im, aby Ich wspólne życie było równie barwne, jak ta makata. Żeby trwali w swej Miłości i spełniali wszystkie wspólne marzenia.... Wszystkiego najlepszego :)))***
...Wracając do makaty... Żaden element na niej nie jest przypadkowy, gdyż w jakiś sposób wiąże się z ważnym wydarzeniem w życiu Pani Ani ;) ... Jeśli natomiast chodzi o sprawy technicze: technika aplikacji i haftu ręcznego na czterech warstwach; quilting maszynowy. Wymiary około 155 x 110 cm... W ogóle - świetnie mi się nad nią pracowało ;)))

wtorek, 15 czerwca 2010

Co to znaczy mieć pecha???...

...Ja wiem... Straciłam dzisiaj portfel. Wracałam sobie od klientki i pomyślałam, że z ciężko wypracowanej kasy kupię moim dziewczynkom po jakimś ciuszku. Wysiadłam na Św. Marcinie i pomaszerowałam do sklepu. Mam taki odruch, że często łapię za torbę. I tym razem, wchodząc do sklepu sprawdziłam - zamek był zapiety. Długo nie szperałam na wieszakach. Klientów nie było wielu. Wybrałam parę ciuszków, podeszłam do kasy, złapałam za torbę... i zamarłam. Zamek odpięty, portfela brak. Zrobiłam zaraz raban przy kasie, a kasjerka w ogóle nie zareagowała! Na mój komunikat, że w sklepie mnie okradziono, że złodziej prawdopodobnie jest jeszcze wewnątrz (bo nikt nie wychodził) i trzeba jakoś zadziałać, pani najspokojniej w świecie, cały czas żując gumę, z uśmiechem na ustach odrzekła: "To niech go pani szuka. Ja nic pani na to nie poradzę". Klienci patrzyli na mnie, jak na jakąś nienormalną. Zero reakcji. Stojąc przy kasie, zadzwoniłam na numer alarmowy i odebrała... straż pożarna!!! Pan mnie wysłuchał i zaczął przełączać. Jakoś po trzecim przełączaniu nie wiadomo do kogo, połączenie przerwało. W sklepie zaczęło się robić pusto, a ja ponownie w panice kręciłam alarmowy. W tym czasie druga dziewczyna z obsługi sklepu, wskazując na kupione przeze mnie ciuszki, zapytała koleżankę: "A co z tym?" Na co tamta, cały czas z uśmieszkiem na ustach: "A odwieś na wieszak. I tak nie ma kasy, żeby zapłacić". Myślałam, że ją zagryzę... W końcu dodzwoniłam się na policję. Kazali mi przyjść na komendę przy Al.Marcinkowskiego, aby złożyć zeznania. Tam kobitka w recepcji, po wysłuchaniu, w jakim celu przyszłam, kazała czekać w kolejce. Kwitłam półtorej godziny. Gdyby złodziej był z innego, nawet odległego miasta, już by zdążył do domu dojechać :/// Doczekałam się. Poproszono mnie o złożenie zeznania. Czułam się, jak to ja byłabym przestępcą, gdyż najpierw usłyszałam o konsekwencji składania fałszywych zeznań!!!! Musiałam dokładnie opisać, co straciłam: ponad 1000 PLN, złotą obrączkę, karty (całe szczęście, że nie bankomatowe), kilka biletów tramwajowych, 1 dolar amerykański (dostałam go od teściowej... na szczęście!!!), karteczki z odbitą pieczątką firmową, kartę z informacją: "Noszę soczewki kontaktowe. W razie wypadku proszę o fachowe zdjęcie", fotografie moich córek i mojej zmarłej mamy, kilka chińskich pieniążków związanych czerwoną nitką (prezent od kolegi), kilka karpich łusek z Wigilii - te ostatnie "na szczęście", żeby... mi się pieniądze trzymały!!!!!!!!... Z komendy wyszłam o... 16:35!!! Oczywiście zapewniono mnie, że dostanę informację o postępowaniu sprawy, ale dano do zrozumienia, iż na bank będzie to wiadomość o umorzeniu tejże... Zostałam bez kasy, a musiałam jakoś wrócić do domu. Gdzieś w czeluściach torby znalazlam jeden bilet tramwajowy. 15-to minutowy. Z Al.Marcinkowskiego nijak nie da się dojechać na Rzeczypospolitej w 15 minut, a na gapę nie jeżdżę. Podeszłam więc dwa przystanki pieszo, żeby skrócić "czas przejazdu". Tak sobie idąc "spacerkiem" ze łzami w oczach, pomyślałam, że ta moja uczciwość wobec MPK jest śmieszna, biorąc pod uwagę "uczciwość" złodzieja, który mnie okradł! Kiedy wpadłam do domu, usiadłam na podłodze w korytarzu i dopiero wtedy rozbeczałam się na cacy. Nerwy puściły... Teraz z kolei jest we mnie tyle bezradnej złości, że -chociaż nigdy nikomu źle nie życzyłam- kieruję moje myśli ku złodziejowi: "A żeby cię szlag jasny trafił! Żeby ci te ohydne, złodziejskie łapska wrzątek poparzył! Żeby ciebie ktoś okradł na sto razy tyle! Żebyś ty musiał (musiała) kiedyś swoim dzieciom czegoś odmówić przez innego złodzieja! Żeby ci to wszystko, na co wydasz moje pieniądze, w gardle stanęło i dławiło do śmierci! Żeby ci zmory wszystkich moich antenatów spać nie dawały!!! ... Amen".
Dzisiaj nie wstawię żadnej mojej pracy, bo nie mam siły obrabiać fotek.
Jedynym plusem dzisiejszego dnia jest to, że makata, nad którą ślęczałam tyle czasu, bardzo się podoba ;) Wrzucę ją na bloga 26 czerwca, gdyż wczesniej nie mogę ;))

wtorek, 8 czerwca 2010

Zaniedbałam...

Zaniedbałam bloga ;/  Jednakże czuję się niejako usprawiedliwiona, bo to nie z lenistwa, a z nawału obowiązków... W ciągu ostatnich dwóch tygodni całkowicie pochłonął mnie zwierzęcy wolontariat i praca nad dużą makatą, którą muszę skończyć przed 26 czerwca... A i problemów w domu tyle, że mogłabym obdzielić nimi spokojnie kilka osób. Kolejne zamówienia czekają w kolejce i codziennie odbieram maile z zapytaniami o możliwość wykonania tego, czy tamtego. Zawsze obiecuję sobie, że zacznę pracować z terminarzem w ręku, gdyż najwyraźniej brak mi organizacji pracy, ale kończy się tylko na czczych obietnicach.
Nowa maszyna, o której wcześniej pisałam, rozpracowana całkowicie. Czy jest lepsza od mojej starej Husqvarny? Może trochę ciszej chodzi. Ma też kilka funkcji, których nie ma tamta, więc będą się niejako uzupełniać.  Jednakże, gdybym miała oceniać je pod względem budowy, solidności wykonania, łatwości obsługi, czytelności panelu - zdecydowanie wygrywa Husqvarna. Plusem dla Janome jest to, że wszelkiego rodzaju dodatkowe stopki i inne akcesoria są o niebo tańsze... A propos stopek... Czy któraś z Was pracuje na lamownikach Janomkowych??? Zastanawiam się właśnie, czy w nie zainwestować, czy "zwalać" tę czarną robotę na moją starą maszynę ;)))
Dzisiaj wrzucę fotkę bieżnika, który przed południem wstawiłam do Pakamery. Omal nie pobił szybkością sprzedaży poduszek z kaczkami. Zanim zjechał na drugą stronę w nowościach, już miał metryczkę "sold" ;) Jest dość duży: 52 x 140 cm. Nie wiem jeszcze, dokąd pojedzie.