wtorek, 13 lipca 2010

...

[...] ja właśnie płakałem. Nie po wierzchu. Czułem coś takiego, jakby z drugiej strony moich oczu łzy do wewnątrz mnie spływały. Doświadczył pan może takiego płaczu?

(Wiesław Myśliwski - "Traktat o łuskaniu fasoli")

poniedziałek, 12 lipca 2010

Miewam dziwaczne sny...

...jeśli w ogóle je miewam, bo ostatnio albo padam wieczorami zmęczona bardzo, zasypiam i rano snów nie pamiętam, albo telepią mi się po głowie wszystkie moje problemy i nie sypiam w ogóle. W każdym razie dwie noce wstecz miałam sen niesamowity i, co ciekawe, pamiętam go z najdrobniejszymi szczegółami. Otóż przyśniło mi się, że razem z moją koleżanką Wiesią, prezesem gnieźnieńskiego TOZ-u, zostałyśmy wezwane na interwencję. Miałyśmy pomóc strażakom ściągnąć kota z drzewa. Kociak miauczał w niebogłosy, a strażacy dwoili się i troili, żeby jakoś sensownie ustawić drabinę. Okazało się to niemożliwe, ponieważ konary drzewa układały się wokół pnia niczym kręte schody. Poza tym były niezbyt grube. Jedynym wyjściem z sytuacji okazało się wdrapanie na drzewo osoby, pod którą nie zawali się jego "konstrukcja":) Padło na mnie... I tu kolejny problem. Ciężkie glany na moich nogach. Zaczęłam więc grzebać w moim skórzanym plecaku i, co dziwne, wygrzebałam piękne, czerwone, nowiutkie "conversy". A żeby było jeszcze dziwniej - takowych nie posiadam, choć przyznam, że mam w planach zakup identycznych ;) Zamieniłam glany na trampki i zaczęła się wspinaczka. Obejmując prawą ręką pień drzewa, wchodziłam na stojąco po konarach, niczym po schodach, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, cały czas mając na oku kota. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po którymś okrążeniu, na gałęzi zamiast kota, siedział... piękny irbis! Wspinałam się dalej... I kolejne zaskoczenie - zamiast irbisa dostrzegłam bobra ze zwieszonym ogonem... Dalszy ciąg mojej wędrówki i kolejno zwierzęta zmieniały się na małego niedźwiadka, sowę śnieżną, kreta, fokę (!)... Po foce nastąpił mały wypadek - spadł mi z nogi lewy trampek... I przerażenie, bo spoglądając za spadającym trampkiem, dostrzegłam, że kiedy ja się wspinałam, wydłużał się pień drzewa, a Wiesia i strażak byli już tylko maleńkimi punkcikami! Przełamując strach i zdziwienie brnęłam dalej z jedną bosą stopą, kalecząc ją o gałęzie. Kolejne okrążenia i kolejne zwierzęta: rudy wilk (ogromna rzadkość!), kaczka krzyżówka, panda, bernikla białolica (może dlatego, że ostatnio o niej czytałam ciekawą książkę?). Po bernikli - niespodzianka! Na gałęzi wisiały piękne, nowiutkie, misternie wykonane indiańskie mokasyny!  Na bank - czejeńskie rękodzieło! I właśnie nie wiem, dlaczego Cheyenne? Zrozumiałabym, gdyby były Ponca. No, ewentualnie Kiowa. Ale dlaczego Cheyenne??? Mniejsza o to... Usadowiłam się między konarami, założyłam mokasyny. Pasowały, jak ulał! Nastąpił dalszy ciąg wspinaczki... i kolejne zwierzęta: ryś, pies rasy samojed, jakaś miniaturowa zebra (!), żółw mauretański sporych rozmiarów, gronostaj, piękna, śnieżnobiała wilczyca... i koniec mojej wędrówki! Bo kiedy wpatrywałam się w przepiękne, spokojne i majestatyczne oczy wilczycy, jakiś idiota w bloku naprzeciwko włączył na cały regulator niezbyt miłą dla mych uszu muzykę i... sen się skończył ;/ Uroki życia w mieście ;//
A z tym kotem, to coś musiało być "w temacie", gdyż mam za sobą interwencję, w czasie której ściągaliśmy ze strażakami psa zamkniętego w upale na balkonie! Właściciele pojechali sobie na wesele i nie przewidzieli, że... zostaną na poprawinach!!!! Głupota ludzka nie zna granic!
Dzisiaj może podusia uszyta całkiem niedawno dla młodej damy, zdającej w tym roku maturę ;) Klasyka patchworku amerykańskiego, bowiem aplikację stanowi Sunbonnet Sue. Jedna z kilku tysięcy wymyślonych dotychczas ;)