niedziela, 31 października 2010

Dlaczego anarchia drażni...

Już po raz drugi w ciągu dwóch tygodni, ktoś zapytał mnie w mailu, czy jestem anarchistką :/ Uprzedzając kolejne takie pytania, odpowiadam: nie, nie jestem. Nie do końca popieram anarchię, chociaż wielokrotnie na świecie anarchiści udowodnili, że to oni mają rację... Aczkolwiek, kiedy patrzę na to, co dzieje się obecnie w naszym kraju, zastanawiam się, czy anarchia "uwolniona" nie byłaby najlepszym rozwiązaniem ;/ Wracając jednak do dziwnych pytań, domyślam się, skąd się wzięły - chodzi zapewne o link do Rozbratu, tudzież do Biblioteki WolfPunk. Od razu wyjaśniam moje na tę sprawę poglądy...
   Uważam, że Rozbrat jest Poznaniowi potrzebny, choćby z uwagi na to, ile robi dla społeczności poznańskiej (i nie tylko). Wychodzi z wieloma inicjatywami za przysłowiowe "friko". Pokażcie mi inne miejsce w Poznaniu, gdzie działa coś na wzór rozbratowej "Rowerowni" - miejsca, gdzie praktycznie każdy, kto ma problem ze swoimi "dwoma kółkami", może uzyskać bezpłatną pomoc. Pewnie tylko tam ktoś, kto jest... szczęśliwym (?) posiadaczem kultowego już składaka marki "Wigry" 1, 2 lub 3 dostanie jakieś części :) To Rozbrat jako jedyny w Poznaniu podjął się akcji "Jedzenie zamiast bomb". Dzięki jego ludziom chociaż garstka "rozbitków" z Dworca Zachodniego może jeden dzień zapomnieć o głodzie... To chyba też jedyne miejsce w naszej metropolii, gdzie ktoś nie mający kasy może poćwiczyć jogę... To na Rozbracie można posłuchać dobrego punk rocka, tudzież innej fajnej muzyki zaszufladkowanej pod mianem "alternatywnej". Gdzieś jeszcze w Poznaniu ktoś miał okazję posłuchać - przykładowo- "Dzieci Z Beczek"??? Bo ja nie... Wiem, na Rozbracie ciąży trudne słowo "skłot", a ono z reguły kojarzy się źle. Patologia i te sprawy. Tak już przylgnęło do skłotersów. Ale nikt nie myśli, że z patologią można się spotkać i na skłocie, i  w deweloperskim apartamentowcu z mieszkaniami za 8 tysięcy za metr kwadratowy. Wszędzie spotyka się przemoc, alkoholizm, narkomanię, znęcanie nad zwierzętami... To z kolei, co nasze szanowne władze miasta zaproponowały Rozbratowi - alternatywa "przeprowadzki" na Głuszynę -  zakrawa na kpinę. Dlatego od razu mówię, że jeśli po raz kolejny nastąpi próba usunięcia Rozbratu z obecnej siedziby, stanę wraz z... anarchistami pod Urzędem Miasta i będę broniła tego skłotu, jak niepodległości... I mogą mnie nawet "zapuszkować"...
     A WolfPunk? Też potrzebny... Wielokrotnie korzystałam z tej Biblioteki w mojej działalności wolontariatowej - wszystko "pod ręką" :) To z tej strony m. in. można się dowiedzieć o zagrożeniach dla lasów deszczowych i skutecznie pomóc codziennymi "klikami" (jeśli się komuś chce, bo w dzisiejszych czasach - czasach totalnego egoizmu i zapatrzenia jedynie w swoje rosnące konta bankowe- rzadko komu się chce)... To tyle... Myślę, że te moje wyjaśnienia (może momentami pełne goryczy), rozwieją wątpliwości niektórych osób co do tego, co mnie... hmm... łączy (bądź nie) z anarchią :)
   Dla złagodzenia tematu - coś patchworkowego, ale technicznie innego. Poduszka uszyta w technice "chenille", pięciowarstwowa, dzięki czemu jest baaaaaardzo mięciutka i milutka :) Do nabycia, gdyby ktoś chciał.

sobota, 30 października 2010

Wieczorne SPA...

Po wczorajszym wieczorze, pełnym "dreszczyku", niespodzianek i znaków zapytania, dzisiejszy postanowiłam spędzić w stanie pełnego relaksu :) Tym bardziej, że w końcu odebrałam w Rossmannie nagrodę, wygraną w konkursie. Ludzie! Ja tak rzadko coś w życiu wygrywam, że cieszyłam się, jak dziecko. Satysfakcja tym większa, że konkurs miał niejako formę "słowa pisanego" ;)... Myślałam, że nagrodą będzie jakaś drobnostka, a okazało się, że to sporych rozmiarów kartonik, pełen fajnych kosmetyków pielęgnacyjnych za całkiem niezłą kasę! Półka, powiedziałabym, średniowyższa :) Przeto późnym popołudniem odezwała się we mnie próżność kobieca i postanowiłam zafundować sobie domowe SPA. Kąpiel w wannie pełnej pachnącej piany, depilacja tego, co depilacji wymagało ;P, peeling miejsc godnych wypeelingowania... Tudzież masażyk (na tyle, ile sama mogłam sobie poradzić :D), manicure, pedicure... A potem test wszystkich "cudów", jakie były zawarte w "pokonkursowym" kartoniku :) Tak więc, siedzę sobie teraz w łóżeczku z laptopem na kolanach, wokół unoszą się zapachy, działające na prawie wszystkie zmysły... a pośrodku ja - gładziutka, milutka, pachnąca, lśniąca, aksamitna... A przede wszystkim w pełni zrelaksowana :)... Babska próżność? No i dobrze. Od czasu do czasu każda z nas ma do tego prawo :)
   Jako, iż zrobiło się pachnąco i "słodko", to patchworkowo też będzie w tym klimacie - podusia z aplikowanymi sercami :) Quilting maszynowy... Sprzedana już dość dawno temu. O ile dobrze pamiętam, pojechała do Warszawy.

piątek, 29 października 2010

Wierzycie w magię? :)

Dzisiejszy wieczór jakiś ogólnie magiczny był... Wracam z warsztatów, organizowanych w "ósemce" na Głogowskiej. Spieszę się, bo o tej godzinie "siódemka" dość rzadko jeździ, a ja jak na złość mam na wszystkich przejściach czerwone światło. Dochodzę do skrzyżowania Głogowskiej z Hetmańską, a tam zamieszanie. Harmider! Pełno "halloween'owej" młodzieży - poprzebieranej, wymalowanej, rozwrzeszczanej... Dopada mnie dwóch chłopaków, jeden z wiklinowym koszykiem, drugi z prowizoryczną skarbonką z kartonu i oznajmiają, że zbierają na imprezę. W zamian dają... "chińskie ciasteczka" :) Też kontrast - Halloween i "chińskie ciasteczka" ;D Niestety, okazuje się, że ciacha się rozeszły, więc chłopak za drobniaki proponuje mi... koszyk! Tak mnie tym rozbawił, że zgadzam się. Wrzucam drobniaki do skarbonki, a on w tym czasie robi porządek w koszyku, wyciagając stertę papierowych serwetek, z których... wypada jedno, ostatnie, zawieruszone ciastko! Chłopak okazuje się bardzo "bezpośredni" i mówi: "O, k..., czekało na ciebie. Na pewno się spełni". Widzę, że nadjeżdża "siódemka", więc łapię ciastko i drę na czerwonym. Chłopak wrzeszczy za mną coś o koszyku, ale machnięciem ręki daję mu do zrozumienia, że może z nim zrobić, co zechce. Wpadam do tramwaju, kasuję bilet, padam na siedzenie i zaczynam konsumować ciastko. Wewnątrz znajduję karteczkę z napisem: "follow your heart". Zaczynam się zastanawiać. Dziwny wieczór, dziwne "chińskie ciasteczko", dziwna sentencja... Bo raczej trudno mi iść za moim sercem, kiedy ono właśnie rozbiło się o mur... może nawet "chiński" :)... i zbiera siły, żeby się pozbierać... Kiedy tak rozmyślam i zwijam w dłoniach karteczkę w rulonik, tramwaj dojeżdża do 28 Czerwca, gdzie wsiada kobieta i sadowi się naprzeciwko mnie (nie lubię tych starych "siódemek" z dziwnie rozplanowanymi siedzeniami). Na oko w moim wieku, ale ma w sobie coś, co wywołuje u mnie dreszcz. Zaczyna mi się przenikliwie przyglądać, a ja zauważam, że jakimś dziwnym trafem w tylnej części tramwaju siedzimy tylko my i jakaś starsza kobiecina, podczas gdy z przodu jest całkiem sporo pasażerów... Kiedy czuję na sobie jej wzrok mam wrażenie, że czyta ze mnie, jak z otwartej księgi, napisanej wielkimi, drukowanymi literami. Przerażające, ale w pewnym momencie przyszło takie dziwne skojarzenie, jakby mentalnie wdarła się do mojej głowy i przyglądała wszystkiemu, co tam znajdzie... jakby "mieszała w niej łyżeczką"... Dlatego, kiedy na wysokości Drogi Dębińskiej zorientowałam się, że kobieta zbiera się do wyjścia, powoli zaczęłam się uspokajać... A ona wstaje, nachyla się nade mną chwytając mnie delikatnie za ramię i mówi mi do ucha: "Bywają ludzie słabi, więc musisz być silna za dwóch, odpowiedzialna za dwóch i musisz działać za dwóch. Na niektóre sprawy nie masz wpływu, ale musisz pokazać, że można na tobie polegać. Twoje decyzje są dobre, ale potrzebny jest czas. Nie pozwól, by ktoś cię zepchnął z obranej drogi"... A potem jeszcze dodała z uśmiechem, mrugajac do mnie okiem i spoglądając na rulonik w mojej dłoni: "I czasami warto zawierzyć skrawkowi papieru." Kiedy tramwaj skręcał z Ronda Starołęka, widziałam ją stojącą po drugiej stronie przystanku - patrzyła na mnie z łagodnym uśmiechem i kiwnęła mi ręką... więc odkiwnęłam :) Niesamowita kobieta. Jasnowidz? Muszę o tym pogadać z moim kolegą "zorientowanym" w tych sprawach :))) Cały czas "tłumoczą" mi się w głowie jej słowa i próbuję je jakoś "przełożyć"...
   W związku z tym, że w dniu dzisiejszym miałam dowód na to, że nie wszystko w życiu jest "białe" lub "czarne", ale bywa też "szare", czyli pośrodku, dla przekory wrzucę patchworkowe warcaby :))) Można je zwinąć wraz z pionkami do woreczka, więc okazują się praktyczne... Sprzedane :)

piątek, 22 października 2010

Interwencyjne retrospekcje...

Wczorajsza interwencja... Ogromne, puste, szczere pole. Na jego środku stara, drewniana stodoła, całkowicie wypełniona słomą... Tę właśnie stodołę wybrała sobie bezpańska, zdziczała suczka i to w niej właśnie powiła sześć ślicznych szczeniaków. Ileż musiało być w niej determinacji, żeby w ciąży, na "ostatnich łapach", wygrzebać gniazdo dokładnie pośrodku, przedzierająć się dzielnie między wielkimi, ciężkimi balotami! Instynkt podpowiadał jej, że tylko tam maluchy będą bezpieczne. Problem zaczął się, kiedy trzeba było zdobywać pożywienie... a maluchy rosły. Wybór? Najbliższa wieś i polowanie na kurczaki. Przepędzana przez wszystkich, stała się niebezpieczna dla ludzi. Konieczne stało się wyłapanie suczki wraz z maluchami i przetransportowanie w bezpieczne miejsce. Bardzo ciężka interwencja. Gdyby nie pomoc dwóch silnych "animalsów" z Poznania, Sławka i Huberta (którym jeszcze raz bardzo dziękujemy :D), nie wiem, czy dalibyśmy radę. Chłopacy odwalili kawał dobrej roboty... Pamiętam podobną akcję sprzed kilku lat, jeszcze z TOZ-em z Gniezna w okolicach Napoleonowa. Tam też bezpańska suczka oszczeniła się w ogromnej stercie słomy na polu. Było jednak łatwiej, gdyż nie ograniczały nas... ściany stodoły :) Wtedy jednak nasz sukces okazał się połowiczny, gdyż udało nam się wyciągnąć szczeniaki, a suczka uciekła. Jeździliśmy tam później przez jakiś czas, z nadzieją, że mama krąży i szuka dzieciaków, ale nie natknęliśmy się już na nią. Przez wiele nocy nie mogłam spać rozmyślając, co czuła, kiedy zabieraliśmy jej dzieciaki. Jak bardzo musiała być przerażona! Niestety, nie mieliśmy innego wyjścia :(  Dlatego, bazując na poprzednim doświadczeniu, udało nam się tym razem opracować taką strategię działania, która zakończyła się sukcesem :)))
   To tyle o psiakach, a teraz wracam do moich prac :) Kiedy nadchodzi jesień, lubię sobie podziubać trochę w filcu. W ogóle - filc kojarzy mi się najbardziej z tą porą roku. Może dlatego, że taki cieplutki, mięciutki, przytulny... Więc trzy dziecięce, maleńkie broszki :) Dynia, gruszka i dębowy listek :))) Dynia pojechała do Warszawy :)



poniedziałek, 18 października 2010

Jesienne "Give Away"...

Porobiłam czystkę w szafach i -jak co roku- rozpoczynam jesienne "give away". Moje dziewczyny powyrastały z ciuszków, które są w całkiem dobrym stanie, dlatego postanowiłam wydać je osobom potrzebującym. Po wielu niezbyt ciekawych doświadczeniach z organizacjami "reglamentującymi" takie rzeczy, od wielu lat staram się sama szukać rodzin potrzebujących wsparcia, najczęściej wielodzietnych, w większości z terenów wiejskich. Dlatego, jeśli ktoś z Was zna rodzinę, w której takie ciuszki będą mile widziane, proszę o informację na maila lub GG 12454304 - spakuję paczkę i wyślę, oczywiście na mój koszt. Są to głównie ciuchy dziewczęce (spódniczki, bluzeczki z krótkimi i długimi rękawami, biało-niebieska kurteczka z kapturem i sporo innych "dupereli" ;D) na wzrost ok. 128 - 152 cm.

niedziela, 17 października 2010

"Bezludna wyspa"

Dzisiejszy dzień w całości poświęciłam pracom papierkowym, których nie lubię. Tak to już jest co miesiąc, że kiedy zbliża się wielkimi krokami 20-ty (US!), szperam po wszystkich teczkach, szafach, półkach, torbach, kieszeniach w poszukiwaniu faktur, rachunków, dowodów itp. do księgowania. W tym jestem niepoprawna - mam straszny bałagan w papierach ;/... Kiedy tak dzisiaj szperałam w mojej przepastnej torbie, znalazłam przy okazji kartkę z dziwnym ćwiczeniem, którą wcisnęła mi do ręki kilka tygodni temu pewna pani psycholog z poradni rodzinnej. Pani zajmuje się tzw. terapią związków, czyli "skleja" lub próbuje "sklejać" to, co się da, pomaga "naprowadzić" kiedy kobieta waha się między dwoma mężczyznami... lub mężczyzna między dwiema kobietami ;) Ponoć to ćwiczenie totalnie otwiera oczy na to, z kim powinniśmy spędzić resztę życia i -w opinii tej pani- często terapia kończy się szczęśliwie na 1-2 wizytach. Ja "poćwiczyłam" sobie dopiero dzisiaj i przyznam szczerze, że faktycznie wiele mi to uświadomiło, więc podzielę się z Wami tym ćwiczeniem - może komuś pomoże, może utwierdzi w przekonaniu, że "to jest to"... Ma ono tę samą formę dla mężczyzn i dla kobiet. Cytuję słowo w słowo z kartki:
..."Wypływasz w rejs statkiem. Na pokładzie oprócz Ciebie znajdują się wszyscy mężczyźni / wszystkie kobiety, z którymi kiedykolwiek byłaś / byłeś, z którym / z którą obecnie jesteś i z którymi chciałabyś / chciałbyś być ewentualnie w przyszłości. Bawicie się świetnie. Nadciąga burza. Sztorm. Statek tonie. Jesteś jedyną uratowaną osobą, którą fale wyrzucają na bezludną wyspę. Jednak Bóg okazuje się dla Ciebie łaskawy. Chce podarować Tobie jednego towarzysza / towarzyszkę z tych, którzy / które byli / były na pokładzie. Kogo wybierzesz??? Weź pod uwagę, że na bezludnej wyspie będziecie tylko WE DWOJE! Nie będzie możliwości powrotu do cywilizacji! Spędzicie tam resztę życia!.. Kogo widzisz obok siebie?.. Zapewne jeszcze się wahasz, więc uświadom sobie, że na wyspie nie ma sklepów, kin, teatrów, rozrywek, domów, aptek, szpitali, urzędów. Nie ma innych ludzi. Nie ma Waszych rodzin. Stoicie na brzegu wyspy bez niczego, tak, jak morze Was wyrzuciło. Musicie zadbać o wszystko i zacząć żyć na nowo. Zadbać o dach nad głową, o pożywienie, o odzież, o bezpieczeństwo. Kogo widzisz obok siebie? Jeśli nadal się wahasz, wizualizuj dalej i szczerze odpowiadaj na dalsze pytania. Jak Wam się rozmawia? Czy macie wspólne tematy, zainteresowania, a jeśli nie, to czy macie szacunek i tolerancję do swoich zainteresowań? Czy jesteś pewna / pewny, że możecie liczyć na siebie wzajemnie w razie choroby, wypadku (na wyspie nie ma lekarza!). Czy dajecie sobie wzajemnie poczucie bezpieczeństwa? Czy potrafisz razem z nim / z nią śmiać się, płakać i milczeć? Jak wygląda Wasz seks? Czy jesteś pewna / pewny, że za kilkadziesiąt lat nie usłyszysz od niego / od niej: "jesteś do niczego"? Czy jesteś pewna / pewny, że któregoś dnia Ty nie powiesz do niego / do niej: "już mnie nie podniecasz"? Czy jesteś pewna / pewny, że któregoś dnia nie podejmiesz decyzji o wybudowaniu swojego własnego, osobnego szałasu na drugim końcu wyspy? A teraz pomyśl o bardziej przyziemnych sprawach i odpowiedz szczerze na pytania. Czy on / ona poradzi sobie z codziennymi obowiązkami (zdobywanie pożywienia, gotowanie posiłków, dbanie o odzież, dbanie o Wasz szałas, uprawa roślin, ogień w ognisku, drobne naprawy itp.)? Jak zachowasz się Ty i jak zachowa się on / ona, gdy pewnego dnia morze wyrzuci na brzeg starego, niedołężnego człowieka? Czy będziecie się wzajemnie wspierać, by być dla starca podporą? Jeśli Bóg obdarzy Was dzieckiem, czy jesteś pewna / pewny, że on / ona będzie dobrym ojcem / dobrą matką i nauczy dziecko życia w tych trudnych warunkach? Jeśli odpowiedziałaś / odpowiedziałeś szczerze na wszystkie pytania, zapewne widzisz już mężczyznę / kobietę, o którego / o którą poprosisz Boga jako swojego towarzysza / swoją towarzyszkę życia na bezludnej wyspie. Teraz pozostaje już Tobie próba stworzenia swojej zwizualizowanej bezludnej wyspy w rzeczywistości. Powodzenia".
To tyle :) Jeśli ktoś jest zainteresowany, mogę zeskanować kartkę z ćwiczonkiem i przesłać mailem. Warto je sobie przećwiczyć. Przyznam szczerze, że ja w jednym zaledwie maleńkim punkciku zawahałam się na korzyść mojego baaaardzo byłego faceta z lat baaaardzo odległych ;) Tak poza tym - nie miałam wątpliwości. Problem w tym, że moja "bezludna wyspa" jakieś dwa tygodnie temu zniknęła we mgle, więc jeśli na takowej wyląduję, skończę jak Robinson Cruzoe - samotnie ;/
...Jeśli chodzi natomiast o moje prace, będę kontynuowała w klimacie dziecięcym :) Pledzik patchworkowy z aplikowanymi serduszkami... w całej okazałości i spakowany do plecaczka - worka, bo to pledzik podróżny :) Pojechał do Belgradu i "podróżuje" z małą Ksenią :)))

piątek, 15 października 2010

Od jutra "rusza" pociąg dla Stasia :)

...Czyli, jak w temacie :))) Pani Iza, mama Stasia, przysłała mi dzisiaj fantastyczną wizję makatki dla swojego synka. Ta wizja, plus moja wyobraźnia i sprawność moich rąk  mają dać w rezultacie "dzieło sztuki", cieszące oczy malutkiego Stasia i stanowiące sprytny schowek na chłopięce skarby ;) Uwielbiam współpracę z takimi klientami, jak Pani Iza - dostaję wtedy podwójnego, pozytywnego kopa do pracy.
   Tymczasem fotka dziecięcej makatki z kieszonkami, która w ubiegłym tygodniu pojechała do Sochaczewa. Wymiary: 140 x 70 cm. Quilting maszynowy + haft ręczny. Technika aplikacji na czterech warstwach. Na fotce makatka ma nieco zwichrowaną górę, ponieważ kij bambusowy się lekko skrzywił - w rzeczywistości jest prościutka :)  

wtorek, 12 października 2010

Czas ponownie rozwinąć się... artystycznie ;)

Od kilku tygodni napływają do mnie propozycje poprowadzenia hobbystycznych kursów z zakresu patchworku. Najwyraźniej czas przekazać dalej swoją wiedzę. Zaczęłam nawet powoli przymierzać się do stworzenia skryptu, bo przecież trochę teorii też będę musiała przemycić ;)... Z drugiej strony będę miała mniej czasu na realizację zamówień indywidualnych. Chociaż? Od jakiegoś czasu czuję głęboką potrzebę "wypowiedzi" w quiltach typowo artystycznych, które zaniedbałam na rzecz form czysto... hmm... użytkowych ;) Dlatego też pokończę zamówienia, które wpłynęły ostatnio i zabieram się za rzeczy bardziej ambitne. Ale... nie, nie... patchworku klasycznego nie zarzucę, ponieważ bardzo go lubię :)
   Chcę wrócić do quiltów tworzonych na podstawie fotografii. Zaczęłam już nawet opracowywać projekty... Pierwszy będzie dokładniutką kopią tej fotki:
Powstanie z mnóstwa maleńkich kawałeczków... Początkowo zastanawiałam się, czy nie stworzyć go w konwencji czarno-białej, ale stwierdziłam, że mogę mieć problem z gamą szarych tkanin, a na quiltach nie lubię paprać farbami. Wywalę tylko te samochody, bo mi efekt zepsują, no i ten szkaradny worek z kosza :/ Na spodniej stronie wyhaftuję (blackworkiem? blueworkiem? - jeszcze nie wiem) fragmnet z powieści "Hell" Lolity Pille: "Za każdym razem, kiedy tamtędy przejeżdżam, wydaje mi się, że spostrzegam nasze dwie obejmujące się postacie, ale na tej ławce nikogo nie ma. Przeszłość?”... Quilt nie będzie na sprzedaż, gdyż jego charakter jest bardzo osobisty. Zawiśnie kiedyś w mojej wymarzonej, wiejskiej chałupie. Może przy kominku? 
   Następne powstaną na podstawie fotografii wykonanych przez moją Cyntię. Dwa "górskie":

Ten drugi bardzo mi się podoba, z uwagi na mnonochromatykę górnej części, ale myślę, że obydwa fajnie wyjdą. Już teraz wiem, że bardzo fajnie "zagra" w nich quilting :)
   No, i jeszcze dwa "kwiatowe", bo chyba najszybciej pójdą, a z czegoś trzeba żyć :)


   W głowie od wiosny mam też cykl quiltów o tematyce morskiej, ale najpierw muszę jechać nad morze po materiały. Chciałam zrobić sobie rezerwację w DPT w Ustce na ten weekend, ale raczej nie wypali. Muszę się najpierw skutecznie wykurować z przeziębienia, które mnie dopadło. Póki co stawiają mnie na nogi syropki i miodziki od Henry'ego Grey Wolfa :) Henry, dziękuję :)))

poniedziałek, 11 października 2010

O tym, jak mail od Osoby Publicznie Znanej potrafi dowartościować człowieka od rana :)))

Budzę się rano jakoś po 5-tej i -leżąc jeszcze w łóżeczku- otwieram skrzynkę mailową... Jakieś dwie oferty handlowe, jedna korespondencja ze stałą klientką, dwa zapytania od potencjalnych klientów, masa reklam i... jakiś z początku bliżej nieokreślony mail. Otwieram... Troszkę tego jest, więc początkowo przebiegam wzrokiem, ale już widzę, że ma on charakter bardzo ciepły i osobisty. Obiecuję sobie, że przeczytam go dokładnie później, aż mój wzrok pada na podpis... I takie "bum" w głowie. Wiem, że jestem jeszcze lekko zaspana, ale już na poziomie, że kojarzę nazwiska ;) Tym bardziej, że Pan podpisany pod mailem ( będę Go nazywała Panem X.X, gdyż nawet jego inicjały są tak charakterystyczne, że od razu byłoby wiadomo o kogo chodzi ), najwyraźniej przewidziawszy z góry moje zdziwienie, pod tymże podpisem ujął w nawiasie: "Tak, tak - TEN X.X. :)))"... Pan jest Osobą Baaardzo Znaną, wysoko notowaną w rankingach zarówno popularności, jak i urody męskiej :)... Dlatego też, myśląc, że albo to jednak sen, albo ktoś zrobił mi jakiś kawał, zamykam laptopa i kładę się jeszcze na godzinkę... Jednakże, kiedy już jestem całkowicie "na chodzie", otwieram komputer i okazuje się, że mail nadal tam jest :))) Sprawdzam... Wszystko się zgadza... Zaraz odpisałam na maila, aby się jeszcze upewnić i po południu otrzymałam miłą, twierdzącą odpowiedź... Okazuje się, że Pan X.X. wpadł wczoraj wieczorem na mojego bloga zupełnie przypadkowo i ugrzązł w nim na bardzo długo, czytając wszyściuteńko, od pierwszego do ostatniego wpisu, wraz ze wszystkimi komentarzami!!! Wyczyn godny mistrza, gdyż trochę tego jest :) Ponadto urzekł go quilt z pustynnym krajobrazem i Double Wedding Ring. Miłe... A jeszcze bardziej podbudowało mnie wyznanie Pana X.X., że czytając moje wpisy, to się wzruszał, to uśmiechał, to znów pogrążał w zadumie... I jeszcze takie stwierdzenie z maila: "Jest Pani wrażliwością, spowitą w Prawdy Absolutne". Kurczę, jeszcze nigdy żaden facet nie walnął mi takiego komplementu :))) Pewnie, jak każdą kobietę cieszą mnie komplementy dotyczące tego, co "zewnętrzne", ale raczej nie przywiązuję do nich wagi, gdyż uważam, że te sprawy "zewnętrzne" są... hmm... rzeczą względną... Bo przecież to, co ładne, będzie brzydkie lub "ładne inaczej"... A właściwie, co to za różnica, czy w człowieku zewnętrznie coś jest ładne, brzydkie, proste, krzywe, młode, stare, małe, duże, krótkie, długie........... Ważne to, co w człowieku piękne i wartościowe wewnętrznie, ponieważ to jest niezmienne... Dlatego może te słowa tak mnie podbudowały... Tym bardziej, że ostatnie tygodnie były dla mnie bardzo trudne i niejednokrotnie wątpiłam w siebie. Wątpiłam w siebie, jako matkę... Wątpiłam w siebie, jako córkę... Wątpiłam w siebie, jako "animalsa"... Wątpiłam w siebie, jako artystę... Wątpiłam w siebie, jako przyjaciela... A w ubiegłym tygodniu zwątpiłam nawet w swoją kobiecość... Aż ktoś nagle dostrzegł moją wrażliwość w wymiarze pozytywnym i nagle dotarło do mnie: "Shayneen, idziesz dobrą drogą"... Bo muszę Wam się przyznać do czegoś - kilka dni temu pomyślałam, czy nie zablokować bloga i nie dać sobie spokoju z pisaniem...
   Czasami zdarza mi się dedykować komuś moje prace na blogu, więc tym razem coś dla Pana X.X. - mojego nowego czytelnika :) Serduszka w moim ukochanym "primitive country" :) Ze spraw technicznych: makata o wymiarach 56 x 67 cm; quilting ręczny + guziki + nitkowe "pędzelki". Jest do sprzedania.

czwartek, 7 października 2010

"Idąc cmentarną aleją..."

Gdyby moja Mama żyła, skończyłaby dzisiaj 73 lata. To już jej 17 urodziny bez kawy i placka, ze zniczem na nagrobku... Nie lubię cmentarzy i rzadko na nich bywam, mając nadzieję, że moi bliscy zmarli nie mają mi tego za złe. Najbardziej nie lubię jednak 1-go listopada. Tyle w tym dniu patosu, więc idę, bo idę... Bo inni idą... Bo wypada... Na cmentarz wpadam raczej w takie dni, jak dzisiaj - urodziny, imieniny... potrzeba ducha... I zawsze taki sam schemat...
  Stacja pierwsza. Grób Ani, indianistki i jej synka Alexa, zamordowanych bestialsko przez jej ojca, alkoholika-szaleńca. Ona miała wtedy 28 lat, Alex - 7 miesięcy. Była mi tak daleka, a jednocześnie tak bliska. Kiedy tam jestem, zawsze zastanawia mnie, jak to jest możliwe, że ręka, która powinna tkwić wyciągnięta w przyjaznym geście, bądź z czułością głaskać po głowie, zawisa nad nią po to, by zadać cios, kończący się śmiercią... Dzisiaj taki piękny, jesienny dzień, więc uśmiechnięta, śliczna twarz Ani i słodkiego malca z fotografii na nagrobku wtapia się w jego urodę. Zapalam znicz, zagrabiam liście i nagle wyłania się z nich maleńka, plastikowa figurka Pinokia :) To pewnie dla Alexa, więc stawiam maleńkiego ludka na nagrobku, opierając go o płytę, bo chwieje się na swoich cienkich nóżkach :)
  Stacja druga. Grób mojego siostrzeńca. Gdyby żył, miałby dzisiaj 30 lat i z pewnością byłby super przystojnym facetem, czego jestem pewna, patrząc na jego młodszego brata :) Wiele razy zastanawiałam się, jak potoczyłoby się jego życie. Takie pytania zadają sobie pewnie wszyscy odwiedzający maleńkie, dziecięce grobki obok :(
  Stacja trzecia. Grób moich dziadków i mojej mamy... Dzisiaj jestem w szoku. Ostatnie ulewne deszcze tak podmyły wszystko wokół, że nagrobek zapadł się, tworząc głęboką szczelinę w ziemi. Płyta pęknięta. Wazon roztrzaskany. Pobojowisko. Nie ma co naprawiać. Jutro idziemy zamówić nowy nagrobek. Póki co, stawiam znicze na tym, co zostało. O kwiatach nie mam mowy... I taki dziwny moment, kiedy zagrabiam liście przy szczelinie. Właściwie dziwna myśl, która nie wiem skąd mi się wzięła. Mam szczupłą rękę i gdybym wsunęła ją do środka, mogłabym... dotknąć prochów moich bliskich. Są tam... w tej ziemi...
  Stacja czwarta. Grób brata mojego taty. Uff... Tutaj na szczęście wszystko jest OK, więc tylko zagrabiam liście, zapalam znicz...
Taki był dzisiaj piękny, jesienny dzień, więc wrzucam coś jesiennego. Poduszka z jesienną Sunbonnet Sue... Pojechała do Belgradu :)

niedziela, 3 października 2010

Patchwork? Quilt?

Wielokrotnie w mailach, w rozmowach ze mną pada pytanie, jaka jest różnica między patchworkiem, a quiltem. Ostatnio takie pytanie zadała mi też dziewczyna na digart.pl, dlatego w końcu postanowiłam rozwiać wątpliwości. Z reguły odpowiadam, że różnica polega na tym, iż nie każdy patchwork jest quiltem, a quilt patchworkiem :))) Skomplikowane, prawda? Nieprawda!!! :))) Sprawa w rzeczywistości jest prosta. Otóż patchwork, jak sama nazwa wskazuje, jest formą pozszywaną z kawałków różnych tkanin. Pozostanie tylko patchworkiem, jeśli nie przepikujemy go z warstwą spodnią i warstwą wewnętrzną, stanowiącą wypełnienie (ocieplina). Jeśli zatem wykonamy na nim quilting (pikowanie), stanie się automatycznie quiltem, czyli będzie i jednym i drugim ;) Istnieją pewne reguły dotyczące gęstości quiltingu, pozwalające patchworkowi nadać miano quiltu, ale w dzisiejszych czasach rzadko kto zwraca już na to uwagę. Zatem, czy każdy quilt jest patchworkiem? Nie!!! Nie będzie patchworkiem quilt uszyty z jednolitej, w jednym kawałku skrojonej wierzchniej warstwy, przepikowany z ociepliną i warstwą spodnią. Często takie quilty wykonane są techniką trapunto lub boutis (nie wiem dlaczego, często mylonymi ze sobą i wrzucanymi do jednego worka)... Swoją drogą, często spotykam się z narzucaniem szumnej nazwy "quilt" patchworkom zszytym z warstwy wierzchniej i spodniej, połączonym kilkoma przeszyciami ;/... i to nawet w Stanach! Ostatnio na jakiejś stronie internetowej natknęłam się na takież właśnie zasłonki ;)
Dzisiaj pledzik patchworkowy wykonany techniką crazy patchwork. Wesoły, zwariowany, raczej w wersji młodzieżowej ;) Wymiary: 147 x 194 cm. Jest cały czas do nabycia ;)