wtorek, 30 listopada 2010

Co z Izą???

Dzisiaj nie chce mi się o czymkolwiek pisać... Martwi mnie, co się dzieje z Izą z Rancza na Mazurach Garbatych. Ktoś wie??? Na blogu pusto i głucho, a to do niej niepodobne. Napisałam... Też zero odzewu... Coś jest chyba nie halo... Kochani, albo próbujemy "dopukać" się do niej w inny sposób (kto wie, w jaki???), albo trzeba zacząć działać...
     ...Takie sobie skromne, małe kotki - breloczki ;) Sprzedane...


piątek, 26 listopada 2010

Ciężka noc za mną...

Godzina 00:10... Pobudka! Moja Dalia dostała napad padaczkowy. Pierwszy od 13-tu miesięcy. Już myślałyśmy z jej panią neurolog, że od przyszłego roku, jeśli nic się nie wydarzy, zaczniemy redukować lek, a tu... dupa! Wpadła w to w okresie dojrzewania. Hormony... Dwie koleżanki z klasy też z tym walczą. Za czasów mojej młodość nie słyszało się o tylu przypadkach. W sumie, nie powinnam tak narzekać, gdyż u niej akurat są to napady bardzo rzadkie, zawsze w czasie snu... Ale, jakoś tak... Kiedyś pani neurolog powiedziała mi, że podobno prawie każdy z nas, przynajmniej raz w życiu, przechodzi napad epilepsji nawet o tym nie wiedząc. Marna to pociecha... Nie wiem, jak to się dzieje, ale w przypadku Dalii zawsze tak się zdarzało, że albo pies robił alarm, albo ja się budziłam dokładniutko w momencie, kiedy to się zaczynało. Raz padło na Cyntię... W każdym razie, kiedy już było po wszystkim, musiałam przy niej czuwać... I powtarzanie sobie: "nie możesz zasnąć... nie możesz zasnąć... nie możesz zasnąć"... W takich trudnych chwilach odczuwam potrzebę wygadania się przed kimś bliskim, więc odpaliłam laptopa. Jak na złość na naszym czacie pusto... Ale na GG Maryśka "świeci" się na żółto, więc myślę sobie: "oooo, jak dobrze... wygadam się, nie usnę... chociaż 10-20 minut". Dupa! Zero reakcji! No, tak... Maryśka po raz kolejny zasnęła przy włączonym kompie. Cała ona :))) Pożytek z tego taki, że przeczytałam kilka patchworkowych newsletterów, które przyszły na skrzynkę w ostatnich dniach... I co parę minut kontrola, czy dzieciak prawidłowo oddycha... Takie ciężkie noce ciągną się w nieskończoność... Wszystko jest "czarne" i smutne... Gdzieś słyszę najpierw jedno pogotowie... potem drugie... Jakiś pies szczeka w oddali, więc Nuka cicho powarkuje... Jakiś głuchy telefon przed 2-gą. Obcy, nieznany numer. Pewnie ktoś się pomylił... Komuś na chwilę włączył się alarm w samochodzie... Odgłosy miasta nocą... Koło 3-ciej zamknęłam laptopa, ale usnęłam dopiero przed 5-tą. Dwie godziny gapienia się w czarny sufit... Przy okazji podsumowałam rok, chociaż jakby nie było, jeszcze cały miesiąc przed nami, a to jednak trochę czasu ;) O 6-tej moja Dalia zerwała się na dźwięk komórki i śmiga do łazienki. Mówię jej, że miała napad w nocy i nie pójdzie do szkoły, tylko do lekarza. Patrzy na mnie, jak na zdechłą żabę, po czym oświadcza, że świetnie się czuje, ma tylko pięć lekcji i... w ogóle musi. Założę się o pieniądze całego świata, że to "musi" nosi imię Patryk i czeka pod szkołą ;))) Poszła!!! Z drugiej strony cieszę się, że do swoich dolegliwości podchodzi na spokojnie...
...A raniutko odezwała się Maryśka :), po przeczytaniu informacji na GG :) i mówi: "mogłaś mnie obudzić!"... No, pewnie, w środku nocy będę ją budziła. W końcu świat się nie walił... Po jakimś czasie telefon od Olki - to samo: "Dlaczego nie obudziłaś mnie albo Sławka. Przyjechałabym nawet, żeby cię zmienić, żebyś mogła trochę pospać"... No, tak, Marysia już wszystkim "nadała" :)))... Po kilkunastu minutach Firefox: "Dlaczego mnie nie budziłaś. Pogadalibyśmy na GG". Mówię, że skoro go jego Anioł Stróż nie obudził, to znaczyło, że miał spać... a on mi na to, że jego Anioł Stróż w nocy śpi... leniwy typ...:)))) Z tego wynika, ze następnym razem (oby go nie było), będę budziła wszystkich :)))))... A teraz gotuję obiad, idę spać, żeby odespać, bo po południu śmigamy z Krzysztofem na gorrrrrrącą czekoladę. Od czasu, kiedy wrócił z wyprawy na lodowiec, nie mieliśmy okazji, żeby się spotkać i pogadać. Niech wyrzuci z siebie "lodowcowe" emocje, poopowiada, jak było. Lubię słuchać, gdy ktoś dzieli się z takim zaangażowaniem swoją pasją... A z Krzysztofa niezły mówca i opowiadacz :)))
     Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Pluszowego Misia, więc wrzucę dwa "crazy patchworkowe" miśki... jednakże nie pluszowe :))) Dobranoc :)))


czwartek, 25 listopada 2010

Trochę emocji, trochę wzruszeń i uśmiechów... I duuuużo pracy :)))

"Odpaliłam" raniutko komputer i od razu "wpadłam" do Grey Wolfa, gdyż ze dwa dni nie odwiedzałam jego bloga... iiiiiiii... moje oczy osiągnęły wielkość półdolarówek z Kennedym ;) Widzę, fotka podpisana: Luther Standing Bear, a na niej... Standing Bear. Niewtajemniczonym nic to nie mówi i różnica żadna, ale dla mnie - ogromna!!! Problem polega na tym, że jeden był Siouxem, a drugi Ponca... a "historycznie" pod żadnym prawie względem nie było im "po drodze". To trochę tak, jakby zdjęcie np. Józefa Piłsudskiego podpisać: " .........." No, nie będę dawała przykładu :/ Wina Grey Wolfa też pewnie żadna, bo po prostu nie "doszukał" się do końca, a zbieżność imion może zmylić. We mnie osobiście wzbudziło to jednak spore emocje, być może niezbyt zrozumiałe dla przeciętnego człowieka. Mam w swoim życiu pewną hierarchię ważności ludzi, uczuć i poglądów... Niepodważalną hierarchię... Naród Ponca, to po moich dzieciach "Ktoś", kogo najbardziej kocham i w dniu dzisiejszym po raz kolejny zdałam sobie z tego sprawę. Jakkolwiek potoczyłyby się obecnie losy tego Narodu, będę broniła go, jak niepodległości... W dzisiejszych czasach może się to komuś wydać głupie, bo do lamusa odeszło pojęcie: "oddać życie za ...", ale ja jeszcze coś "takiego" w sobie mam i są ludzie, za których gotowa byłabym oddać życie (ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że bym to zrobiła). To, w kolejności, moje córki i właśnie Naród Ponca... Chociaż... Od niedawna także jeden osobnik płci męskiej, z którym nawet nie wiem, co się dzieje, a który się o tym nie dowie, więc mniejsza o to... No, i bezapelacyjnie mój nieżyjący Przyjaciel... gdyby żył, bo tak się złożyło, że sam "oddał życie" w wypadku... Hmm... Jeden błędny podpis pod zdjęciem, a tyle potrafi uświadomić. Właściwie, dziękuję Ci za to, Grey Wolf ;)))... To tyle emocji...
     Wzruszenia... Wzruszyłam się na kawce u mojej Kochanej Pani Ani P. :) Tyle ciepłych słów o moich pracach, o tym, ile dają radości jej rodzinie... Miłe to, tym bardziej, że kiedy coś "dziergam", wkładam w to całe moje serce, całą duszę, całe umiejętności... i cały czas myślę o osobie, dla której to wykonuję...
     Uśmiechy... Uśmiechnęłam się, kiedy dostałam maila od Pana X.X. z informacją, że z kolei on się uśmiechnął na widok makatki dla Stasia... I zrobiło mu się od razu "lepiej", ponieważ leży obecnie złożony jakąś paskudną grypą :/ W tym akurat przypadku uświadomiłam sobie, że jakoś nigdy nie dopuszczałam do siebie myśli, że Osoby Publiczne też dopadają dolegliwości "powszechne" :))) Też tak macie? Kurczę, nigdy się nad tym nie zastanawiałam, dopiero teraz... W każdym razie wysyłam Panu X.X. pozytywną energię i życzę szybkiego powrotu do zdrowia :)))
    No, i praaaaaca!!! Zaczęłam wycinać skarpety świąteczne... w ilości sztuk 5 :) Crazy Patchwork, Moi Drodzy, więc jazda bez trzymanki... Ale ja akurat lubię crazy patchwork, więc się trochę pobawię :)))
     Wysłałam też dzisiaj paczkę do Mikołowa koło Krasnopola (daleko!), a w niej zamówioną przez Panią Karolinę kołderkę w stylu "primitive country", wraz z zagłówkiem do łóżeczka, dla dziewczynki, która lada dzień przyjdzie na świat :))))) Komplecik na załączonych fotkach... Wymiary kołderki: 120 x 142 cm; zagłówka: 192 x 30 cm. Aplikacja maszynowa i quilting ręczny.

wtorek, 23 listopada 2010

Ponoć ma sypnąć...

Od kilku dni straszą, że ma sypnąć śniegiem... Fakt, zimno jakoś, chociaż w Poznaniu bardziej pluchowato i trudno uwierzyć, że miałoby zrobić się nagle biało. Wracałam pod wieczór z biblioteki i przyznam, że stópki mi zmarzły ;) Czas trampki zamienić na glany, aczkolwiek mam w zanadrzu inne rozwiązanie - kupić ocieplane trampeczki :)))... A tak na poważnie... My, "animalsi", zabraliśmy się ostro za edukację narodu... jak co roku zresztą... I jak co roku zapewne, zostaniemy nie do końca zrozumiani :/ Chodzi oczywiście o ptaki i ich dokarmianie. Nieustannie apelujemy, żeby zacząć dokarmiać skrzydlatych przyjaciół dopiero, gdy mróz ściśnie i śniegiem sypnie. Nie przyzwyczajajmy ich do "socjalu", bo z ptakami, jak z ludźmi - przyzwyczajone do pomocy, przestają sobie radzić same. Póki mogą sobie znaleźć same pożywienie, niech szukają. Tym bardziej, że takie "proste rozwiązania" starsze osobniki przekazują młodym i kółko bezradności się nakręca... Natomiast, kiedy nastają mrozy i podejmujemy się dokarmiania ptaków, nie zapominajmy, że ptaki są... "ziarnojadami" ;) Podrzucajmy więc wszelkie ziarna, płatki owsiane, gotowane ziemniaki i warzywa...  I nie wrzucajmy ich do wody; wysypmy na brzegu... Hmm... Teraz trochę o chlebie, bo to kontrowersyjna sprawa. Chleb, ze względu na zawarte w sobie składniki, szkodzi ptakom. Szczególnie wrażliwe na ten "smakołyk" są przewody pokarmowe ptaków wodnych - kaczek, łabędzi... A już całkiem zapomnijmy o tym spleśniałym, mokrym, wrzucanym bezpośrednio do wody!!! Masakra!!! A dlaczego wspomniałam, że chleb wzbudza kontrowersje? Ano, dlatego, że kiedy już jest naprawdę tragicznie, mróz siarczysty, brak możliwościa podania im innego pożywienia, można podrzucić im suchy (!) chleb, pokrojony na malutkie kawałeczki (nie pół bochenka!)... i oczywiście nie do wody... Lepsze to, niż zdychanie z głodu :/ Kiedy mnie "edukowani" pytają, skąd taka rozbieżność w poglądach, zawsze podaję taki... ludzki przykład ;/ Wyobraźcie sobie, że zostajecie uwięzieni w fabryce chipsów. Zero kontaktu ze światem. Wiecie, że chipsy są szkodliwe, ale czy w zaistniałej sytuacji postanowicie przymierać głodem? Nie! Będziecie ratować życie, obżerając się tym paskudztwem w nadziei, że odkujecie to sobie zdrowym odżywianiem, kiedy ten cały koszmar minie! Tak samo jest z ptakami. Z dwojga złego lepiej ratować im życie, niż skazywać na śmierć głodową... Ach! Zapomniałam jeszcze wspomnieć o łabędziach... Jeśli już jeziora i stawy zamarzną, podrzućcie im na lód przy brzegu wiązki słomy (jeśli macie taką możliwość) - będą sobie na tym siadały, a to ochroni je przed przymarzaniem do lodu... No, i dzięki z góry w imieniu ptaków za okazaną im pomoc :) Mądrą pomoc ;)))
     Żeby było trochę biało, jak zimą, ale też troszkę kwieciście, jak latem - dwie poduszki z Sunbonnet Sue :) Do kupienia, gdyby ktoś chciał...

poniedziałek, 22 listopada 2010

Wyjechał pociąg do Krakowa... Ciuch-ciuch-ciuch-ciuch... :)))

Ależ ponuro dzisiaj :/ Leje cały dzień... Ciemno tak, że nie ma mowy o pracy bez sztucznego światła... Od dwóch dni próbuję sfotografować uszyty pledzik dziecięcy i zagłówek do łóżeczka... Masakra! Mimo wszystko, dzisiejszy dzień ogólnie jakiś taki bardzo pozytywny... powiedziałabym zawodowo pozytywny ;) Udało mi się pokończyć większe zamówienia i już myślałam, że po uszyciu kolejnego pledu z Sunbonnet Sue i podusi z wyżej wymienioną, zabiorę się za duże projekty planowane od dłuższego czasu... A tu siup! Dzisiaj przyszły kolejne zamówienia na "drobnicę" - patchworkowe warcaby, pięć skarpet świątecznych w crazy patchwork... Na 28 listopada mam do uszycia dwa etui na komórki... Święta, Moi Drodzy... Święta! :))) No, i kiedy ja mam w końcu jechać do tego DPT w Ustce, żeby pozbierać materiały do pracy??? Ba! Gdybym nie musiała sama tego zbierać, zafundowałabym komuś ze trzy dni "urlopu ", żeby ten ktoś zrobił to za mnie, ale jak mam niby wytłumaczyć, czego mi potrzeba? Tak to już jest w pracy twórczej, że człowiek od A do Z musi zrobić wszystko sam :)))
     Dzisiaj "wyjechał" do Krakowa pociąg dla Stasia, o którym już kiedyś pisałam. To właściwie takie wspólne "dziecko" moje i Pani Izy, mamy Stasia ;) Uwielbiam pracować z takimi klientami, jak Pani Iza, którzy określają mi, czego oczekują, a potem dają mi totalny luz w realizacji projektu. Mogę wtedy swobodnie "pracować" swoją wyobraźnią... bez stresu. Z doświadczenia już wiem, że z takiej współpracy rodzą się najlepsze projekty... Dlatego jeszcze raz tutaj, na blogu, dziękuję Pani Izie za złożone zamówienie... no i za wiele ciepłych słów w dzisiejszym mailu ;))) Niech makatka przyniesie Stasiowi wiele radości :)))
     Z "danych technicznych"... Makata szyta techniką aplikacji maszynowej na czterech warstwach, z czterema kieszonkami. Dodatkowo haft ręczny... + moje ukochane guziki ;) Quilting maszynowy. Lamówka podszywana ręcznie. Wymiary: 165 x 60 cm... Z ciekawostek... ;) Z reguły na quiltach z quiltingiem maszynowym nie stosuje się sygnatur, ale na specjalną prośbę Pani Izy, makata została zaopatrzona w sygnaturę haftowaną ręcznie o treści: MADE BY SHAYNEEN    OCT / NOV 2010. Być może zyska kiedyś miano quiltu kolekcjonerskiego??? ;))) Kto wie, kto wie??? :)))

niedziela, 21 listopada 2010

Bywam powodem "koszmarów" zbiorowych??? ;)))

Od samiutkiego rana odbieram maile, SMS-y i inne informacje o treści: "śniłaś mi się dzisiejszej nocy". Jakiś zbiorowy "koszmar", czy cóś??? Czyżbym opuściła swoje nędzne ciało i wędrowała astralnie po Polsce od znajomego do znajomego? W sumie może być, bo z fotograficzną wręcz dokładnością pamiętam każdy mój sen, a z dzisiejszej nocy - amnezja :)))... Najpierw napisała do mnie Maryśka G., że we śnie jechała ze mną pociągiem. Siedziałyśmy podobno tylko we dwie w przedziale. Drzwi zamknięte, ludzie z korytarza próbowali je otworzyć, ale bezskutecznie. Nie mogli się dostać do przedziału, a my gadałyśmy sobie zupełnie się tym nie przejmując. Nie wie, dokąd jechałyśmy ;)... Później SMS od Oli. Śniło jej się, że nie miałam z kim jechać na interwencję na wieś i zabrałam ją. Okazało się, że jakiś pies topił się w studni i musiałyśmy go wyciągnąć. Interwencja zakończona sukcesem :)))... Następna informacja od kolegi z podstawówki, spotkanego rano koło "Biedronki". W sumie rzadko się widujemy, a tu wpadamy na siebie i od razu: "Yyyy, słuchaj, śniłaś mi się w nocy!" On z kolei we śnie pomagał mi naprawić... motocykl!!! Mówi, że podobno jakiś przerobiony chopper. Ja w skórze od góry do dołu. Hmm... najciekawsze, że ja "samodzielnie" nie potrafię jeździć na motocyklu :))) Czyżby przyszłość??? :)))... W południe mail od kolegi Firefoxa. Jemu z kolei się śniło, że mieszkałam już w swoim domu na wsi, do którego go zaprosiłam. Po ciężkich poszukiwaniach trafił do niego. Podobno biała chałupa z czarnymi belkami w murze. Bardzo się jednak zdenerwował, ponieważ najpierw przed tym domem goniły go i obszczekały dwa potężne, czarne psy, a potem drzwi nie otworzyłam mu ja, tylko - cytuję: "jakiś nieznany mi w ogóle koleś, z długimi piórami, a kolor tych piór nie przypadł mi do gustu". Nie spodobało się też Firefoxowi, kiedy ów "koleś" zakomunikował mu, że Małgosia pojechała na dwa dni na interwencję z "animalsami" i zbulwersowany napisał mi: "Ty, ktoś na świecie jeszcze na ciebie 'Małgosia' mówi???" Troszkę mnie to martwi, ponieważ kolega Firefox słynie "w kręgach" z proroczych snów, sprawdzających się dokładnie, a to by wróżyło, że zapewne szykuje mi się jakiś zielonowłosy Marsjanin :) Muszę go zapytać, jaki był kolor tych piór.  Najwyżej faceta przefarbuję na odcień bardziej cywilizowany :)))... No, a po południu na GG pisze mi moja koleżanka Anita, że we śnie pomagałam jej wybrać kieckę na wesele. Problem w tym, że obecnie nie wybiera się na żadne wesele i... nie cierpi sukienek ;))) Poza tym jeszcze dwa SMS-y od innych osób, z informacją o moim "nawiedzeniu" ich dzisiejszej nocy, ale już bez szczegółów... Jakieś zbiorowe było to "nawiedzenie" :)))
    Dzisiaj pledzik skierowany do konkretnego, małego adresata imieniem Tomek. Pojechał do Pruszkowa :)

piątek, 19 listopada 2010

Rycerz Mieczy...

Mniej więcej od tygodnia "upominał" się o mnie Tarot... Od kilku lat, odkąd "zdradziłam" go dla run, nie jest nam "po drodze", więc leży sobie schowany, z pełnym szacunkiem... Jeśli jednak coś dzieje się poza mną, coś, o czym karty chcą mi powiedzieć, "wpadamy" na siebie... I nawet, jeśli ja nie chcę i bronię się przed nim - On nie daje za wygraną. Będzie mnie tak długo dręczył, aż wezmę go do ręki. Nie lubię, kiedy to na mnie wymusza... Przez ostatnie dni natykałam się na karty nieustannie. Otwieram szafę - są. Przekładam na półkę "mniej używaną" - za kilka godzin dziwnym trafem potrzebuję coś z tej półki i znów się spotykamy. Kładę na inną półkę. Następnego dnia muszę wyciągnąć książkę - karty spadają, wysypują się z pudełka. Na samym wierzchu Rycerz Mieczy :/ ... Czego ode mnie chcecie???  Chowam karty do pudełka. Następnego dnia znów na siebie wpadamy. Poddaję się... Pierwszy rozkład od kilku lat... Najważniejsza karta - Rycerz Mieczy... Drugi rozkład - "powtórka z rozrywki" :/ ... Następne dni - Rycerz Mieczy... Rycerz Mieczy... Rycerz Mieczy!!!!! Nie chcę na to patrzeć... Nie chcę tego "słuchać"... Więc dlaczego Tarot wciska mi to na siłę? Każe mi "przerabiać" coś, czego nie chcę? Dzisiaj karty ponownie wymusiły na mnie kontakt i poszły jeszcze dalej! Rycerz Mieczy odwrócony... Przy nim Królowa Mieczy odwrócona, Paź Mieczy odwrócony i Trójka Mieczy odwrócona!!!!! A obok "moja" karta - Cesarzowa i Sprawiedliwość! No, dosłownie Układ Roku! O, nie, Drogi Tarocie, nie mam zamiaru ingerować w życie Rycerza Mieczy... nawet, kiedy jego pozycja się odwraca, bo Królowa Mieczy stanęła "do góry nóżkami". Martwi mnie natomiast bardzo ta odwrócona Trójka Mieczy :((((((((((( Kurde, bardzo mnie martwi :(((((( W przypadku Rycerza Mieczy, to najgorsze, co może być :((((((( Nie bardzo rozumiem, dlaczego Tarot wymusza na mnie, bym stanęła "na pozycji" Cesarzowej... ???... Bez względu na to, co się stanie, chowam karty głęboko do najmniej "używanej" szafy i nie mam zamiaru brać ich do rąk ani jutro, ani pojutrze, ani za tydzień, ani.......
     Jakoś szaro się zrobiło... Torebka - kopertówka w kratkę... Sprzedana na Pakamerze... ale nie pamiętam, dokąd pojechała.

wtorek, 16 listopada 2010

Płacz "nad rozlanym mlekiem"... a właściwie nad zniszczonym quiltem :/

Na łopatki rozłożył mnie dzisiaj mail, który znalazłam rano w mojej poczcie... Przeczytałam... Podumałam... W ciągu kilku minut wywołał u mnie totalnie skrajne emocje - od zaskoczenia, zdziwienia, rozbawienia, poprzez sarkastyczny uśmieszek na mojej twarzy, po lekkie uczucie złości, bezradności, na wściekłości kończąc... I początkowo pomyślałam sobie, że nic z tym nie zrobię, poza odpisaniem nadawcy i pocieszeniem go (a może i nie?) w dość kłopotliwej dla niego (a może nie tylko dla niego?) sytuacji. Jednakże po dłuższym przemyśleniu stwierdziłam, że dobrze będzie opisać całą sytuację, ku przestrodze, gdyż podobna "szopka" może przydarzyć się każdemu... posiadaczowi starego quiltu... A było to tak...
     Jakiś czas temu napisał do mnie klient - posiadacz starego, zniszczonego quiltu... Typowy quilt amerykański, zszywany i pikowany ręcznie, datowany przeze mnie (i nie tylko przeze mnie) na pierwsze lata XX w. Kolekcjonerskie cacko, przekazywane z pokolenia na pokolenie... Bardzo zniszczone... Było pytanie o cenę renowacji. Klientowi wydawało się za drogo... Hmm... Biorąc pod uwagę ogrom pracy, jaki musiałabym włożyć, aby doprowadzić quilt do stanu, już nawet nie tyle "używalności", ile stanu pozwalającego mu przetrwać i cieszyć oko następnego pokolenia - cena nie była wygórowana. Cóż, klient po kilku dniach poiformował mnie, że znalazł w naszym kraju panią, która "zreanimuje" mu ten quilt za... kilkaset złotych (!!!). Trochę mnie to zdziwiło, gdyż mam jako takie pojęcie o... hmm... rynku renowacji quiltów w Polsce :))) Jego wybór... O sprawie zapomniałam... Do dnia dzisiejszego, kiedy to w skrzynce mailowej znalazlam rozpaczliwą wiadomość od tegoż klienta. Cóż się okazało? Pani za te kilkaset złotych "zreanimowała" quilt... a i owszem!... Klient - laik odebrał, zapłacił... Pojechał do Stanów na kilka miesięcy... z quiltem... a tam wpadł na pomysł, aby "cacko" wycenić. Jakież było jego zdziwienie (i chyba nie tylko zdziwienie), kiedy dowiedział się, że quilt nie ma żadnej wartości! Po prostu, pani poddała go "renowacji" w taki sposób, że stracił całą wartość kolekcjonerską!!! Okazało się, że w niektórych miejscach ułatwiła sobie nawet pracę przeszywając go maszyną (!) Prawdziwy majstersztyk! :/// Klient pyta, co teraz? Czy może "pociągnąć panią do odpowiedzialności"? Czy próbować ratować jeszcze quilt w inny sposób? Cóż, quiltu już nic nie uratuje, tzn. jego wartości kolekcjonerskiej. Można go sobie traktować już tylko użytkowo... A odpowiedzialność??? Ludzie! Jaką miała w sobie odpowiedzialność pani, która nie mając (najprawdopodobniej) pojęcia o renowacji quiltów, podjęła się takiej roboty! Normalnie krew mnie zalewa! Przecież, żeby podejmować się takiej pracy trzeba naprawdę znać i historię patchworku, i techniki, i mieć pojęcie o tkaninach... umieć mniej więcej wycenić wartość takiego "cacka". Trzeba umieć podjąć decyzję, na ile można ingerować w quilt, aby nie naruszyć jego wartości. To są naprawdę lata grzebania się w temacie... i ciągła, nieustanna nauka!!! Dlatego, niech ten wpis będzie taki trochę "ku przestrodze"... Dla posiadaczy starych quiltów... dla osób, które podejmują się pracy, która ich przerasta, bądź o której nie mają pojęcia... tudzież dla klientów, którym prace rękodzielnicze wydają się "zbyt drogie"... I nie myślę tutaj tylko o patchworku i quiltingu, ale w ogóle o wszystkich typach rękodzieła. Może w końcu ludzie zrozumieją, że te prace naprawdę mają swoją wartość.
     Dla wyciszenia emocji, dzisiaj coś "zabawkowego" - misiek do patchworku... i patchwork dla miśka :))) Właścicielką kompleciku jest malutka Ksenia z Belgradu :) Pozdrawiam Ksenię i jej Mamę Monikę :)))


poniedziałek, 15 listopada 2010

Trochę "technicznie"... o wiankach :)))

Tak się złożyło, że otrzymałam ostatnio trzy maile -od Oli, Grażynki i Asi- z pytaniami o technikę wykonania rustkalnych wianków. Sorrki, dziewczyny, ale ostatnio jestem tak zawalona pracą, wolontariatem i "atrakcjami" domowymi, że nie wyrabiam z odpisywaniem na maile, ale skoro pytania macie podobne, postanowiłam odpowiedzieć na blogu; może jeszcze komuś się przyda ;)... Jaka długość pasków na rurki? Hmm... Ja wycinam paski na przysłowiowe "oko". Akurat te wianuszki, które zamieszczam dzisiaj i ten zamieszczony wcześniej, mają jakieś 30 cm (?) średnicy. Wszystko zależy od tego, jak ścisłą zrobicie plecionkę, ale myślę, że w tym wypadku cięłam pasy o wymiarach ok. 70-80 cm x 8-10cm. Oczywiście, łatwiej jest wypchać szersze rurki, ale wtedy trzeba skroić dłuższe paski, żeby to w miarę proporcjonalne później wyszło ;) Wypychać możecie watą tapicerską lub, jak kto woli, ociepliną. Najlepiej drutem do robótek (grubym) i z dwóch stron w kierunku środka. Póżniej spleść warkocz i pozszywać ręcznie "spotykające" się końcówki. Następnie musicie skroić kokardę... czy też szarfę... zwał, jak zwał :))) Ja tak sobie jakoś sama ustaliłam (nie wiem, dlaczego :D), że kroję ją takiej samej długości, jak rurki. No, nie wiem - jakoś zawsze mi się to sprawdza później w ogólnych proporcjach po uszyciu ;) A szerokość? Też musicie sobie przyjąć "na oko", ale w tych przedstawionych wiankach miały one jakieś 11-13 cm (?)... Zszywacie je po długości, zostawiając na środku kawałek nie zaszyty, żeby można było potem przeciągnąć tę kokardę na prawą stronę (ważne, żeby na środku, bo po zaszyciu ręcznym ten kawałek wyjdzie Wam akurat na "supełku", więc zszycia nie będzie widać). Rozprasowujecie szew tak, aby wyszedł na środku spodu, rysujecie sobie na końcach ładne, kształtne trójkąty ;), zszywacie po wyrysowanych liniach... przeciągacie kokardę na prawą stronę przez pozostawiony otworek, po czym otworek zgrabniutko zaszywacie ;)... Prasujecie ładniutko kokardę... i teraz musicie wykazać się zręcznością, żeby ładnie ją ułożyć ;)... Ja dodatkowo zawiązuję satynową wstążeczkę, przez co wszystko mi się jakoś stabilniej trzyma... No, a teraz przyszywacie kokardę do wianka... i gotowe! :)))... Życzę udanej zabawy z Waszymi wianuszkami i ... wrzucajcie je na swoje blogi :)))
     A u mnie kolejne wianki... Czerwony i beżowy - sprzedany... Wiśniowy i niebieski - szuka właściciela :)))

niedziela, 14 listopada 2010

Doba "cudów" i... dobrych wiadomości :)

Od wczorajszego wieczoru wszystko u mnie jakieś takie... pozytywnie "ciepłe" :) Skończyło się zamartwianie o Krzyśka, który zdobywszy lodowiec Argentiere, szczęśliwie wrócił do domu. Co prawda z poobijanymi żebrami, plujący krwią i wymęczony, ale szczęśliwy... i silniejszy... i mądrzejszy. Mimo totalnie ekstremalnych warunków, dopiął swego ;) Tak właśnie spełnia się marzenia... Dał radę! Czyli teraz, Panie Krzysztofie, jestem gotowa iść z Panem... w tych rakietach śnieżnych :)... choćby i na samą Alaskę... a może i jeszcze dalej, bo wiem, że jak padnę po drodze, to choćby i na plecach, ale mnie dotargasz do celu :)))))... I wzruszyło mnie stwierdzenie, że mimo trzaskającego mrozu, bólu, zmęczenia, spartańskich warunków, Krzyśkowi chciało się jeszcze... dużo o mnie myśleć ;))) To miłe :)...
     A dzisiejszego ranka jeszcze dodatkowo telefon od mojej Kochanej klientki, Pani Ani P., która powiedziała mi, że bardzo się za mną stęskniła i poświęciła noc, by wejść na mojego bloga i poczytać... i zrobiło jej się miło, i tak fajnie, "cieplutko"... i że koniecznie musimy się spotkać na kawie w przyszłym tygodniu, bo mamy sobie dużo do opowiadania... i że też obcięła włosy :)... Więc będzie ta kawa, Pani Aniu, jeśli nie w nadchodzącym tygodniu, to w następnym na pewno, bo ja też bardzo się stęskniłam, ale jakoś tak ostatnio nie miałam czasu... i smutków w moim życiu sporo, więc nie chciałam ich "zasiewać" dalej...
     I po południu kolejna niespodzianka... Mail od Pana X.X., o którym pisałam we wpisie z 11 października, a w mailu tyle ciepłych słów i propozycja pomocy bezdomnym zwierzakom... Już nawet wiem, gdzie tę pomoc skierujemy... Przykro mi się jednak zrobiło, bo nie dalej, jak kilka dni temu, w jakimś "brukowcu", przeczytałam dużo "cierpkich" słów na temat życia prywatnego Pana X.X. i jest mi go naprawdę żal. Cóż, taka widocznie jest cena bycia Osobą Publiczną. Smutne :(
     Tak sobie myślę, że jest w moim życiu wiele osób, za które powinnam dziękować losowi. Nie chodzi mi tutaj o rodzinę, bo ją po prostu mam, ale za te osoby, które pojawiły się na ścieżkach mojego życia i mam pewność, że jakkolwiek potoczą się nasze losy, one zawsze będą tegoż życia częścią, będą ważne... i cokolwiek się stanie, będę trwała przy nich wiernie "w myślach, słowach i uczynkach"... nawet, jeśli na jakiś czas, bliżej nieokreślony, te ścieżki pójdą w innych kierunkach... Powinnam podziękować za Olę i Sławka... za Firefoxa, choć z niego typ niepokorny i wiecznie w bojowym nastroju ;)... za Krzyśka W., mojego zdobywcę lodowców i człowieka, który mówi: TAK, kiedy ja mówię: NIE ;P)))... za Anetę B., ...za Panią Anię P., ...za Henry'ego Grey Wolf, który jest dla mnie najlepszym dowodem na to, że ludzie w naszym życiu nie pojawiają się przez przypadek :)... za Tomka W., ...za Krzyśka K., który od kiedy zapukał do moich drzwi w Domu Turysty w Krakowie wieeeeele lat temu, zajął w moim życiu miejsce tak ważne, że gotowa jestem oddać za niego prawą rękę ;))), ...za Sonię i Ryśka, ...za Cypriana Ś., dzięki któremu uwierzyłam, że to, co indiańskie, może też przetrwać w "białych", dzięki takim ludziom, jak On, ...za Dankę B., moją byłą szefową, na którą na sto procent zawsze mogę liczyć, ...za Alinkę K., ...za Maryśkę G., ...za Wiesię Ś., ...za Marcina B., ...za Bartka C., ...za Krysię Ł., ...za Krzyśka P., który pojawił się i zniknął, ale stanął (po moich dzieciach) na szczycie mojej piramidy ważności, ...za Pawła P., ...za Krzyśka R., ...za Panią Hanię K., ...za Jadzię Z., osobę, która po śmierci powinna iść "żywcem" do nieba, bo nie znam drugiej tak empatycznej osoby, ...i za wielu, wielu moich wiernych przyjaciół, których nie sposób wymienić, ale przy których jestem gotowa trwać wiernie, jak pies... Ale najbardziej dziękuję Losowi za mojego nieżyjącego już Przyjaciela, Sebastiana, który -bez względu na to, gdzie teraz jest- z pewnością czuwa nade mną... i mam nadzieję, że kiedyś wreszcie spełni obietnicę, daną mi jeszcze za życia... rzuconą ot, tak niby przypadkiem... bo ja ją ciągle pamiętam, a wiem, że Sebastian nie rzucał nigdy słów na wiatr :) Więc czekam cierpliwie :))))
     W takim razie dzisiaj serduszko dla Wszystkich Wymienionych Powyżej... a w szczególności dla Krzyśka W., za szczęśliwy powrót z lodowca:)))

piątek, 12 listopada 2010

Troszkę smutnych faktów o "schronach"...

Kilka wpisów wcześniej poprosiłam Was, abyście zadbali o bezdomne zwierzaki w okresie zimowym, przekazując dary dla schronisk, bądź samemu  reagując bezpośrednią pomocą tam, gdzie to konieczne. Fajnie, że spotkało się to z odzewem. Dostałam kilka maili z namiarami na zwierzęta "w potrzebie" i można było zadziałać skutecznie (jeden przypadek nawet bardzo poważny, ale wszystko skończyło się szczęśliwie). Jedna sprawa okazała się jednak taka... hmm... nazwijmy to niezręczna. Otóż napisała do mnie Kasia (mniejsza o to, z jakiego miasta - przemilczę to), że po przeczytaniu mojego wpisu postanowiła "poruszyć" wszystkich znajomych i tym sposobem uzbierali całkiem sporą ilość kocy, kołder, karmy, misek i postanowili zawieźć to do najbliższego "schronu". Jakież było ich zdziwienie, kiedy obsługa tegoż, zakomunikowała im, że nie przyjmą darów, ponieważ... nie mają gdzie tego przechowywać! No, ewentualnie "skusili" się na karmę :/ Zdegustowana Kasia napisała do mnie smutnego maila z pytaniem: "co teraz?" Byłam w szoku, więc najpierw skontaktowałam się ze schroniskiem. Odpowiedź ta sama - brak miejsca. Dowiedziałam się jednak, że schronisko podlega władzom miasta, dlatego próbowałam tam interweniować. Pan, w sposób bardzo... egzaltowany... wyjaśnił mi, iż faktycznie, w schronisku jest zbyt mało miejsca dla zwierząt, a cóż dopiero myśleć o pomieszczeniu na tego typu... "szpargały" (!!!). Na moje pytanie, czy schronisko jest aż tak "bogate", że nie potrzebuje pomocy ze strony społeczeństwa oświadczył, że kiedy czegoś brakuje, wtedy sprawę... nagłaśniają! Dopiero, jak brakuje!!! Zasugerowałam, czy urząd nie może wydzielić jakiegoś pomieszczenia poza schroniskiem do przechowywania darów, skoro już takie są, zamiast czekać "aż zabraknie"... A Pan mi na to, że nawet o tym nie pomyślał! Rozumiecie to?! Nie pomyślał!!! Naprawdę, trzeba nad czymś takim dużo myśleć :/
     Przykre są takie sytuacje. Tyle mówi się o trudnej sytuacji schronisk dla bezdomnych zwierząt... Cóż mogę Wam powiedzieć w takiej sytuacji ja, "animals"?........ Że są schroniska naprawdę wzorcowe, ale są też takie, które powinno się zamknąć? Taka jest prawda, niestety... Że w niektórych dzieją się rzeczy, które w ogóle nie powinny mieć miejsca? Co kilka dni napływają do nas informacje, że tu czy tam źle się dzieje. Od października ciągnie się głośnym echem sprawa kieleckiego "schronu", w której to sprawie ludzie z Fundacji "Emir" dwoją się i troją... W ubiegłym tygodniu "animalsów" w całym kraju poruszyła głośna sprawa psa Demona w słupskim schronisku - sytuacja, która w ogóle nie powinna mieć miejsca. Takie są fakty... My, "animalsi", też jesteśmy często traktowani, jak intruzi, kiedy przywozimy do schronu zwierzaka z interwencji - zwierzak zabrany przy bramie i zero wejścia na teren. Dlaczego? Wiadomo, dlaczego... A że wielokrotnie ludzie pracujący w schroniskach są "przypadkowi"? Ktoś ich wybiera na te "stołki", rekrutuje pod takim, czy innym względem. Prawda jest taka, że aby pracować w takich miejscach, jak schroniska, trzeba mieć nie tyle jakieś super kwalifikacje. Ba! Nie wystarczy być tylko wrażliwym człowiekiem! Tutaj jeszcze potrzebna jest empatia... bo wrażliwość i empatia, to dwie różne rzeczy. Ktoś, kto jest empatyczny, zawsze jest wrażliwy. W drugą stronę - nie zawsze :/ ... No, ale dosyć już tego marudzenia ;)
     Dzisiaj poduszka z "niedźwiedzią łapą" :) Bardzo lubię ten wzorek :)... Dodatkowo delikatny bluework... Podusia "poszła w ludzi" :)))

wtorek, 9 listopada 2010

08.11. - od wczoraj to trzecie moje "urodziny" w roku :)

   Tak... Data, która miała przesądzić o nowym etapie w moim życiu... i w pewnym sensie przesądziła. Może nie do końca tak, jakbym sobie tego życzyła, ale z pewnością od wczoraj odcinam się od przeszłości :) Pewnie, nic od razu i z dnia na dzień, ale... kroczek po kroczku... Na to "konto" zrobiłam nawet rzecz tak drastyczną i niesamowitą, że powaliłam nią na kolana rodzinę, znajomych i przyjaciół. Obcięłam włosy! Oczywiście zanim to zrobiłam wszyscy próbowali mnie zakrzyczeć i wybić mi to zgłowy, ale poszłam "za ciosem" :) Moja Dalia stwierdziła, że teraz, z któtszymi włosami, już w ogóle nie wyglądam na swoje lata :)Starym, indiańskim sposobem odcięłam się od wszystkiego, co "umarło", co tłamsiło mnie od wewnątrz i hamowało. Gdzieś tam jeszcze tlą się we mnie jakieś iskierki niepożądane, ale i one przygasną z czasem. Tak będzie... Powiedziałam!
   Ale żeby mi nie było za łatwo, jakiś "nerw" najwyraźniej w życiu muszę zawsze mieć ;/ Mój Bardzo Dobry Kolega, Krzysiek W., podąża właśnie na lodowiec  Argentiere w Alpach :/ Od wczoraj wpadam na kompa co chwilę i obsesyjnie sprawdzam tamtejsze warunki pogodowe... i jestem przerażona! Jest fatalnie! Wiem, że to silny, odporny, rozsądny facet, ale zwyczajnie się martwię. Z pewnością wszyscy się martwimy: jego przyjaciele, rodzice, brat, starsi ludzie, u których mieszka... pracownicy, bo z Krzyśka dobry szef ;) Kurde, ale sobie wybrali czas na wspinaczkę! Alpy, to nie taki pikuś! W ubiegłym roku moja siostrzenica w okresie letnim zdobywała M. Blanc i musieli, niestety, spasować. Właśnie warunki pogodowe zmusiły ich do odwrotu. Rozsądek wygrał. Jak będzie z Krzyśkiem? Wiem, że to mądry, 35-letni facet, ale czasem pasja pcha człowieka "na krawędź"... Wrrrrr... Dobra, przestaję krakać... Wróci cały i zdrowy, a jak nie, to tam pojadę i wytargam go z każdej zaspy :)))
   W ogóle, stwierdziłam, że ja o wszystkich wkoło się martwię. Jak moi znajomi, przyjaciele, nie dają znaku życia przez dwa dni - od razu niepokój, że coś nie halo. Najwyraźniej jestem z tych ludzi, którzy lubią mieć wszystkich w domu :))) Ba! Ja nawet, Moi Drodzy, martwię się o naszą "bloggerską rodzinę" :) Jeśli na jakimś blogu nie pojawia się dłużej jakiś wpis, od razu zapala mi się czerwona lampka! Pamiętam, jakoś w czerwcu, u Piotrka w "Chacie nad Wisłokiem" miało miejsce takie długie milczenie. Wystraszyłam się, czy go fala powodziowa czasami nie zmyła, tym bardziej, że Sanok "spłynął". Napisałam maila. Jeden dzień milczenia. Myślę sobie: "kurczę, jeśli go zmyło, to przecież nie odpisze". Już nawet pomyślałam, że wyślę Henry'emu Grey Wolf kasę na paliwo i poproszę, żeby pojechał sprawdzić, co się stało, bo on tam jakoś "terenowo" chyba najbliżej mieszka ;) Okazało się jednak, że nic się nie stało. Piotr lekko... zapracowany był i zapomniał o blogu :))) A w ogóle widzieliście ten piec, który "wysmyczył"? Normalnie, bajka!!! Martwię się też o Małgośkę, czyli "Bag Lady", która walczy jak może z chorobą i codziennie wieczorem myślę o niej i staram się przesłać "dobrą energię" :(... "Wpadam" codziennie do Izy z "Rancza na Mazurach Garbatych", żeby sprawdzić, czy wszystko OK i czy sobie radzi ze wszystkim... Oj, długo mogę wymieniać! Wszystkich Was "odwiedzam" i sprawdzam, co u kogo ;) Tak już się z Wami zżyłam przez tego bloga :)
   Dobra, dosyć paplania... Pora na patchwork... Tym razem będzie to TYLKO patchwork (nie quilt!) - bieżniczek w stylu prowansalskim... Sprzedany. Pojechał do jakiejś małej miejscowości pod Warszawą, ale już nie pamiętam nazwy ;P

niedziela, 7 listopada 2010

Ja i patchwork, czyli jak to się wszystko zaczęło :)

     W ostatnim miesiącu od kilku osób usłyszałam pytanie, jak to się właściwie u mnie z tym patchworkiem zaczęło. W piątek o to samo zapytał Kamil w "Strimie"... Hmm... Jak to się zaczęło?
     Na przełomie lat 80-tych / 90-tych wyjeżdżało się na zachód na przysłowiowe "saksy". W czasie jednego takiego wyjazdu do Belgii, znaleźliśmy się w znanym holenderskim miasteczku Maastricht. Przechadzając się po wielkim centrum handlowym, natknęłam się w jednej z elitarnych galerii na duży quilt, wiszący na wystawie. Był piękny... i piekielnie drogi. Obiecałam sobie, że za całą zarobioną kasę kupię to cacko. Niestety, nawet po dwóch miesiącach ciężkiej pracy, mimo wielu wyrzeczeń (oszczędzałam na wszystkim), nie udało mi się uzbierać takiej zawrotnej kwoty. Wtedy postanowiłam, że sama kiedyś coś takiego uszyję. Zaopatrzyłam się więc w publikacje na temat szycia patchworków, które po pewnym czasie upłynniłam, ponieważ w rzeczywistości w niczym mi nie pomogły. Najwięcej nauczyłam się czerpiąc z metody "prób i błędów"... Zaczynałam od małych form, nieskomplikowanych. Były to z początku wyłącznie patchworki - o quiltach jeszcze wtedy nie marzyłam :D... Proste, geometryczne formy powoli zaczęły przybierać kształty bardziej złożone, pracochłonne. Później przyszła pora na patchwork hawajski, w którym się jednak nie odnalazłam. Jakoś nie było nam "po drodze", ale może kiedyś do niego wrócę, bo w patchworku, jak w życiu - powroty bywają ciekawe i inspirujące :) Przeszłam też przygodę z trapunto, boutis... patchworkiem celtyckim. Troszkę później odkryłam chenille, którą to technikę pokochałam i to chyba z wzajemnością, bo świetnie mi się w niej pracuje. Odkąd zaczęłam "paćkać" się w aplikacji, aplikuję na okrągło... małe formy... patchworkowe obrazy... quilty... Kiedy wpadłam już po uszy w klasyczny patchwork amerykański i quilt, zaczęło się grzebanie w historii i praktycznie dopiero od tego momentu stało się to pasją mojego życia... Renowacja starych quiltów... Odpowiedzialność, jak cholera, bo stare cacko warte jest fortunę... I tym oto sposobem patchwork i quilting stały się jedynymi pewniakami w moim życiu :) Patchwork for ever :)))
     Jak pisałam w piątek, w "Strimie" słowo "bieżnik" wzbudziło kontrowersje, więc może dla przekory kolejny... bieżnik :))) Tym razem Apple Core... Wymiary: 30 x 100 cm. Gęsty quilting maszynowy. Jest do sprzedania; "wisi" w Pakamerze.


Właśnie urodziłam dziecko :)))))

To znaczy tak mi się dziwnie przyśniło :)))... Ja to mam sny ostatnio! Totalny odjazd! :)))...
...Idę sobie w głąb lasu z moimi koleżankami z podstawówki, Ewą i Hanią, których nb. nie widziałam w realu od lat. Przed sobą targam mój wielki brzuchol. Na mnie zwiewna miniówka w kwiecistą "łączkę", miodowe trapery, grube skarpety i kardigan (nawet mi się podobał ;D). Dziewczyny próbują mi perswadować, że trzeba do szpitala, ale ja uparcie im tłumaczę, że mają mnie zostawić w spokoju, że dam sobie radę. W końcu kobiety tak rodziły od tysiącleci. Posłuchały. Poszły sobie... Szukam jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym się o coś oprzeć. Jest - duży głaz między drzewami. Przykucam, opieram się plecami... i spokój. Nic mnie nie boli, żadnego skurczu, ale wiem, że muszę urodzić. Teraz albo nigdy, bo dziecko się udusi. Więc prę... bez specjalnego wysiłku, aż się sama dziwię, że tak łatwo i prosto. Każdej kobiecie życzę takiego porodu :))) ...I pac! Jest dziewczynka! Dosłownie łagodnie wychlupnęła ze mnie! Zero bólu, zero krwi :) Owijam ją w kardigan i wiem, ze teraz muszę walić do jakiegoś szpitala, lekarza, bo nie mam jak odciąć pępowiny. Jakoś intuicyjnie wybieram kierunek, w którym powinnam iść. Wychodzę na drogę i widzę z daleka jakieś zabudowania. To chyba tam? Tym bardziej, że po przejściu kawałka drogi trafiam na informacyjny znak drogowy: "pogotowie". Przed budynkiem kilka karetek. Wchodzę do środka. Kilka osób w recepcji rozmawia wesoło, nie zwracając na mnie uwagi, więc mówię, że właśnie urodziłam dziecko i ktoś musi odciąć pępowinę. Popłoch i zamieszanie. Podbiega jakaś lekarka i z przerażeniem pyta:
- To pani ma w sobie jeszcze łożysko? Jak pani tu doszła?
Tłumaczę, że pieszo. Z lasu.
Kładą mnie na jakąś kozetkę. Tyle zamieszania i paniki, że zaczynają mi się mieszać głosy, twarze... Już po wszystkim. Podają mi dziecko. Pytają o dane - skąd jestem, gdzie mieszkam... Mówię, że właśnie od dzisiaj zamieszkałam w domu pod lasem. Chłopak w białym fartuchu  (lekarz, czy pielęgniarz nie wiem), mówi, że to nie możliwe, bo on tamtędy przejeżdża codziennie w drodze do przychodni i to totalny pustostan. Wczoraj na dyżur też jechał i nic nie wskazywało, żeby dom ktoś zamieszkiwał. Tłumaczę, że właśnie dzisiaj rano się wprowadziłam. Kilkoro przyjaciół przyjechało ze mną, żeby pomóc przy remoncie... Chłopak proponuje, że mnie podwiezie do domu, bo nie mogę w tym stanie tak daleko iść. Jeszcze jakaś kobieta podbiega i pyta o imię dziecka, bo musi wpisać w dokumentację. Nie wiem, skąd mi się to bierze, ale po chwili zastanowienia mówię: "Abigail". Robią wielkie oczy, ale wpisują to, co podaję. Wychodzimy... Chłopak (już bez fartucha) prowadzi mnie do samochodu. Stara, odkryta terenówka, pomalowana w "barwy ochronne". Ostrzega, że nieźle nas wytrzęsie, ale ponoć dojedziemy bezpiecznie. Nagle czuję coś ciepłego na nogach. Delikatnie spływa krew, więc mówię chłopakowi, że nie mogę tak usiąść, bo krwawię... i... w ogóle jakoś tak się stało, że nie mam majtek :/ Nie czuję wstydu, zażenowania - może przez świadomość, że zostałam matką. Działanie oksytocyny - dojrzałość myślenia; każda kobieta, która rodziła, dobrze to rozumie :))) Chłopak biegnie do przychodni i po chwili przynosi wielke naręcze waty. Robi mi z tego poduszkę na siedzeniu... Ruszamy. Rzeczywiście nieźle trzęsie ;/ ... Zaczyna pytać o imię. Mówię:
- Małgorzata... Ale przyjaciele i bliskie osoby mówią do mnie Shayneen.
Kilka razy powtarza, pewnie żeby zapamiętać; prosi o przeliterowanie. Stwierdza, że trudne - inaczej się pisze, inaczej wymawia: Szajniin... Szajniin... Shayneen... :)))
- A skąd to imię dla córki? Abigail?
- Wiesz, nie wiem. Nie myślałam nad tym. Tak jakoś samo przyszło... W ogóle byłam przekonana, że urodzę chłopca, Nataniela. Jednak życie konfrontuje plany :)
Chwila milczenia i pada pytanie:
- A ojciec dziecka?
- Sama muszę ją wychować. Tak się złożyło. Jej ojciec o niczym nie wie. Poradzę sobie. Mam dwie, prawie dorosłe córki... Masę przyjaciół... Damy radę.
- I nie masz zamiaru mu powiedzieć? Chyba byłoby w porządku, żeby wiedział?
- Lepiej nie. Tak będzie lepiej dla wszystkich. Nie mogę komplikować komuś życia dla własnej wygody.
Milczymy dłuższą chwilę, po czym chłopak wybucha śmiechem i mówi:
- Ale jazda! Wiesz, skończyłem dopiero studia. Pracuję w tej przychodni dopiero od dwóch tygodni i cały czas było tu nudno. Zaledwie kilka pozszywanych łbów pijaczków z okolicznych wiosek. Jak się nawalą pod sklepem, to potrafią się pobić o kilka łyków taniego wina. A tu nagle na moim dyżurze - kobieta rodzi w lesie. Jakiś absurd!
Mała zaczyna kwilić, więc podsuwam jej pierś do ssania. Milusio, kiedy tak maleńką, delikatną rąsią dotyka mojej piersi... Podjeżdżamy pod dom. Zauważa nas moja koleżanka, Olka, pchająca akurat pełną taczkę jakichś cegieł. Wrzeszczy w kierunku domu: "Ej, Shayneen przyjechała z dzieckiem!" Rzuca taczkę, biegnie w naszą stronę. Widzę też wybiegającego z domu Sławka, Oli męża... I sen się kończy... Tak więc zostałam "matką" po raz któryśtam, bo chyba każda z nas, kobiet, "rodziła" we śnie. Mi się już kilka takich noworodków przytrafiło :)))
    Dzisiaj coś dziecięcego. Piórniczek - "kredkownik". Praktyczny i wesoły. Sprzedany (Warszawa).

sobota, 6 listopada 2010

Decyzje podjęte... Poszukiwania rozpoczęte...

Decyzja o poszukiwaniu siedliska podjęta... Wici wśród znajomych rozesłane po Polsce. Z różnych krańców kraju napływają pierwsze informacje. To tu ktoś o czymś słyszał, to tam już ktoś coś oglądał... Dobrych mam przyjaciół :) Oczywiście nic na siłę. Siedliska nie kupuje się z dnia na dzień, tym bardziej, jeśli mam w nie włożyć ogrom pracy, kasę i... całą moją duszę... A pracy będzie sporo, bo -po pierwsze- nie stać mnie na jakieś wypasione ranczo, po drugie -zawsze chciałam uratować od zapomnienia jakiś stary dom "z duszą", po trzecie -muszę liczyć raczej tylko na swoje dwie ręce. Jestem singlem i tak już z pewnością pozostanie. Wiem, pomyślicie, że jestem szalona - samotna kobieta, w samotnej, starej chałupie gdzieś na odludziu. Tak już ze mną jest, że chyba nie nadaję się do związków... Z jednej strony kocham za mocno, jak pies - wiernie i bezwarunkowo, za co później płacę cierpieniem i rozczarowaniem, bo okazuje się, że faceci lubią czuć się "zdobywcami" i kiedy przy kobiecie robi się pewnie, bezpiecznie i stabilnie, czmychają, bo budzi się w nich właśnie ten instynkt samca - zdobywcy, żądnego "przygód" i "nowej krwi". Z drugiej strony, mam fatalny charakter - uparta, z twardymi zasadami, których bronię, jak niepodległości, bywam kłótliwa, miewam "humory"... czasami zwierzęta stawiam nad ludzi... dużo wymagam od siebie i od innych. Tysiąc wad w jednej, drobnej kobiecie. Wad, z którymi trudno żyć, dlatego nie chcę nikogo unieszczęśliwiać... Ale, co tam - muszę dać sobie radę. Poza tym przyjaciele się zaoferowali, że mi pomogą przy chałupie... i jak znam życie, jak rok długi, będę kogoś "gościć" :)... Póki co, trwają w domu negocjacje zarówno nad powierzchnią domu, jego konstrukcją, jak też nad wielkością całego rancza tudzież nad lokalizacją. Ja mam ciągle w głowie chałupę drewnianą, ewentualnie jakąś leśniczówkę. Moja Cyntia natomiast już kilka lat temu "zakochała" się w murze pruskim i nic nie wskazuje na to, by miało jej przejść. Dalia się wstrzymuje od głosu. Z propozycji znajomych, które dotychczas napłynęły, mamy coś dla mnie i coś dla niej :) Przepiękna chatka z muru pruskiego, na przepięknym, sporym siedlisku gdzieś pod Sławnem, na widok którego mojej córci oczka się świecą, bo widzi już nawet oczyma wyobraźni stajnię i konie (córcia idzie w przyszłym roku do technikum hodowli koni i właśnie z nimi chce związać swoje życie zawodowe, gdyż konie to od lat jej pasja). Problem w tym, że siedlisko wydaje mi się za tanie i zastanawiam się, gdzie tutaj jest jakiś knyf :) Mamusia natomiast "zakochała" się od pierwszego wejrzenia w starej leśniczówce leżącej na północ od Piły, na widok której otworzyła usta w zachwycie i do teraz nie może zamknąć :) Jednakże mąż mojej koleżanki, na widok leśniczówki zapytał mnie w mailu: "Leśniczówka, jak z bajki, ale czy ty, Małgoś, wiesz na co się ewentualnie porwiesz?" Małgoś ewentualnie wie i świadoma jest "praw i obowiązków" :)... No, ale ktoś mi przysłał też cynk na fajne siedlisko gdzieś niedaleko Krasnegostawu... "Terenowo" to wszystko jakieś odległe od siebie. Kiedyś myślałam tylko o wschodniej Polsce... od Mazur po Bieszczady i nie brałam pod uwagę nawet innej opcji. Ze dwa miesiące temu, z jakiegoś powodu, pomyślałam też o innej lokalizacji i teraz właściwie dochodzę do wniosku, że praktycznie mogę mieszkać wszędzie, byle tylko na odludziu, blisko lasu (bo bez lasu nie mogę żyć), "gdzie woda czysta i trawa zielona"... No, i żeby w planie zagospodarowania przestrzennego nie było jakiejś autostrady za moim oknem ;/... A w ogóle sporą część rancza obsieję trawą, tak, żeby polscy indianiści mogli przyjeżdżać sobie, jak rok długi, całkowicie za "free", stawiać swoje tipi i spotykać się w jednym miejscu przy ognisku, a nie "tułać" po Polsce, to tu, to tam...
   Skoro o klimatach wiejskich... Trzy poduszki ze zwierzakami, z baaardzo unikatowej kolekcji tkanin. Pojechały do mojej ukochanej klientki, Pani Hani, do Warszawy, a potem najprawdopodobniej do jej wiejskiego domu :) Pozdrawiam Panią Hanię K. :)))



piątek, 5 listopada 2010

Część wiedzy przekazana :)

Dzisiaj w swadzimskiej "Strimie" robiliśmy kurs "obrazkowy" szycia patchworku :)... To znaczy zdjęcia i filmik... Pomyślałam, że dobrze będzie uszyć coś, co nie wymaga dużo pracy, jest proste w konstrukcji, więc w konsekwencji nie zniechęci osób stawiających swoje pierwsze kroki w patchworku ;) Padło na bieżnik w klimacie prowansalskim, w tonacji biało-niebieskiej, zszywany z prostych pasów. Trochę kontrowersji wzbudziło samo słowo "bieżnik", gdyż jednogłośnie uznano, że dla tak uroczego drobiażdżku, jaki nam wyszedł, określenie to zupełnie nie pasuje :))) W ogóle, atmosfera podczas pracy... hmm... "na planie", była bardzo sympatyczna, więc czas upłynął szybciutko... Chyba jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak obfotografowana, jak dzisiaj :))) Dlatego jeszcze raz dziękuję "ludziom Strimy" za miło spędzony dzień, a w szczególności Gosi, Joli, Kamilowi, Januszowi... No, i... hmm... wstyd się przyznać, ale nie pamiętam imienia... chłopakowi, który z anielską cierpliwością "pstrykał" mi foty w pozycjach "wyszukanie półsiedząco-półleżących" na gotowym już patchworku, co w moim przypadku -osoby uciekającej przed obiektywem, jak przed ogniem- jest wyczynem na skalę światową :P
     Fotki gotowego bieżniczka wstawię, kiedy dostanę je obrobione, dlatego dzisiaj może coś innego w klimacie ciepłej i słonecznej Prowansji - wianek upleciony z rurek wypełnionych watą tapicerską :) Fajna, rustykalna ozdoba kuchni, choć nie tylko... Sprzedany...

wtorek, 2 listopada 2010

Ciężki czas dla zwierząt :(

Zawsze, gdy wielkimi krokami nadciąga zima, myślę o zwierzakach... Nie tylko tych bezpańskich lub dziko żyjących. Również o tych, które niby mają właścicieli, ale... No, właśnie... Ale... W miastach może skala problemu nie jest aż tak duża, gdyż psy na posesjach mają w miarę ciepło (choć i tu zdarzają się zaniedbania). Gorzej z wiejskimi psiakami :( Co roku "animalsi" w naszym kraju robią rutynowe "objazdy" i kontrole wiejskich bud, obór i w ogóle całych obejść, ale nie jesteśmy w stanie wszędzie dojechać. Za każdym razem przeraża nas los psów w budach "wiatrem podszytych", bez podłóg, w których psiaki leżą na gołej ziemi. Wcale nierzadkim widokiem są budy z... metalowych beczek, które latem są dla psów sauną, a zimą - zamrażarką. Zawsze w takich momentach mam ochotę "zaprosić" pomysłowego właściciela takiego czworonoga do zamieszkania w beczce tylko przez jedną dobę... Metalowe łańcuchy na szyjach zamiast tradycyjnych obroży też potrafią nieźle wyziębić, szczególnie gdy na dworzu minus 20... A miska z zamarzniętą wodą? Lody może są fajne latem, ale zimą - kto ma na nie ochotę? ;)
     Dlatego, bardzo Was proszę, zainteresujcie się zwierzakami, które są "obok", szczególnie tymi wiejskimi. Wiem, trudno iść do sąsiada i powiedzieć, że z jego psem coś nie halo. Istnieje obawa, że narazimy się sąsiadowi. Może jednak jakaś mała, przyjacielska sugestia? Ewentualnie zgłoszenie problemu najbliższym "animalsom". Na każdym terenie działają jakieś organizacje. Jeśli nie wiecie, gdzie zgłosić problem, możecie śmiało pisać do mnie na maila lub GG (12454304) - na pewno jakoś zadziałam, bez względu na to, na którym to będzie krańcu Polski.
     A zwierzaki w schroniskach? Też mają ciężko. Dlatego, jeśli macie w domu jakieś zbędne koce, kołdry, pledy, poduchy... garnki, miski... podrzućcie do najbliższego "schronu". Z pewnością się ucieszą. Pewnie, zimą najlepsze na wyściółkę bud jest siano, bo koce szybko wilgotnieją i psiakom robi się jeszcze zimniej na mokrym, ale w schronisku będą wiedzieli, jak sobie z tym wszystkim poradzić (przynajmniej mam taką nadzieję, bo "schrony" są... hmm... różne). No, i może od czasu do czasu jakaś karma? ;))) Akcje zbiórek na rzecz schronisk fajnie robi się wśród młodzieży, szczególnie teraz - przed Świętami. To właśnie w tym czasie rodzi się w ludziach jakaś empatia i chęć pomocy jest większa... Zwierzaki będą Wam naprawdę bardzo wdzięczne :) A ja już teraz jestem, bo wiem, że macie dobre serducha ;)... I gdyby był jakiś problem i nie wiedzielibyście gdzie uderzyć - do mnie możecie walić, jak w dym. Zrobię wszystko, co w mojej mocy ;)
     ...To może coś z psiakiem? ;) Niemowlęcy pledzik patchworkowy z aplikacjami; quilting maszynowy... Sprzedany... jutro jedzie do Warszawy :)

poniedziałek, 1 listopada 2010

Dziwny dzień... Kolejne przesłanie?

Nie lubię 1-go listopada, dlatego staram się wpadać na cmentarz z samiutkiego rana, kiedy jeszcze ludzi na nim mało. Dzisiaj "dyżurowała" ze mną Cyntia; Dalia pojechała do Gniezna - w końcu tam mają groby dziadka i pradziadków, więc od kiedy mieszkamy w Poznaniu, zmieniają się co roku... Mój tato tym razem, niestety, nie odwiedził grobów zmarłych. Momentami zastanawiam się, czy będzie miał jeszcze ku temu okazję. Jego stan zdrowia drastycznie się pogarsza. Tylko w ostatnim tygodniu dwa przypadki zasłabnięcia z całkowitą utratą przytomności i coraz więcej dni bez wstawania z łóżka. Staram się to "oswoić", ale ciężko jest :(
     Dzisiejszej nocy dziwny sen. Włąściwie "sen - nie sen"... Nie wiem, jak nazwać to, co mi się przytrafiło. "Przyszedł" do mnie Sebastian, mój Najlepszy Przyjaciel, nieżyjący już, niestety... Kładłam się spać dość późno i nie wiem, ile czasu przespałam, gdy "zapikała" rozładowana komórka. Nie chciało mi się wstawać i szukać ładowarki, więc na granicy świadomości postanowiłam, że przetrzymam jakoś do rana to "pikanie". W pewnym momencie przyśniło mi się, że komórka dzwoni, ale tak... hmm... realnie, bo ja spałam w tym łóżku, więc to było tak, jakby wszystko działo się naprawdę. Łapię za komórkę... ekran świeci, ale żaden numer się nie wyświetla, więc odbieram tradycyjnym: "Tak, słucham?" Przez chwilę głucha cisza, ale na moje kolejne pytanie: "Halo, kto mówi?", słyszę odpowiedź: "Sebastian" i głos mojego nieżyjącego Przyjaciela. Dębieję... i teraz zaczyna się "jazda"... Normalny, realny dialog:
- Jak to, Sebastian? Przecież ty nie żyjesz!
- Wiem, że nie żyję. Nie musisz mi mówić. Gdybym żył, przyszedłbym, a tak, musiałem zadzwonić.
Zaczynam się motać w tej rozmowie, więc mi przerywa i mówi:
- Słuchaj. Ostatnio u ciebie wszystko poszło nie w tym kierunku, w którym miało pójść i trzeba teraz to odkręcić, póki czas. Jestem tu po to, żeby ci pomóc.
- Ale, do jasnej cholery, gdzie jesteś?
- Czekam na ciebie na Dworcu Głównym. Musisz gdzieś jechać. Pociąg masz za półtorej godziny. Potem ci wszystko wyjaśnię, a teraz ubieraj się i spotykamy się pod zegarem.
Więc w tym śnie, całkiem realnie, wstaję, wskakuję w ciuchy... nawet zębów nie umyłam :)... Piszę tylko na kartce informację dla domowników, bo wszyscy śpią: "Nie martwcie się o mnie. Musiałam wyjechać. Zadzwonię" i przyklejam ją do lodówki... Łapię plecak... Biegnę na przystanek, ale jest noc, więc nie wiem, czym mam dojechać na ten dworzec. Widzę jednak, że od strony Starołęki jedzie jakiś tramwaj. Ma tablicę: "Zjazd do zajezdni - ul.Głogowska"... Macham... Zatrzymuje się, motorniczy otwiera drzwi i tłumaczę mu, że muszę się dostać na dworzec. Mówi, że wagon uszkodzony, ale mnie zabierze... Jadę na gapę :) Na przystanku przy Dworcu PKS tramwaj się zatrzymuje. Zepsuł się i dalej nie pojedzie. Gnam więc biegiem Mostem Dworcowym w takim tempie, że momentami mnie zapycha. Jest winda! Wsiadam, ale okazuje się, że nie działa, więc dopadam do pierwszych schodów - zakaz wstępu... jakieś biało-czerwone taśmy... Dopadam do drugich - zawalone jakimiś drewnianymi paletami, ale nie daję za wygraną. Odrzucam palety na tyle, na ile starcza mi sił... i biegiem, na dół... Już z daleka widzę pod zegarem Sebastiana. Ubrany tak, jak dał się wszystkim najbardziej zapamiętać :))) Czarna ramoneska, czarne, skórzane, sznurowane bokami spodnie "motocyklowe" i ciężkie, motocyklowe "martensy". Cały ON! :))) Dopadam do niego i sprawdzam "namacalnie" - on, czy nie on? Łzy same cisną się do oczu, więc beczę, ile wlezie, a on na to:
- Ej, teraz nie czas na płacz. Szybko, bo ci pociąg zwieje...
I ciągnie mnie za rękę przez Dworzec, do przejścia podziemnego. Pytam, gdzie ten pociąg, a on odpowiada, że już stoi na 5-tym peronie. Zaraz odjedzie... Próbuję się dowiedzieć, dokąd w końcu jadę... skąd on się tu wziął i o co w tym wszystkim chodzi... Zauważam, że ludzie jakoś dziwnie na nas patrzą, więc pytam Sebastiana, dlaczego... A on mi na to:
- Dziwisz się? Ja nie żyję. Ty mnie widzisz, ale oni - nie... Więc to tak, jakbyś gadała sama do siebie.
Dopadamy do pociągu. Pytam, dlaczego tak dużo ludzi, a on mi na to, że to pociąg dalekobieżny. Wpycha mnie do pierwszych drzwi, a ja się bronię i wrzeszczę na niego, że -po pierwsze- cały czas nie wiem, dokąd mam jechać, a -po drugie- nigdzie nie pojadę bez biletu. Wkurza się na mnie i każe mi wleźć i czekać na niego przy pierwszym oknie, a on w tym czasie pobiegnie po bilet dla mnie. Podobno z biletu będę wiedziała, dokąd jadę :)... Czekam... Od faceta przy oknie próbuję się dowiedzieć, dokąd jedzie pociąg, ale patrzy na mnie, jak na zdechłą żabę i mówi:
- Wsiada pani do pociągu i nie wie, dokąd jedzie? Ale czego można się spodziewać po kobiecie, która gada sama do siebie.
Milknę, bo uzmysławiam sobie po raz drugi, że faktycznie, ja Sebastiana widzę i z nim rozmawiam, ale inni nie... W końcu wypada z przejścia podziemnego z biletem w dłoni, ale w tym momencie pociąg rusza, więc biegnie w moją stronę... On wyciąga rękę z biletem, a ja próbuję go złapać... i w tym momencie za oknem szczeka jakiś pies i Nuka zaczyna warczeć. Budzę się. Koniec snu. Nie wiem, dokąd miałam jechać tym zatłoczonym pociągiem :/ Najciekawsze, że obudziłam się... z komórką w dłoni :)
     Dzisiaj Święto Zmarłych i ten dziwny sen... Nic dziwnego, że Sebastian był "obecny" przy mnie przez cały dzień. Nawet wracając z cmentarza opowiadałam Cyntii, jak to pewnego razu, kiedy razem jechaliśmy motocyklem na jakąś imprezę, spaliłam sobie podeszwę od kozaczka, bo mi stopa zjechała na... rurę wydechową :)))
     Pora na patchwork... Makatka w "primitive country" z quiltingiem ręcznym. Sprzedana... pojechała do Łodzi.