niedziela, 25 grudnia 2011

Nie pamiętam...

...kiedy ostatni raz wigilijny poranek przywitał nas taką pogodą! Ciepło, mgliście, dżdżyście... Ktoś powiedził, że właśnie zima się zaczęła??? Czy aby na pewno???!!! Zdjęcia robione wczoraj, raniutko, na ranczu mojej przyjaciółki...


Nad ranczem, nad lasem, nad polami - mgła...
A kiedy mgła opadła, jakoś koło południa, wszystko wokół wyglądało tak:
Tak, tak, zdjęcie zrobione 24 grudnia 2011r. ;)))




I gdyby nie ubrane choinki, pod nimi prezenty, zastawiony stół i wybitnie świąteczna i gwarna przy nim atmosfera, nikt by nie przypuszczał, że mamy Święta ;) No, i może jeszcze fakt, że dopchałam się do Internetu dopiero dzisiaj po południu, też o tym świadczy ;)... Zwierzaki nie przemówiły - jakiś foch zbiorowy ;)

Wesołych Świąt!!!




Aniołek, uszyty i... sprzedany przed Świętami ;) Pojechał do Pani Hani K. do Warszawy ;)



środa, 21 grudnia 2011

Pierwszy prezent świąteczny

Czy ktoś z Was dostał już prezent świąteczny??? Ja dostałam :D Ofiarodawcą okazał się niezwykle przystojny dwulatek, o pięknym imieniu Nataniel. Prezent tym cenniejszy, iż wykonany własnoręcznie i specjalnie dla mnie. A oto i on:
Wszyscy zgodnie uznaliśmy, że Natan jest z pewnością przyszłością malarstwa polskiego :D Moje dziewczyny z uznaniem pokiwały głowami, po czym Cyntia orzekła: "Niezwykle kreatywne dziecko". Fakt - porównując osiągnięcia moich dzieci w drugim roku życia, Natan bije je na głowę. Dalia bowiem rysowała tylko kreski i kropki, a Cyntia -ciut bardziej uzdolniona plastycznie- czasami "popełniała" kółka (nie zawsze zamknięte i w większości jajowate), coś między falą a zygzakiem i przy odrobinie szczęścia koślawe krzyżyki ;)... Co ciekawe, praca Nataniela posiada głęboką treść! To fioletowe, to sam autor ;) To czerwone na dole pośrodku, to ja (hmm... jakże wymowny kolor czerwony!), a czarne u góry - 'jów', czyli żółw w narzeczu Natana. Jednakże element najbardziej rzucający się w oczy, po lewej stronie, to największa fascynacja naszego Artysty - 'zowa'. W tłumaczeniu na polski - nasza pospolita... sowa! Spostrzegawczy i wnikliwie kontemplujący powyższe dzieło koneser sztuki współczesnej zapyta zapewne, cóż brązowego, o wyraźnej, wypukłej fakturze "zdobi" ową 'zowę', okalając ją wyraźną, tłustą plamą. Otóż 'zowa', natychmiast po swoich "narodzinach", została troskliwie nakarmiona... masłem orzechowym :)))
     A Nataniel, cóż... Oprócz tego, że zapowiada się na świetnego rysownika (kredki i papier to podstawa jego egzystencji), zostanie też wytrawnym mówcą. Gada, jak nakręcony. Na jawie... i we śnie! Fakt - w swoim własnym narzeczu, ale co ciekawe, pełnymi, poprawnie budowanymi zdaniami!!! Poza tym jest niezwykle spostrzegawczy i genialnie, jak na dwulatka, kojarzy fakty. Po narysowaniu powyższego obrazka i nakarmieniu sowy, nawiązała się między nami rozmowa:
- Wiesz, Natanielku, sowy raczej nie jedzą czekolady.
- So je zowa?
- Hmm... Pewnie jakieś małe myszki, może też muszki i inne robaczki?
Najwyraźniej musiało się nieźle "kotłować" w jego małej główce, bo po dłuższej chwili wszyscy zamarliśmy widząc, co robi malec. Natan przytaszczył mi na kolana moją niezwykle ciężką torbę, w rękę wcisnął... myszkę, wypiętą z laptopa (!) i mówi:
- Skowaj. Zowa sje.
Bystry maluch już wcześniej wypytywał o laptopa i cały "osprzęt", ale nikomu do głowy nie przyszło, że wszystko zapamięta i będzie "kojarzył"!!! Co ciekawe, wypiął myszkę z laptopa tak sprytnie, że nic nie uszkodził. Na szczęście!!! Żywe srebro, musi być ciągle pod kontrolą ;)... Zafascynowany wspomnianą już 'zową', rośnie ogólnie na miłośnika zwierząt - "opanował" już psa i oczywiście żółwia. Potrafi leżeć plackiem na podłodze i zaglądać w pancerz. Wpatrują się tak w siebie długi czas - on i 'jów' ;)))
     I tak to malutki Nataniel, zdecydowanie największy "cud" tegorocznych Świąt, stał się pępkiem świata całego naszego licznego "towarzystwa". Nazywany przez zdecydowaną większość (ze mną włącznie) Natanem... Hmm, tylko mama mojej przyjaciółki woła do niego: "Natanku", co wywołuje u nas wszystkich zgrzytanie zębami, bo wiadomo - "Natanek" tak się jakoś dziwnie kojarzy ;))) No, i wyłamał się jeszcze Bartek, który rzuca w kierunku Małego, poważne, męsko i lekko z... amerykańska brzmiące: "Nat" ;)))
 Była "praca" Natana, musi być i moja ;) Tym razem królik uszyty według bardzo starego wzoru. Technika - crazy patchwork, czyli w sumie... Vintage Bunny in Crazy Patchwork ;)))... Sprzedany.

piątek, 16 grudnia 2011

Dzisiaj specjalna dedykacja...

Miałam nie pisać przed świętami, ale otrzymałam tak wspaniałego i ciepłego maila, że musiałam się przełamać ;) Dlatego dzisiaj specjalna dedykacja... w postaci patchworkowego, zwariowanego i totalnie odjechanego wianka - dla Pani Ani W. z Osiedla Oświecenia w Poznaniu, czyli tak właściwie zupełnie po sąsiedzku ;P
   Pani Aniu, dziękuję za miłe i budujące słowa, a szczególnie za te "okruszki najcieplejszych wspomnień i najprzytulniejszych marzeń". Dzięki takim ludziom jak Pani wiem, że to, co robię jest tym, co robić powinnam... Dziękuję ;)))

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Praca wre...

...dlatego nie bardzo mam czas, aby "udzielać" się na moim własnym blogu ;) Maszyna furkocze od rana do późnego popołudnia, laptop się grzeje od ilości przerabianych fotek, podłoga zasnuta nitkami i skrawkami tkanin. Słowem - przedświąteczna gorączka, ale taka, wiecie, nie związana z żadnymi porządkami, prezentami, pieczeniem pierników lecz ciężką, mozolną pracą. Jak to dobrze, że kocham moją pracę, bo pewnie inaczej już dawno bym poległa :)))
     Bardzo chcę napisać coś nawiązującego do komentarzy pozostawionych pod poprzednim wpisem przez 'Anonimowego' i Arachne odnośnie artykułu, jaki ukazał się w "Wysokich Obcasach" na temat Indiańskich Kobiet (celowo piszę to wielkimi literami). Artykuł oczywiście czytałam, temat jest mi szczególnie bliski i chciałabym dodać pewne moje przemyślenia, ale pozwolicie, że zrobię to kiedy już uporam się z natłokiem obowiązków ;)
     Drugim tematem, który chciałabym poruszyć w najbliższym czasie jest los Polskiego Rękodzielnika (też celowo z wielkiej litery) - to takie moje pofestiwalowe retrospekcje, związane z imprezą, jaka właśnie zakończyła się na terenie MTP. Podsumowanie kilku miłych spotkań, rozmów, wynurzeń na temat tegoż "losu" i związane z tym -nie tylko moje własne - przemyślenia.
     Święta zazwyczaj kojarzą się z kolorem czerwonym - dużo w tym kolorze ozdóbek, dodatków... No, to może patchworkowy wianek do powieszenia na ścianie? Niekoniecznie świąteczny, ale... ;P

niedziela, 27 listopada 2011

Czy łatwo mnie rozbawić?

Okazuje się, że łatwo! Dwa obrazki z życia wzięte, które rozbawiły mnie do łez - pierwszy, tak naprawdę na wesoło, a drugi... No cóż. Ten drugi wywołał we mnie tyleż samo rozbawienia, co i konsternacji.
Obrazek pierwszy - właściwie w dwóch aktach ;)
Jest początek lipca. Głośny dzwonek do drzwi wyrywa mnie ze stanu głębokiego zaczytania (tytułu już nie pamiętam). Jeszcze nie zdążyłam całkiem otworzyć drzwi, gdy przed moimi oczami pojawiła się płachta papieru (okazała się być kalendarzem), a za nią postawna postać, która nie pozostawiając mi wyboru i nie dając złapać oddechu zarzuciła mnie głośnym:
- Dzień dobry. Szczęśliwego Nowego Roku życzą kominiarze!!!
W stanie totalnego zaskoczenia, w pierwszym momencie próbowałam... odnaleźć się w czasie, bo zaczęło mi się kotłować w głowie, czy aby czegoś nie przespałam, czy stan zaczytania nie przesunął mnie o pół roku, czy też jeszcze cóś innego. Zdrowy rozsądek podpowiedział mi jednak, że wszystko wskazuje na to, iż znajdujemy się w siódmym miesiącu Roku Pańskiego 2011 - upał i palące słońce za oknem, moja sukieneczka na ramiączkach i bose stopy, jak również krótkie gacie, japonki i odkryte, mocno wytatuowane, muskularne ramiona kolesia, trzymającego na wysokości moich oczu wspomniany już kalendarz. Przeto, mocno zdziwiona, zapytałam:
- Przepraszam bardzo, ale te życzonka to na ten rok, czy na następny, bo coś mi się mocno wydaje, że mamy dopiero środek lata?
- Na następny, droga pani! Wie pani, Poznań duży, więc z życzeniami zaczynamy chodzić już w lecie, aby żadnego mieszkańca nie ominąć!
Zarówno cała sytuacja, jak i argumenty i determinacja "kominiarza" doprowadziły mnie do tego stopnia rozbawienia, iż dałam kolesiowi zarobić kilka złotych, stając się jednocześnie szczęśliwą posiadaczką kalendarza formatu A4, w maksymalnie czterech kolorach, z tradycyjnym kominiarczykiem, taszczącym na ramieniu drabinę. Design niezwykle prosty i wymowny ;P
Akt drugi... Ostatnie, piątkowe popołudnie. Dzwonek do drzwi. Otwieram i oczom moim ukazuje się błyskawicznie ten sam kalendarz, w dłoni tego samego "kominiarza". Uszy moje bombarduje ten sam tekst, co prawie 5 miesięcy temu. Tym razem nie zamierzam "powielać" rzeczy już raz nabytej, więc grzecznie acz stanowczo, jak to się dzisiaj mówi - asertywnie, odpowiadam:
- Wie pan, już na początku lipca uszczęśliwił mnie pan identycznym kalendarzem, więc dziękuję, ale nie skorzystam. Jeden mi wystarczy.
Na co koleś, najwyraźniej dobrze przygotowany na taką sytuację, błyskawicznie wypala:
- Wiem, wiem, ale tamten był... przeciwpożarowy, od Św. Floriana, a ten jest świąteczny (!!!)
Parsknęłam takim śmiechem, że nijak nie mogłam się uspokoić przez cały wieczór, przenosząc to rozbawienie na resztę domowników. Kalendarza oczywiście nie nabyłam. "Kominiarza" zbyłam jedynie przeczącym ruchem ręki, gdyż moje gardło, zdławione śmiechem, nie było w stanie niczego innego z siebie wydobyć. Jedno jest pewne - może Święta będą kiepskie, ale z pewnością w przyszłym roku nie spłonę, już Św. Florian o to zadba ;D
Obrazek drugi... Dzisiejsze przedpołudnie. Dzieciaki oglądają "Dzień Dobry TVN". Wchodzę do pokoju w momencie, gdy Kasia Cichopek, spowita w gustowny fartuszek kuchenny, prowadzi wywód na temat zdrowego odżywiania, podpierając się przykładem swojego trzyletniego synka, Adasia. Stwierdza, że jej pociecha nie wie, co to słodycze, ponieważ nie wyobraża sobie jej na fotelu dentystycznym ;/ Pomyślałam: "Hmm... W końcu i dziecko z garniturem nieskazitelnie zdrowych i białych ząbków musi pewnego dnia na tym fotelu zasiąść". Pani Kasia kontynuuje i opowiada, jak to Adaś ostatnio w ręce przedszkolnego kolegi po raz pierwszy zobaczył... lizaka (!) i zapytał: "A co to jest?". Na co pani Kasia, z rozbrajającym uśmiechem, odparła: "A ja mu powiedziałam, że to piłeczka na patyczku"... !!! ... Parsknęłam śmiechem, ponieważ rozbawiła mnie zarówno głupota płynąca z tejże odpowiedzi, jak i zachwyt obecnych w studiu telewizyjnym redaktorów nad elokwencją i "podejściem pedagogicznym" Pierwszej Matki Rzeczypospolitej. Zastanawia mnie bowiem, co zrobi pani Kasia, kiedy pewnego dnia Adaś natknie się w piaskownicy na kolejnego kolegę z lizakiem i powie:
- O, masz piłeczkę na patyczku!
A tamten mu na to:
- To nie piłeczka, tylko lizak. To się liże i jest bardzo słodkie.
Cóż się wtedy stanie z rodzicielskim autorytetem pani Kasi? Polegnie!!! Bo wyjdzie na to, że mama okłamała własne dziecko! No chyba, że powie:
- Wiesz, synku, mamusia nie wiedziała, że to "coś", to lizak i służy do lizania.
Czyli jedno kłamstwo zrodzi kolejne kłamstwo, i kolejne, i kolejne... Jak dziecko może wierzyć mamie, która od najmłodszych lat wciska mu takie bzdury?! Ktoś powie, że to niekoniecznie kłamstwo lecz "prawda niekompletna". Dla mnie PRAWDA jest PRAWDĄ, a KŁAMSTWO - KŁAMSTWEM! Białe albo czarne. Między prawdą, a kłamstwem nie ma "szarego" pośrodku, nawet w przypadku małego dziecka! Czy nie lepiej od razu powiedzieć: "Synku, to jest lizak. Jest bardzo słodki, psują się od niego zęby i wolałabym, żebyś go nie jadł. Mama też nie je lizaków"? No ale cóż, skoro współczesny, medialny autorytet w dziedzinie: "jak być idealną kobietą, żoną i matką" twierdzi, że lepiej jest przed trzylatkiem zgrywać, że lizak jest "piłeczką na patyczku", to niech inni tego "autorytetu" słuchają - ja, matka z długoletnim stażem, nie zamierzam ;/
A dzisiaj, skoro troszkę o dzieciach było, moja ostatnia praca - misiek w czerwono-białą kratkę...
Biały jak niewinność i czerwony jak energia...Misiaczek otrzymał imię Natan, na cześć pewnego dwulatka o imieniu Nataniel, którego nikt nie chce, tłumacząc, że Natan jest "dzieckiem wybitnie trudnym" :((( Ja jednak jestem pewna, że Nataniel wyrośnie na wyjątkowego, wartościowego człowieka i udowodni wszystkim, jak bardzo się mylili. Wystarczy tylko, by dano mu szansę, by ktoś w niego uwierzył! Wiem nawet, kto tę szansę mógłby mu dać, ale czy się uda??? :(((

poniedziałek, 14 listopada 2011

Poniedziałkowy poranek

Na zewnątrz mróz. Dogrzewam się zieloną herbatą z trawą cytrynową i zerkam przez kuchenne okno. Dzisiejszy poranek niczym z bajki o Królowej Śniegu. Wszystko pokryte sporą warstewką szronu. Najbardziej chyba jarzębinowe drzewo, rosnące naprzeciwko okna. Srocze gniazdo, którego obecności latem można się było domyślać jedynie po przylatujących i odlatujących domownikach, teraz odkryte przed całym światem, niejako "zdradzone" przez opadłe liście, wygląda dzisiaj niczym ptasie igloo. Co ciekawe, świerk rosnący tuż obok jarzębiny, pokryty jest tym białym cudeńkiem jedynie na wysokości 2/3 od góry; dolna 1/3 zielona, a trawa pod nim także pokryta szronem... Powinnam wyjść na zewnątrz i pstryknąć kilka fotek, ale akumulatory "wiszą" w gniazdku i nabierają mocy ;) Wczoraj zdechły całkowicie przy fotografowaniu aksamitnych kopertówek.
Hmm... Poniedziałkowy poranek... Muzycznie umila mi go Staszek Soyka na zmianę z Tadkiem Nalepą - akurat na nich dzisiaj miałam ochotę. Zwierzaki spokojnie śpią, uwalone u moich stóp, a ja, skąpana w nostalgii listopadowej, ponownie potknęłam się o dołek z przeszłością... Cóż, czas zabrać się za pracę i jej planowanie na najbliższy tydzień. Jeszcze tylko kilka wpisów w KPiR i spakowanie kolejnej paczki do wysyłki. Ogólnie ubiegły tydzień był bardzo "paczkowy" - jakoś tak zbiegło mi się dużo wysyłek do klientów plus duuuża paczka do Warszawy na kiermasz "Pakamery". Notabene zdziwiona jestem, że aż tyle moich prac zostało zatwierdzonych na ten kiermasz, tym bardziej, że na forum pakamerowym dziewczyny ciągle się skarżyły, że tej odrzucono, tamtej odrzucono. Nie liczyłam na zbyt wiele, aż tu taka miła niespodzianka ;)... Dobra, spadam do pracy... Oho! Największe zwierzę właśnie się obudziło, spojrzało na mnie sennym, a jednocześnie zdziwionym wzrokiem... i śpi dalej ;) A na parapecie kuchennym przysiadły przed kilkoma minutami dwie sikorki, pokiwały główkami, prześwidrowały mnie swoimi czarnymi, wesołymi oczkami, po czym odleciały. Chyba najwyższy czas i dla nich wywiesić za oknem jakiś smakołyk ;)

Poduszka z falą ;)

niedziela, 13 listopada 2011

Zwierzęta...

Dzisiejsze popołudnie poświęciłam na zaległą, papierkową robotę w animalsach. Przez cały czas byłam "widoczna" na GG i bez przerwy przychodziły do mnie wiadomości typu: "Jestem po ciężkiej interwencji"... "Zdejmowałam z szosy owczarka potrąconego przez samochód. Nikt we wsi, przez którą przebiega droga nie przyznaje się do niego"... "Byliśmy w piątek na interwencji. Dwa psy, w fatalnym stanie, musieliśmy zabrać natychmiast"... I jeszcze kilka w podobnym stylu :( Powala mnie, kiedy widzę, w jaki sposób traktuje się zwierzęta. Znieczulica, egoizm, bezmyślność, okrucieństwo... Nie ma miesiąca... Ba! Nie ma tygodnia, by nie bombardowano nas wiadomościami o sadystycznych "wyczynach"...hmm... człowieka względem zwierzęcia. Pierwsze z brzegu linki, których jeszcze nie usunęłam z komputera:
http://www.tygodnikprudnicki.pl/1,7676,0,7.html
http://www.tvn24.pl/12690,1710303,0,1,wyrzucila-psa-z-trzeciego-pietra-byla-pijana,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/12690,1714308,0,1,skatowane-psy-na-torach-ocalala-tylko-ciuchcia,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/0,1721124,0,1,wiezienie-za-znecanie-sie-nad-psem,wiadomosc.html
http://www.tvnwarszawa.pl/informacje,news,wyrzucil-psa-z-8-pietra,297575.html
http://www.mmkrakow.pl/380591/2011/7/28/wegorzewo-zgwalcil-konia-moze-odpowiedziec-za-znecanie-sie-nad-zwierzetami?category=spozaMiasta
Żeby nie było, że problem jest tylko nasz "narodowy":
http://www.papilot.pl/lifestyle-ciekawostki/15471/Zabili-konia-i-urzadzili-krwawa-sesje-foto.html
Duża część winy ciąży na naszym wymiarze sprawiedliwości, który tłumacząc takie okrucieństwo "niską szkodliwością czynu" bądź "brakiem dostatecznych dowodów", wymierza wyroki raczej "w dolnej strefie stanów średnich", żeby nie powiedzieć... niskich :/ Pierwszy przykład z brzegu. Słynna sprawa biznesmena Krzysztofa K. o znęcanie się nad końmi w hodowli w Prądzewie. W kwietniu zapadł wyrok: 10 miesięcy pozbawienia wolności plus grzywna i kary pieniężne. W październiku dotarła wiadomość, że sąd jednak zawiesił te 10 miesięcy na... 5 lat! :/// Dlatego tym większe słowa uznania należą się sędziemu, który w Opolu wymierzył karę maksymalną - 2 lata!!! Pierwszy taki wyrok w Polsce!!! Może ta sprawa spowoduje, że sędziowie częściej dostrzegą, iż znęcanie się nad zwierzakami nie zawsze ma "niską szkodliwość", a ci, którzy zamierzają na te zwierzęta rękę podnieść, pomyślą dwa razy, zanim to zrobią.
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114883,10592107,Dwa_lata_wiezienia_za_zabicie_psa.html
Jeśli ktoś jest wrażliwy, lepiej by pod podanym linkiem nie powiększał zdjęcia :(
Hmm... Całe szczęście, że są na tym świecie ludzie, którzy kochają swoje zwierzaki miłością "bezwarunkową" ;) Ostatnio opisywałam, jak to dokładnie w poprzedni weekend, transportowaliśmy konie do domu tymczasowego. W połowie tygodnia właściciel stęsknił się za nimi tak bardzo, że konieczne stały się "odwiedziny" :D Wczoraj w nocy Kamil, nasz słupski animals, musiał wyruszyć w kilkusetkilometrową podróż, aby zawieźć właściciela, Pana B., do jego pupilków :D "Odwiedziny" przebiegły podobno w atmosferze obopólnej "szczęśliwości", a teraz, kiedy to piszę, Pan B., już spokojniejszy, został odtransportowany do domu; Kamil ma jeszcze jakieś 15 km do Słupska ;) Kamilu, dobra robota ;) Spokojnej nocy ;)
Coby atmosferę nieco uspokoić, dzisiaj kotki - zawieszki w crazy patchworku.


No, i może jeszcze gołąb, "zdjęty" przeze mnie kiedyś podczas spaceru ;)

czwartek, 10 listopada 2011

Padłam...

...i leżę :/ Chyba grypsko jakieś paskudne... Katar, ból gardła, pleców, łokci, kolan... wszystkiego. Stawiam się na nogi aspirynką i herbatą z cytryną, a czas spędzony w łóżku dzielę między net i lekturę... Przy okazji - jeśli ktoś lubi książki wyciskające łzy z oczu, polecam "Sztukę ścigania się w deszczu" Gartha Steina. Przepiękna, wzruszajaca historia, opisana przez...psa!

Poduszka uszyta techniką chenille. Pięć warstw + aplikacja.

poniedziałek, 7 listopada 2011

...

Czym dla mnie jest czas przeszły? Czym są wspomnienia? Zdałam sobie sprawę, że wszystko, co było, co budzi wspomnienia, ma jeden czas. Nie wiem jaki, ale wszystko trafia do jednego worka w mej pamięci i... jest. W czasie bliżej nieokreślonym, dla każdego wydarzenia tym samym. Bez względu na to, czy miało to miejsce 20 lat temu, roku temu, czy przed miesiącem. Tak, wszystko, co było, choć wymieszane, jest... jednym czasem...
Miasto X... Siedzimy z Kamilem w małej kawiarence w galerii handlowej. Czekamy na weta, a jakieś 30 kilometrów stąd czekają na nas konie, gotowe do przetransportowania do domu tymczasowego. To cud, że udało się wszystko załatwić. Zostały w ten sposób uratowane przed pewną śmiercią, a właściciel, który kocha je całym sercem, kiedy wykaraska się z trudnej sytuacji, ma gwarancję, że je odzyska. Mimo wszystko, chcemy pogadać z wetem sam na sam, bez właściciela. Nie wiem, jak Kamil to załatwił, ale wet okazuje się "filantropem" - zbada konie przed transportem za przysłowiowe friko. Chcemy mieć pewność, że nic im nie zagraża, że są całkowicie zdrowe... Kamil... Rozumiemy się świetnie. Może dlatego, że obydwoje zaliczamy się do tzw. animalsów "bezpartyjnych" - działamy i jesteśmy tam, gdzie nas potrzebują... Zamyślam się nad filiżanką kawy... Miasto X... Nagle zdaję sobie sprawę, że praktycznie w każdej chwili mogę się natknąć na Niego. W tej kawiarni, za rogiem ulicy, na przejściu dla pieszych... Jak byśmy obydwoje zareagowali? Czy mimo zaskoczenia powiedzielibyśmy sobie chociaż zdawkowe: "cześć", czy też przeszlibyśmy obok siebie, udając, że się nie znamy? Hmm, byłam tylko nic nieznaczącym epizodem. Kaprysem chwili. Potrzebowałam czasu, żeby to odkryć, zrozumieć, skojarzyć fakty... Kamil wyrywa mnie z zamyślenia:
-Ej, Małgoś! Żyjemy! Zamyśliłaś się... Ty ciągle o tych koniach?
-O koniach też... O koniach też... Powiedz mi, jak wam się tutaj żyje, mieszka... w tym mieście. Tak ogólnie...
-Tak ogólnie, to... Właściwie, nie wiem... Ogólnie, miasto uchodzi za nieco skostniałe. Tak myśli duży procent mieszkańców. Spore bezrobocie... Wiesz, jakieś dziwne zatrudnianie na czarno, na dziwne umowy o dzieło. Trudno znaleźć pracę, w której legalnie cię zatrudnią, sprawiedliwie zapłacą, odprowadzą ZUS. Wkurza mnie, kiedy ktoś mówi, że ma pracę, a buja się bez zarejestrowania, dając się wykorzystywać. W sumie nie ma pracy! Ale tak tutaj pracuje bardzo duży odsetek ludzi w wieku produkcyjnym... Wielu wyjechało za pracą. Niektórzy wrócili, inni nie...
-A poza pracą?
-Poza pracą... Niewiele tutaj się dzieje. Taka trochę kulturalna pustynia. Od czasu do czasu ściągną jakąś "gwiazdę", ale często już przygasłą (śmiech)... Mamy dobry teatr, ale sama wiesz, jak jest z zamiłowaniem społeczeństwa do sztuki teatralnej... Jeśli chodzi o szkolnictwo wyższe, to też nie ma wielkiego wyboru. Chcąc studiować na ciekawych kierunkach, musisz jechać do K. lub G. - to najbliższa alternatywa... albo dalej: Warszawa, Poznań, Wrocław, Kraków... To, co mnie by interesowało, najbliżej mam w Szczecinie, ale wiesz, jak jest z moją mamą. Nie zostawię jej samej. SM postępuje. Bywa, że po domu chodzi z balkonikiem. Problemem są schody. Ostatnio strasznie poszedł wzrok - podwójne widzenie itd...
-No, właśnie... A służba zdrowia???
-Ooooo, chyba już gorzej być nie może! Chociaż, podobno ostatnio miasto dostało w tej dziedzinie jakąś tam nagrodę! (śmiech)... Ja wożę mamę do G., bo do tutejszych specjalistów jakoś nie mamy zaufania.
Rozmowę na etapie służby zdrowia przerywa nam facet, który okazuje się być umówionym wetem. Sympatyczny, zrównoważony... Widać, że przejął się sprawą koni i chce pomóc ze zwykłej, ludzkiej życzliwości... Dogadujemy szczegóły. W życiu nie usłyszałam, żeby ktoś udzielił nam tylu dobrych rad... Pozostaje kwestia podjechania na miejsce i zbadania koni. Nasz "doktorek" ma jednak od rana jakieś problemy z autem i musi je oddać do warsztatu, więc zabieramy go autem Kamila. Potem przywieziemy go z powrotem... Miasto X zza szyb auta. Ładne miasto. Na pierwszy rzut oka nie widać tych problemów, o których wspominał Kamil ;) Ale czy ja zerkam przez to okno, wypatrując problemów, czy może...???
   Gospodarstwo... Animalsi uwijają się, pomagając właścicielowi, bo przecież darmowy pobyt do czegoś zobowiązuje ;P Wet zaskoczony świetną kondycją koni:
-Jestem zszokowany! To dzisiaj rzadkość, by ktoś dbał o konie bardziej, niż o siebie. One są w świetnym stanie! Żal, że muszą opuścić to miejsce. Teraz tylko się módlcie, żeby facet wygrzebał się jak najszybciej z kłopotów i mógł je przyjąć na nowo...
Hmm, no ja nie wiem, czy akurat tutaj modlitwa wystarczy :/ Oby...
   Konie okazały się zdrowe. U jednego jakiś mały problem z oczami, ale doktorek zaoferował się, że kiedy podrzucimy go do domu, da nam jakiś lek za friko... Chwila przerwy, kawa z gospodarzem i powrót do X. Późne popołudnie...
   Kiedy wjeżdżamy do X. jest już ciemno... Doktorka do domu, lek dla końskich oczu do torby... Kamil w aucie łapie za komórkę:
-Małgoś, sprawdzę tylko, co u mamy. Co prawda śpi u nas dzisiaj mamy przyjaciółka... Mówię do niej: "ciociu"... ale wolę sprawdzić. Taki ze mnie nadgorliwy synalek (śmiech)...
Krótka rozmowa "mamy z synalkiem"...
-Trochę zmiana planów. Podjedziemy do mnie do domu. Muszę zabrać z domu jakieś mięso z lodówki, wziąć klucze, zawieźć do tej cioci i wpakować jej do zamrażalnika, bo do jutra ponoć nie może leżeć.
   No, to jedziemy... Typowe blokowisko. Trzecie piętro... Sympatyczna mama, sympatyczna przyjaciółka - ciocia ;)... I przymusowa kolejna kawa ;)
   Z kolei mieszkanie "cioci" okazuje się być w zupełnie innej "architektonicznie" części miasta... Kiedy mięso leży już bezpiecznie w zamrażalniku, Kamil wpada na pomysł:
-Chodź, zobaczysz chociaż kilka naszych ulic nocą (śmiech).
   Oj, już po kilku minutach nie zgadzam się z moim "bratem - animalsem" co do "skostniałości" miasta X ;) Najpierw mija nas grupa "barwnie" rozbawionych dziewczyn, wyraźnie "pod wpływem"... no, ale przecież mamy sobotni wieczór, więc wolno ;)... Następny obrazek - śpiący na ławce kloszard, a pod nim wielka kałuża. Najwyraźniej nie zdążył... Następna ulica. Lekko hałaśliwie, ruchliwie. Trochę ludków przed jakimś lokalem.
-Jakiś klub???
-Eeee, tam... Zaraz klub (śmiech). Zwyczajny pub. Często tutaj "grają". Dzisiaj podobno "Closterkeller"... O, widzisz, mówiłem, że przygasłe gwiady zapraszają? (śmiech)
-No, coś ty! Nie grzesz! "Closterkeller" to kultowa muza! Sama bym posłuchała!
Rzut okiem na nazwę pubu i wybucham śmiechem:
-Ej, oni tak sobie wzajemnie robią reklamę? Obrazek niczym z Kafki :D
Nazwa pubu okazuje się być zlepkiem dwóch ostatnich sylab nazwy zespołu!!! Gra słów! Zbieg okoliczności! :D
-Przejdziemy jeszcze tą ulicą i drugą stroną wrócimy do auta- objaśnia Kamil trasę naszej wieczornej wędrówki.
Gadka - szmatka o pierdołach... O realiach animalsowej działalności, o tym, co spowodowało moje zamyślenie przy kawie w kawiarni (bez wdawania się w "osobowe" szczegóły), o życiu, o problemach...
-Wiesz, martwię się o moją mamę. Niepełnosprawność postępuje i postępować będzie. Rozmawiałem z lekarzem. Przeraża mnie to, że pewnego dnia nie będę umiał jej pomóc.
Opowiadam, jak to było z moim tatą. Ostatnie tygodnie... Może to doda mu otuchy, że jak trzeba, to człowiek musi dać radę.
-Wiem, jak to jest, kiedy chcesz pomóc i nic nie możesz zrobić... Z moim tatą najgorsze były ostatnie noce, kiedy musiałam przywiązywać mu w miarę sprawną rękę do łóżka, żeby nie wyrywał sobie cewnika i nie robił krzywdy. To takie niegodne człowieka... Ale i tak raz nie upilnowałam. Do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, że nie obudziłam się na czas... Piekło, mówię ci, piekło!
-Oj, piekło, piekło! - zaśmiewa się Kamil
Przez moment nie wiem, o co biega.
-Jak ty to mówisz, znów obrazek, jak z Kafki (śmiech). Wiesz, że ta ulica, którą idziemy, nazywa się Piekiełko???
-Żartujesz?! Poważnie?!
-Noooo, poważnie. Piekiełko!!!
Ryczymy ze śmiechu... Droga do auta przebiega nam w stanie totalnego rozbawienia... Opowiadamy sobie najzabawniejsze "skecze" z animalsowych interwencji :)... I tak już przez całą drogę powrotną. Ponad 30 kilometrów "łzawych" opowieści... "łzawych" ze śmiechu :D
   A konie... Konie następnego dnia wyruszyły do swojego nowego domu tymczasowego. Już są na miejscu, czują się dobrze. Mamy nadzieję, że wszystkie sprawy tak się potoczą, że szczęśliwie będą mogły wrócić do swojego właściciela i to już niedługo...
   Kolejny pled... Z samych kwadratów, milutki i mięciutki, bowiem znaczna jego część powstała z... flaneli ;) Sprzedany. Dzisiaj pojechał do Warszawy ;)

poniedziałek, 31 października 2011

Come back bułeczek cynamonowych... dla Kamili ;)

W komentarzu do wpisu o bułeczkach cynamonowych Kamila napisała:

Kamila pisze...

Równowaga w otaczającej naturze jest niezawodna i dla mnie. Niech szczury gonią, ja się równoważę ;)


Przepis na bułeczki by się przydał... wiem, wiem, że to nie blog kulinarny, ale one wyglądają jak rękodzieło artystyczne, więc może się łapią w konwencję ;)

Hmm... Czy one się łapią w konwencję jako rękodzieło, to ja wątpię, gdyż sporo w nich niedoskonałości ;D Natomiast, jeśli o przepis chodzi... Problem w tym, że ja nie mam na nie jako takiego, fachowego przepisu, więc opiszę, jak je robię, bowiem większość pracy przy nich "odklepuję" na wyczucie i przysłowiowe oko ;P Droga Kamilko, będzie zatem opisowo ;)
Biorę trochę więcej, niż pół kostki drożdży (w kostce jest chyba 100g?), rozdrabniam je w misce, mieszam z ok. połową szklanki letniego mleka, łyżką cukru i może z łyżką mąki. Odstawiam w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. W tym czasie w garnuszku rozpuszczam sobie jakieś 3/4 kostki margaryny (masło też może być), dodaję do tego 2 szklanki mleka i podgrzewam. Trzeba uważać, żeby nie było za gorące, ponieważ tą mieszaniną należy zalać mąkę - ja biorę jej całe kilo, ponieważ moje głodomory pochłaniają tych bułeczek cały ogromny talerz ;D Do tego dodaję wyrośnięte drożdże, 1/2 - 3/4 szklanki cukru i jakieś pół łyżeczki soli. Zagniatam ciasto. Trzeba je wyrabiać dość długo, ponieważ lepi się do rąk. Jak jest za bardzo lepiące, podsypuję jeszcze trochę mąką. Robię z tego zgrabną kulę i w misce odstawiam pod przykryciem do wyrośnięcia. W czasie, kiedy ciasto sobie rośnie, robię "wnętrze" do bułeczek. Ucieram masło z cukrem, cukrem waniliowym i cynamonem. Nie powiem Ci w jakiej ilości, ponieważ robię to na oko. Później, kiedy lepię już bułeczki, często po prostu dorabiam tego farszu ;P Wyrośnięte ciasto dzielę na mniejsze porcje, rozwałkowuję je na sporych rozmiarów placki - wąskie a długie, jak na rolady. Na środku, przez całą długość placka, rozkładam "stróżkę" farszu i zawijam w taką zgrabną roladkę... I tak z każdym kawałkiem ciasta. Następnie tnę nożem roladki na plastry, szerokości na oko ok. 2-2,5 cm. Sporo ich wyjdzie ;) Warto jedną stronę każdego plastra zalepić od spodu, gdyż później farsz lubi wypływać, a on jest z tego najlepszy ;) W sumie, u mnie to nie problem, ponieważ kiedy blacha z upieczonymi bułeczkami wyjeżdża z piekarnika, moje dziewczyny rzucają się na wyścigi z łyżeczkami i zeskrobują ten pyszny karmel :D Bułeczki kładę na blachę (u mnie na papier do pieczenia, ponieważ mój piekarnik lubi wariować :/), smaruję je z wierzchu żółtkiem rozmąconym z wodą, posypuję lekko cukrem (najlepszy gruboziarnisty, ale niekoniecznie) i sporą ilością cynamonu i... siup! do piekarnika... U mnie cała partia bułeczek "jedzie" na 3-4 blachach, bo inaczej, przy tej ilości, grzebałabym się przy nich cały dzień ;) Chociaż, są tak pyszne, że warto i cały dzień ;D... Smacznego! :D
Tak się jakoś ciepło przy tych bułeczkach zrobiło, że będzie... Afryka :D... Pled skończyłam wczoraj. Ma ok. 160 x 200 cm. Quilting maszynowy.

niedziela, 30 października 2011

Cmentarny biznes

Tak dzisiaj nad Poznaniem wstawało słońce ;)
Pięknie, prawda? Niezwykłe zjawisko, bowiem całkiem gęsta mgła wisiała tuż nad ziemią i praktycznie z czwartego piętra trudno było dostrzec trawnik przed blokiem, a ponad nią, nad dachami, taki właśnie widoczek... Złota jesień praktycznie traci resztki swojego "charakteru" i oddaje pałeczkę tej chmurnej i słotnej. Miasto robi się szaro - bure, natomiast na ranczo z dnia na dzień coraz piękniej. Pościnana wielgachna kukurydza, która skutecznie zasłaniała wszystko dookoła, odsłoniła cały urok pól i lasów o tej porze roku...
Za trzy dni Wszystkich Świętych. Może się komuś narażę, ale nie cierrrrpię tego święta. Dla mnie to najdurniejsze święto w roku. To znaczy, wróć! Sama idea Święta Zmarłych jest jak najbardziej OK, ale cała "otoczka" z tym związana, to co "trzeba" i "wypada", dla mnie jest totalnym absurdem... Dzisiaj OMD zawiózł mnie na cmentarz. Ruch, jak w Paryżu. Samochód zaparkować można praktycznie tylko kilkaset metrów od cmentarza... i kilkaset metrów od cmentarza zaczyna się cmentarny biznes ;) Sprzedający kwiaty i znicze biją się o miejsce z pracownikami firm kamieniarskich, którzy swoimi dużymi autami próbują dopchać się jak najbliżej bramy, coby nie tachać za daleko tych wszystkich marmurów i granitów. Dla nich to też dobry okres ;) Praktycznie na tym święcie zarabiają wszyscy. Ogrodnicy, producenci zniczy, zapałek, komunikacja miejska, taksówkarze, miasto ("postojowe" za każdy, nawet najmniejszy stragan), stacje benzynowe, sklepy z ciuchami i butami (jakoś trzeba się ubrać, coby rodzina nie obgadała), sklepy monopolowe (rozgrzewka po powrocie z cmentarza konieczna), sprzedawcy wszelkich "odpustowych" duperli i innych tandetnych pierdolniczków... Lista ciągnie się w nieskończoność. Ba! Zarabiają nawet małe, chińskie rączki na swoich "dziełach", bowiem najprawdopodobniej jakieś 80 procent plastikowych kwiatków, wiązaneczek i stroiczków nosi napis: "Made in China". Kurczę, tylko polski quiltmaker nie ma w tym dniu na czym zarobić... albo ja jestem jakaś mało kreatywna :D Ciągle mówiłam, że patchwork i quilting to studnia bez dna, aż tu dzisiaj taki zawód, no... ;D Dziewczyny patchworkujące, ruszmy główkami, bo nam być może całkiem niezła kasa ucieka ;P
   Kolejna chusta trykotowa... Tym razem z ptakami i mnóstwem frędzli.

piątek, 28 października 2011

Kiepska ze mnie sprzątaczka :(((

Ciężki tydzień. Od wtorku psychiczna huśtawka. Odpalasz po kilku dniach skrzynki mailowe, bloga i dostajesz po wszystkim - po oczach, po głowie, po tyłku, po sercu, po duszy... Czegoś nie wymieniłam? Nawaliłam jako przyjaciel. Widok martwej Saby na blogu u Szarego Wilka, jej grób, martwy szczeniaczek i maluszki pełzające po martwej matce... Jak to się stało, że nie wsiadłam w pociąg do Przemyśla i nie pojechałam go wspierać w trudnych chwilach?! Przecież jeszcze niedawno tak właśnie bym zrobiła! Nie pojmuję, co się ze mną dzieje. Czy to te wszystkie wydarzenia, które spadają na mnie od jakiegoś czasu, które próbuję tłumaczyć, objąć logiką, rozbierać na czynniki pierwsze? A Firefox? Śmierć jego przybranego, indiańskiego Dziadka wpędziła go w dołek niewyobrażalny.  Zbombardował mnie rozpaczliwymi mailami w skrzynkach i wiadomościami na komunikatorach, a mnie nie było. Znów nawaliłam. Czy tak trudno było w nawale zajęć o zwykłe: "podaj login, hasło... klik!" ??? Nic mnie nie usprawiedliwia w obu przypadkach - ani żadne pieprzone złe wyniki badań, przychodnie, zabiegi, ani roztrzaskane doszczętnie biodro przyjaciółki i ranczo, ani debaty "na szczeblu" o bezdomności zwierząt, ani durne kubiki drewna i metry kabli :/// Nic!!! Rozmyślanie o tym wszystkim wpędza mnie w dół...
   Agata we wtorkowy wieczór na GG:
- Ty, Ślicznotka, nie chcesz małego goldena? Przeszedł testy w fundacji. Na "dogo" się nie nadaje, ale to wspaniały szczeniak i musi trafić do dobrego i odpowiedzialnego domu. Rozumiem, że bierzesz?
- Taaa, nie wiem gdzie :/ Do Poznania odpada. Mam go zabrać na ranczo do Wieśki? Askan - indywidualista szybko by się z nim rozprawił. Nie da rady.
Kilka kolejnych suchych zdań... Agata, psycholog z "osiągnięciami", wyczuje człowieka nawet na GG. Znamy się z kursu dogoterapii. Prowadziła z nami zajęcia - pogadanki. Ktoś doszedł do wniosku, że chodząc z psami do DPS-ów, domów dziecka i innych ośrodków, możemy się zetknąć z różnymi sytuacjami i takie spotkania z psychologiem powinny nam pomóc. Agata to wyjątkowy typ psychologa. Nie z tych, co to kładą na kozetce, głaszczą i dobrotliwie się cergolą. Ona wali z grubej rury, gra na emocjach, grzebie w duszy człowieka niczym pogrzebacz i wywleka wszystko na powierzchnię. Najciekawsze, że najczęściej bywa skuteczna :/
- Co z tobą, Gocha? Czuję, że coś nie gra. Wywalaj z siebie.
- Wszystko jest do dupy...
- No, tak jest, ale to nie znaczy, że należy zostawiać sprawy samym sobie. Co jest?
- Potykam się o dołki z przeszłością...
- Buuuuu... To ty jeszcze nic z tym nie zrobiłaś??? Dziewczyno, ty się nie potykasz, ty w te dołki wpadłaś i nie możesz wyleźć!
- Może. Nie wiem. Próbowałam, ale ciągle wracają pytania, wątpliwości...
- Musisz się odciąć. Jeśli tego nie zrobisz, nie ruszysz do przodu.
- Taaa, nie wiem jak.
- Jak "jak?". Normalnie. Bierzesz taki miecz, jak na "Gwiezdnych Wojnach" i... ciach!
- To daj mi taki miecz, jak masz.
- Ej, każdy go ma. Musisz go poszukać w sobie. A przede wszystkim musisz uporządkować swoje życie. Inaczej dalej będziesz się potykać. Ustalasz sobie, co po kolei odcinasz i... ciach!
Ciągnie się opowieść o ostatnich miesiącach, o porażkach, o przykrych wydarzeniach, niezrozumiałym zachowaniu osób w moim otoczeniu, o tym, co mi dała (a może, czego mi nie dała) moja sierpniowa "ucieczka", o "niby-przyjaźni", która okazała się właściwie nie wiadomo czym, zostawiając po sobie wielką, broczącą ranę, niemożliwą do zabliźnienia, o wątpliwościach, czy droga, którą idę, jest tą właściwą i dlaczego kroczę nią sama, a na koniec o tym, jakim okazałam się kiepskim przyjacielem i to wobec dwóch osób, które chyba najbardziej na świece się o mnie martwią i troszczą... czego dały dowód po moim zniknięciu, bombardując mailami nawet moje dzieci. Ba! Firefox poszedł jeszcze dalej! Podejrzewając, że w desperacji swojej mogę spakować plecak i skutecznie "zamknąć" za sobą drzwi, szukał mnie nawet u mojego wieloletniego kolegi w Norwegii! Co ciekawe, odnalazł faceta, wiedząc tylko dwie rzeczy: imię - Bartek (nawet nie wiedział, czy to od Bartosz, czy Bartłomiej), lokalizacja - daleka północ Norwegii! Nic więcej! To się nazywa determinacja w szukaniu! :D...
- No, kochana, ty najwyraźniej potrzebujesz terapii koleżanki Agaty, czyli muszę ci dać potężnego kopa w dupę.
- Nie potrzebuję jakiejś twojej durnej terapii, tylko czasu.
- Bzdura! W takich sprawach czas nie pomoże. To pusty slogan... Musisz zrobić tak...
Po czym nastąpił pisany monolog koleżanki Agaty, z dokładnymi wskazówkami, co Gocha powinna zrobić, żeby nie potykać się już więcej o dołki z przeszłością...
Od wczoraj koleżanka Małgorzata zaczęła czynić radykalne cięcia "ognistym mieczem", wskazanym przez koleżankę Agatę, psychologa - sadystę :/ Skutek? Żaden! Przed kilkoma godzinami odezwała się Aga.
- No, i...???
- Dupa.
- A to dlaczego?
- Czuję, że kogoś krzywdzę.
- No, k..., Gocha! Ciebie już naprawdę pogięło?! Ty znów myślisz o innych, a nie o sobie?  Siebie krzywdzisz! Ktoś ma cię w dupie, ktoś inny wykorzystuje twoją dobroć, jeszcze ktoś inny robi z ciebie emocjonalne i uczuciowe wraczysko, a ty się martwisz, że odcinając się, kogoś krzywdzisz?! K..., jeśli bym nie wiedziała, który jesteś rocznik, to bym powiedziała, że jesteś jakąś inkarnacją Matki Teresy! Ty, kobieto, za długo w wolontariacie siedzisz. Idę do Lidla po piwo. Muszę się napić...
Po czym ozdabiając ostatnie zdanie emotką ludka zasłaniajacego sobie oczy, zniknęła... Na zdrowie, Aga! Nie wypij za dużo ;P Chociaż... przecież jutro sobota ;)
A ja? Zostałam sama z "ognistym mieczem" w dłoni i myślę, co by tu jeszcze ciachnąć, bo może to, co ciachnęłam do tej pory, nie było tym, co ciachnąć powinnam? Cóż, czas pokaże. Chociaż czas, według Agaty, to... pusty slogan... A może to wszystko, to taka moja karma? Oj, chyba nieźle sobie nagrabiłam w poprzednim życiu ;)


Słonik... na szczęście ;)

  

wtorek, 25 października 2011

Marny ze mnie przyjaciel :(((

...Jak w temacie... Jestem beznadziejnym przyjacielem :(((
...Przepraszam, Grey Wolf :(((
...Przepraszam, Firefox :(((

...:(((


"Black Flamenco" (Art Quilt Necklace)...
Art Quilt. Bardzo romantyczna, patchworkowa, duża kolia wykonana w stu procentach ręcznie. Misternie, gęsto drapowane na lnie, kawałki czarnego aksamitu, gipiury, podszewek, żorżety... Wszystkie użyte tkaniny zostały wcześniej w specjalny sposób "sprane" w celu uzyskania wystrzępionej, skołtunionej faktury. Dodatkowo ozdobiona ręcznie naszytymi paciorkami, ozdobnymi, pięknymi guzikami oraz atłasowymi i aksamitnymi kokardkami. Wiązanie z bawełnianej, czarnej koronki. Od spodu podszyta ręcznie czarną podszewką. Wymiary: szer. - 31 cm; wys. - 24 cm (pośrodku 13 cm)... Gratka dla koneserek odważnych, unikatowych dodatków... Efekt mrówczej pracy ;))) PROJEKT AUTORSKI / POJEDYNCZY EGZEMPLARZ

czwartek, 20 października 2011

"Widzisz, synek, słuchaj mamusi"... czyli o tym, jak Prawdziwa Miłość wygrywa ze stereotypem

Wczorajszy dzień minął pod znakiem masowych najazdów na Poznań, przyjacielskich spotkań pod hasłem: "Okupujemy Stary Browar" i wydarzeń, które rozbawiły nas do łez, skłaniając jednocześnie do refleksji... Dziwnym zbiegiem okoliczności wpadli do Poznania moi przyjaciele - Sonia i Rysiek, przebywający od jakiegoś czasu w Hiszpanii, coby sprawdzić, czy ich dom cały i zdrów. Na szkolenie do "Strimy" przyjechała ze Szczecina Mira. A że i ja wynurzyłam się z mojej szmaciano - zwierzęcej nory, to gdzież mogliśmy się skrzyknąć, jak nie w Starym Browarze ;)   Z dziewczynami, czyli z Elą (która też jakimś cudem czasowo zamieniła swoje Kanary na Poznań) i Mirą, byłam umówiona na 18, więc najpierw padło na Sonię i Ryśka... Para nietypowa, bowiem dzieli ich różnica wieku... 18 lat, na korzyść... Hmm, no właśnie, wydaje mi się, że... obojga ;) To ona starsza ;P Od roku małżeństwo, po pięciu latach ciągłych rozstań i powrotów. Te rozstania i powroty raczej z winy nie tyle ich samych, co społeczeństwa i "życzliwych", którzy ciągłymi docinkami, złośliwościami, rzucaniem kłód pod nogi skutecznie próbowali im wybić z głów ten związek, bo: "tak nie można... nie wypada... co ludzie powiedzą... co będzie za parę lat... jak wam nie wstyd..." itd. Nie poddali się. Dzisiaj wszyscy wiedzą, że wygrali. Skończyły się docinki sąsiadów, znajomych, rodziny. Pełna akceptacja. Dla mnie taka sytuacja nie jest żadnym szokiem, bowiem relacja: "ona starsza - on młodszy", zapoczątkowana ongiś przez moją Babcię, trwa i taranem idzie przez całą rodzinę, niczym jakaś klątwa :D I nie chodzi tutaj o różnice jakichś kilku miesięcy, ale o całe długie lata ;) Jednakże społeczeństwo polskie ma w sobie zakorzenione pewne stereotypy, które prowadzą często do zabawnych sytuacji. Dwa obrazki z wczorajszego dnia...
   Przemierzamy Stary Browar w poszukiwaniu jakiejś cichej, niezbyt napchanej knajpki, aż tu nagle, na jednej z wystaw, Rysiek zauważa kurtkę.
-Yyyyy, Sonia, popatrz! Czegoś takiego szukam od dłuższego czasu!
Wchodzimy. Rysiek przymierza. Brązowa odpadła w przedbiegach. Popielata jako druga... Granatowa, czy czarna??? Facet, jak to facet - nie uznaje przymierzalni, więc my z Sonią plus młodziutka ekspedientka, służymy Panu za wieszaki :/
-Chyba jednak czarna. Do wszystkiego pasuje - kwituje, przeglądając się w lustrze.
Ja milczę, nie wtrącam się. Sonia lustruje męża fachowym wzrokiem.
-W granatowej lepiej wyglądasz.
Po dłuższej między nimi wymianie zdań, wtrąca się młodziutka ekspedientka:
-Proszę posłuchać mamy. W granatowej naprawdę lepiej pan wygląda.
Mnie lekko przymurowało, a oni bez zażenowania, bawiąc się najwyraźniej całą sytuacją, prowadzą dialog:
-No, widzisz synek, słuchaj mamusi. Bierzemy granatową.
Na co "synek":
-Taki stary ze mnie chłop, a w sprawie kurtki ciągle muszę słuchać mamusi??? Niech będzie, biorę granatową.
Po czym całując "mamusię" namiętnie w usta, na oczach osłupiałej ekspedienki:
-Teraz mamusia sobie wybierze jakiś ciuszek, żeby było sprawiedliwie...
Mruga okiem do dziewczyny i rzecze ubawiony:
-Ta "mamusia", to moja żona.
Znikają między wieszakami, a ja zostaję z dziewczyną, która najwyraźniej wyszła już ze stanu oszołomienia i mówi do mnie:
-Dżizus, ale mnie ścięło! Ci państwo to naprawdę mąż i żona???
Na moje tajemnicze, aczkolwiek przytakujące: "Yhym", dziewczyna wpada w pełen zachwytu monolog:
-Dżizus, jakie to romantyczne! Ale oni pięknie w sumie wyglądają i widać, że się kochają! Zupełnie, jak w tym filmie na "Polsacie". Patrzy pani??? Ten z Wolszczak. Ja czasami patrzę na powtórki, bo w tygodniu w sklepie jestem. Ten, wie pani, co to facet jest z matką swojej byłej dziewczyny, o 20 lat młodszy... Dżizus, ja myślałam, że takie rzeczy, to się tylko w filmach zdarzają! Dżizus, Dżizus!!!
   Po "skeczu" w sklepie trafiamy do przytulnej knajpki. Ja zamawiam herbatę jaśminową, Sonia czarną, Rysiek - piwo, co u nich podobno oznacza: "Dzisiaj kobieta prowadzi" ;) Gadu - gadu, pierdu - pierdu... Miło toczy się rozmowa... Nagle Sonia:
-Dobra była ta herbata. Zamówię sobie jeszcze jedną.
Rysiek z pewnej odległości zwraca się do przechodzącego kelnera i, robiąc gest w kierunku Sonii, mówi:
-Czy ja mógłbym prosić dla żony jeszcze raz to samo?
Chłopak kiwa potakująco głową. Po chwili przynosi... herbatę jaśminową... i stawia ją przede mną!!! Mi zaparło dech, Sonia i Rysiek ryknęli śmiechem, a kelner stanął jak wryty, nie kumając o co chodzi :D Najwyraźniej źle zrozumiał "gest" ;))) Rysiek, rozbawiony, wyprowadza go "na prostą":
-Chyba mnie pan źle zrozumiał. Moja żona siedzi naprzeciwko mnie i pije tylko herbaty czarne, bardzo mocne i niesłodzone. Ale nic się nie stało.
Ratując sytuację, deklaruję się, że wypiję tę jaśminową, a kelner ogłupiony, zawstydzony, zaczerwieniony jak burak, obiecuje, że przyniesie nową... Po chwili przychodzi z czarną herbatką dla Sonii i jeszcze raz próbuje się tłumaczyć, przepraszać... i w ogóle. Widać, że jest mu bardzo głupio. Rysiek, nadal rozbawiony,  do niego:
-Bracie, nic się nie przejmuj. Już się do tego przyzwyczailiśmy. Natomiast, co do tej drugiej pani... Gdyby w Polsce dopuszczano wielożeństwo, to postarałbym się, żeby była moją drugą żoną. No, ale prawo jest prawem ;) Naprawdę, żadna pomyłka, żaden problem...
   Po całej akcji, Sonia i Rysiek opowiadają mi o wielu takich śmiesznych sytuacjach. Widać, że w ogóle ich to nie "dotyka". Bawią się tym najwyraźniej. Podobno na początku bardzo ich to drażniło, ale dzisiaj??? Rysiek tłumaczy:
-Widzisz, Gosiu, problem ma ten, kto go dostrzega. My go nie mamy, ponieważ go nie widzimy... Widziałaś dwie takie sytuacje w odstępie zaledwie dwóch godzin. Kto głupio się z tym czuł? My - nie!!! Głupio czuły się z tym osoby, którym stereotypowe poglądy na wiek w relacji: "mąż - żona" nakazywały takie, a nie inne zachowanie.
Co ciekawe, okazuje się, że z takimi "akcjami" spotykają się tylko wtedy, kiedy są w Polsce. W Hiszpanii i w innych krajach europejskich coś takiego im się nigdy nie przytrafiło. Czyżby to taka nasza "narodowa" mentalność???
   No, i jeszcze jako zabawna ciekawostka, dialog moich przyjaciół tuż przed wyjściem z kawiarni. Mam nadzieję, że nie będą mi mieli tego za złe (jestem pewna, że nie będą ;P):
Sonia: "Rysiu, dopiero po piątej. Chodźmy do kina. Już tak dawno w Polsce w kinie nie byliśmy".
Rysiek: "Kobieto, padam z nóg. Marzę o tym, żeby paść i zasnąć. Przed nami 60 kilometrów do domu".
Sonia: "Ej, noooo... To pójdziemy do kina. Ja obejrzę film, a ty się zdrzemniesz".
Rysiek: "Sonia, nie bądź dziecinna (!). Mam zapłacić za kino po to, żeby się przespać?"
Sonia: "Rysiek, no chodź! Przestań się zachowywać, jak stary ramol (!)".
Najnormalniej w świecie mnie rozbawili :D :D :D
   Skoro o Przyjaciołach mowa, to i praca z "podtekstem" przyjacielskim ;) Poduszka w moim ukochanym "primitive country"...

niedziela, 16 października 2011

Szron...

   Od dwóch dni poranki witają mnie szronem za oknem...
   Zimno, ale pięknie... Trampkom powiedziałam: "Dziękuję". Szalikowi powiedziałam: "Przepraszam". Za kilka dni przyjdzie przeprosić rękawiczki za kilkumiesięczny okres zapomnienia... Uwielbiam poranki o tej porze roku, kiedy wschodzące słońce muska liście na drzewach, fundując im podwójną dawkę złota. I ten zapach... Zapach mokrych, opadłych już liści i wilgotnej, świeżo (lub całkiem niedawno) zaoranej ziemi. Zauważyliście, że ziemia o każdej porze roku inaczej pachnie? Dla mnie najpiękniej pachnie pod koniec lata i wczesną jesienią... Pamiętam, kiedy jeszcze mieszkałam w Gnieźnie i codziennie rano odbywałam kilkukilometrową, pieszą wycieczkę do pracy, ta pora roku dawała mi najwięcej pozytywnych bodźców wzrokowych i zapachowych :) Szczególnie jej ostatni etap, kiedy przechodziłam drogą praktycznie już za miastem, a po mojej lewej stronie rozciągało się wielkie pole, przyległe do dużego gospodarstwa i stadniny. Widok wolnych, wypoczętych, galopujących koni z rozwianymi grzywami, spowitych resztkami opadającej mgły, a nad nimi wschodzące słońce. Cud natury...
   Dzisiaj, przeglądając komentarze pod wpisami, natknęłam się na taki:

Anonimowy pisze...



zadroszczę Ci tego spokoju ducha. jak Ty to robisz? gdzie go znajdujesz? ja jestem ciągle zdenerwowana codzinna gonitwą, nawet jesień mnie nie cieszy.

Smutno mi się zrobiło. Nawet nie tyle z własnego powodu, co z powodu nastroju "Anonimowego". Szkoda, że autorka komentarza nie podpisała się imieniem czy też nickiem, łatwiej by mi było. Pozwolisz, że będę zwracała się do Ciebie: "A." ??? ;)... Droga A., gdybyś wiedziała, jak niewiele spokoju jest w moim życiu! Jak wiele zmartwień, smutków, powodów do łez. Chyba najlepiej o tym wie moja poduszka nocą i pies - spowiednik.. Może właśnie dlatego nauczyłam się znajdować równowagę w otaczającej mnie naturze. Naturze, która w odróżnieniu od otaczających ludzi i zdarzeń jest samą PRAWDĄ. Jeśli czymś zaskoczy, to wynika to jedynie z jej... hmm... natury ;) Nie umie zawieść, zranić, okraść, uderzyć, prowadzić gry, w której próbuje coś "ugrać" dla siebie. Jest szczerością samą w sobie. Więc dlaczego mam uciekać od czego, co woła do mnie każdym liściem, każdą kroplą deszczu, promieniem słońca, płatkiem śniegu, merdaniem psiego ogona, ptasim śpiewem w konarach drzew: "Hej, Małgośka! Chodź, zobacz! Tak wygląda prawda i równowaga. Wystaczy miejsca i dla ciebie!" ;) Dlatego, Droga A., myślę i mam nadzieję, że Ty również potrafisz "wyszarpać" dobie chociaż parę minut, by zasłuchać się w szum deszczu, pogłaskać kota, czy przyjrzeć kaczkom pływającym po stawie ;) Powodzenia, dasz radę ;)))
   Czy ja pisałam coś poprzednio o bułeczkach cynamonowych? Tych, które wczoraj przykuły mnie do kuchennego piekarnika, a po których do teraz roznosi się po domu cudowny zapach??? Taaak, tylko zapach się ostał... i brudny, wielki talerz do umycia :/ Pochłonięte co do jednej w ilości imponującej :/ 


...I ten cynamon pachnący... Mniammmmm...
Pożytek z tego był taki, że wykorzystując gorący piekarnik, machnęłam jeszcze dwa bochenki chleba z ziarnami słonecznika. Jeden jeszcze się ostał ;P
   Przeglądając dzisiaj kilka blogów, zauważyłam wyraźne tendencje halloweenowe. U mnie, niestety, w tym roku nie ma. Jedyne, co może się jakoś kojarzyć, to czarne koty, które od około dwóch miesięcy  goszczą na moich torbach.  Cudem zdobyta, równie cudna tkanina, a na niej koty, jak żywe :) Pełna zachwytu, długo się zastanawiałam, co z niej uszyć. W końcu doszłam do wniosku, że musi być to coś prostego i "płaskiego". Padło na eco-torby. Okazały się strzałem w dziesiatkę i tym sposobem moje koty miauczą już w Warszawie i Katowicach, mruczą w Komornikach, przechadzają się po Toruniu i kilku innych miastach. Ten na zdjęciu poniżej jest już własnością Pani Magdy ze Słupska, jutro z samiutkiego rana do niej wyruszy i jeśli wierzyć w solidność Poczty Polskiej, od wtorku będzie swoim przenikliwym, kocim wzrokiem lustrował słupskie ulice ;)

Miauuuu.... ;)))


piątek, 14 października 2011

Czyżby Absolut sobie o mnie przypomniał???

..;)... Akurat dzisiaj? ;) Czy tylko chciał mi, w przypływie dobrego humoru, zrekompensować wczorajszy, niezbyt udany dzień??? No, bo wczoraj, to już totalnie miałam "pod górkę"... Od rana przygoda z NFZ-em. Idę na badania, które mają dać mi odpowiedź na pytanie, nękające od dwóch miesięcy mnie i lekarzy: "ki diabeł we mnie siedzi?", a tu realia pracy przychodni okazują się fundować atrakcje nie mniej stresujące. W ambulatoryjnej poczekalni "czarno" od pacjentów. Po ponad półgodzinnym podpieraniu ściany, załapałam się na miejsce siedzące ;) Radość moja była ogromna, tym bardziej, że -przewidując jakiś czas oczekiwania na spotkanie z igłą- zabrałam z domu "Karpentarię" Alexis Wright. Wprost proporcjonalnie do poziomu zanurzania się w lekturze, wzrastał u mnie poziom frustracji, spowodowany wszelkimi odgłosami "życia" w poczekalni :/ Ta tamtej wlazła w kolejkę. Ten tamtemu zajął krzesło, a przecież wstał tylko na chwilę, żeby zgłębić "newsy" na tablicy informacyjnej! Facet - szczęśliwiec, u którego było już "po wszystkim", najwyraźniej przecenił u siebie "wskaźnik" krzepliwości i... zbyt szybko wyrzuciwszy wacik, siknął krwią na pięknie wypolerowaną posadzkę, doprowadzając nieomal do omdlenia co niektóre, bardziej wrażliwe, pacjentki :/ Dwie panie, siedzące najbliżej mnie, zafundowały mi w skrócie przekrój chorób, na które w zaledwie bieżącym roku, odeszły z tego świata znane im osoby. Ilość imponująca :/ I nawet jeśli nie chcesz słuchać, bo uczono cię, że podsłuchiwać nie wypada, to z odległości zaledwie kilkudziesięciu centymetrów słyszysz wszystko. Nic nie zrobisz - słowa słyszane zabijają słowa czytane :/// Dlatego, kiedy po półtoragodzinnym oczekiwaniu pielęgniarka zanurzyła igłę w moim ciele, odetchnęłam z ulgą... A potem, to już kolejne stresujące sytuacje. Hocki-klocki z receptą na leki dla Dalii. Tym razem wygrałam - 1:0 dla mnie :D... Następnie "ostra jazda" w jednej z galerii internetowych. Uff, jakoś poszło... Wieczorem byłam już taka wypompowana, nabuzowana i zestresowana, że powysyłałam wiadomości nie tam, gdzie trzeba, zapomniałam o przelewie, który koniecznie powinien wczoraj wyjść i padłam wieczorem, jak kawka. A do tego jeszcze ten strach o dzisiejsze wyniki badań...
   Aż tu dzisiaj od rana same miłe niespodzianki ;D Raniutko, przy śniadanku, moi domownicy (wraz z moimi zwierzakami :D) w trybie przyśpieszonym o całe 3 dni, potraktowali mnie imieninowo :D Rodzone córcie obdarowały mamusię pięknymi, prążkowanymi, brązowymi legginsami i sporych rozmiarów pudełkiem czekoladek. Najwyraźniej uznały, że moje nogi są jeszcze całkiem, całkiem ;) Co do czekoladek, to wiadomo - obdarowany musi poczęstować... a raczej "rozczęstować", a pudełeczko szybciutko wyrzucić, coby miejsca niepotrzebnie w domu nie zajmowało. Te 3 dni przed czasem, to też przemyślana strategia. Dla mnie oznacza ona 3 dni ślęczenia w kuchni nad słodkościami ;P Niech i tak będzie! Czyli do poniedziałku włącznie zdobywam sprawność domowego cukiernika. Jutro, na pierwszy ogień idą bułeczki cynamonowe ;) Mniam... Kocham moje dzieci za ich przemyślany podstęp i za mobilizację do czynów kulinarnych ;)
   Druga miła niespodzianka??? Odebrałam wyniki! Jestem zdrowa, jak koń!!! Wszystkie wyniki wprost książkowe! OB - 6!!! Czyli, wszystko wskazuje na to, że "winowajca" został jednak z mojego organizmu usunięty :D Tym sposobem dostałam dzisiaj dwa prezenty imieninowe jeszcze przed czasem. Szczęściara ze mnie ;)
   A za oknem ciągle piękna jesień, chociaż z każdym dniem zimniej, i zimniej, i zimniej... Gdyby nie zieleń mchu, wszystko byłoby brązowo-żółte...



   Zawodowo zakończyłam jednak sezon jesienny i zdecydowanie zmierzam w kierunku świąt. Zainaugurowałam "szmacianymi" choinkami ;)

niedziela, 9 października 2011

Antypolityczna niedziela

Wymiękłam. Pierwszy raz w życiu postąpiłam nieobywatelsko i antypolitycznie. Przeżywając przedwyborczą kołomyję, poczułam się tym wszystkim tak zniesmaczona, skołowana i zawiedziona, że powiedziałam: "pas". Ja, która zawsze mówiłam, że trzeba, że to obywatelski obowiązek itd. Czy czuję się winna zaniedbania? Hmm... Nie ;) Może dlatego, że po ostatnim akcie na naszej scenie politycznej, mogłabym z czystym sumieniem powiedzieć "aktorom" słowami mojej Cyntii: "Panowie, pałka się przegła" :/
Dlatego postanowiłam tę niedzielę przeżyć z dala od polityki. Raniutko wybrałam się na spacer, a że Nuka zdecydowała się dzielnie mi towarzyszyć, pognało nas nad rzekę. Samej pewnie by mi się nie chciało... Jesiennie, kolorowo... Nurt rzeki niesie opadłe do wody liście. Nie wiem, czy ktoś jeszcze tak ma, ale ja zawsze zastanawiam się, gdzie zaczęła się "wodna droga" takiego listka i gdzie się skończy. I czy znajdzie się ktoś, kto dostrzeże ten sam listek, co ja i też się nad tym zastanowi? Uwielbiam włazić w grubą pierzynkę liści, iść tak przed siebie i szurać butami. Suche podskakują w górę, przez chwilę unoszą się na wietrze, by opaść z cichym szelestem kawałek dalej. Mokre przyklejają się do moich glanów i odbywają podróż na gapę. Jedne krótszą, drugie dłuższą... Nawet Nuka lubi grzebać nosem w takich liściach i niczym dzik, zostawia za sobą rozryty szlak :) Dzisiaj też zrobiła coś, czego nigdy nie robiła - pognała w odległe krzaki, wiedziona jakimś odgłosem, czy zapachem. Ptak, czy jakieś inne zwierzę? Trudno było ją przywołać. Zew natury ;) Dwa zdjęcia z naszego porannego spaceru ;)

Reszta dnia pracowita. Postanowiłam w końcu uruchomić moją pierwszą galeryjkę internetową z prostym skryptem sklepowym. Nie jakiś tam wypas. Zarówno ja, jak i moi klienci potrzebujemy czegoś prostego w obsłudze, tym bardziej, że nie mam zamiaru zapełniać "półek" setkami moich prac ;D Myślałam, że szybciej mi to pójdzie, a okazuje się, że wklepanie samych tekstów pochłania sporo czasu. No, ale za ciężką pracę postanowiłam nagrodzić siebie, i przy okazji moich domowych łakomczuchów, czymś prostym a smacznym ;P Padło na focaccię z pomidorami według przepisu z drugiego numeru "Sielskiego Życia". Tak to ładnie, choć prosto wyglądało na zdjęciu w czasopiśmie, że chodziło za mną, i chodziło, i chodziło... od dłuższego czasu. A że dzisiaj mogę już (prawie!) normalnie gryźć prawą stroną, bez obawy, że mi coś wlezie w "zapacykowaną" ranę po stronie lewej... Oj, focaccia była warta i ryzyka "otwarcia rany", i czasu spędzonego w kuchni. Pycha!!! Uwielbiam jedzenie proste, a dobre... A oto i ona ;P
Hmm... Tak sobie przeleciałam dzisiaj szybciutko po blogach i u Kamili zatrzymałam się na dłużej, bo i pooglądałam, i zasłuchałam się w piękny, jesienny utworek... W takim razie ja też podrzucę Wam coś, czego od dooooobrych kilku lat słucham zawsze o tej porze roku. Jak nakręcona! Forever Autumn, ale nie w wykonaniu Justina Haywarda i The Moody Blues. Myślę, że Lake of Tears zrobili z tego metalowe cacko i nikt ich długo nie pobije.
No, to jeszcze na koniec jesienna poducha ;)

sobota, 8 października 2011

Trudne pytania... i jesień za oknem

Dzisiaj ktoś zadał mi pytanie: "co w twoim życiu powodowało lawinę zdarzeń, na które -przynajmniej w początkowym momencie- miałaś wpływ?" W pierwszej chwili pytanie to wydało mi się dziwne i absurdalne zarazem, dlatego zbyłam je milczeniem, rozbawieniem, wzruszeniem ramion, co miało oznaczać: "właściwie, nie wiem". Dopiero później, kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać w ciszy i samotności, nagle zaczęła wyłaniać się odpowiedź: ODWAGA, SZALEŃSTWO I MIŁOŚĆ. Czasami każdy z tych czynników działał samodzielnie, a czasami... wszystkie trzy naraz. Niby takie "absurdale" pytanie, a pozwala wejrzeć człowiekowi w głąb siebie, podsumować coś, co minęło i zastanowić się, ile i jakiego rodzaju takich "lawin zdarzeń" jeszcze przed nim. I który z tych czynników zadziała??? Odwaga? Tej mi nie brakuje. Czasami wydaje mi się, że w najmniej spodziewanych momentach budzi się uśpiony we mnie kamikadze i... niechcący, pcha mnie niejako do drugiego czynnika. Szaleństwo... Tak, to zdecydowanie jeszcze przede mną. Coś, w czym niektórzy dostrzegą szaleństwo, planuję na lato przyszłego roku. Prawdopodobnie początek sierpnia ;)... A trzeci czynnik? Miłość? Zapewne już nie zadziała, bo akurat miłość to coś, w co przestałam wierzyć...
Ach! Chciałam przy okazji podziękować wszystkim, którzy we wtorek trzymali za mnie kciuki ;) Jestem po zabiegu i mam nadzieję, że pozbyłam się głównego "winowajcy" mojego chwiejnego stanu zdrowia i kosmicznych wyników badań :/ Korzeń oczywiście zachwycił wszystkich, stał się niewątpliwie "gwiazdą", oglądaną z każdej strony :D Poza lekkim krwotokiem dwie noce wstecz, obyło się bez domowych komplikacji (jakoś udało mi się go samodzielnie zatamować). Będę żyła! ;D... Za jakiś tydzień kolejne badania. Zobaczymy, jak wypadną wyniki.
...A za oknem jesień, czyli to, co lubię najbardziej. Może dlatego, że wszystko jest takie zielono - brązowe, a zielony i brązowy to moje ulubione kolory? Do tego żółty, czarny, czerwony... Taaaak, zdecydowanie jesienna bestia ze mnie :D... A propos. Kiedyś, będąc u mojej ukochanej klientki, Pani Ani, usłyszałam, że podobno brązowy, to kolor biedy! Hmm... To by w takim razie tłumaczyło, dlaczego przez większość życia bywało u mnie krucho z kasą ;) Ale, czy mi to przeszkadza? Jakoś nigdy nie uzależniałam szczęścia od pieniędzy. Dlatego, jeśli mam wybierać między brązami a kasą, zostaję przy brązach :D
Dobra, koniec gadania... Teraz zaszywam się pod ciepły pledzik. Na stoliczku zielona herbatka z opuncją figową, mała lampka chianti, kawałek domowego murzynka (Cyntia piekła. A co, niech się uczy!), a w ręce, po raz nie wiem który, "Co się wydarzyło w Madison County" R. J. Wallera. Nie wiem dlaczego, ale już tak mam, że każdego roku początek wiosny witam "Odmieńcem" Bodswortha, a początek jesieni - trylogią Wallera. Czyli w najbliższym tygodniu, znów po raz enty, "machnę" jeszcze "Tango na prerii" i "Tysiąc polnych dróg". Taki już ze mnie dziwak... a może... odmieniec??? ;)


Było troszkę o jesieni, to będzie i makatka w temacie. Typowy "primitive country", wymarzony do wiejskiej chałupy ;) Prymitywny w każdym calu, czyli tak, jak powinno być. Sto procent hand made... no, i "dary natury" ponaszywane to tu, to tam...

sobota, 1 października 2011

Zaszalałam !

Może nie dosłownie, ale jednak ;D Dzisiejszej nocy zafundowałam sobie kurs taksóweczką za... Uwaga!!! Dwa i pół tysiąca złotych!!! Szok, prawda? Dla mnie też. Na szczęście tylko we śnie :D
Noc... Wychodzę z pogotowia stomatologicznego w "Victoria Center". Ból całej twarzy, usta pełne tamponów oraz wyraźny smak i zapach krwi wskazują na definitywne pozbycie się mojej słynnej już lewej, górnej ósemki :/ Jestem sama. Staję na skrzyżowaniu Królowej Jadwigi ze Strzelecką i zastanawiam się, co dalej. Nagle od strony Strzeleckiej zmierza w moim kierunku taksówka, więc macham na tyle, na ile starcza mi sił (a nóżki, jak z waty). Biały mercedes zatrzymuje się, padam na tylne siedzenie i słyszę tylko:
-A skąd i dokąd to samotna i drobna kobietka zmierza w tak ponurą i ciemną noc?
Moje dławiąco-gardłowe i bezkształtne słowotwórczo mruczenie skłania kierowcę do zerknięcia, kto zapadł się na tyłach jego taksówki. Po zlustrowaniu mojej obolałej twarzy, facet rzucił okiem na budynek po drugiej stronie ulicy i ze zrozumieniem rzekł:
-Aaaaa, ząbek... Niech się pani nie męczy. Proszę napisać na kartce, dokąd jedziemy.
Piszę więc, przy mdłym świetle samochodowej lampki, na podanej mi kartce cel podróży: "Os. Rzeczypospolitej" i już chcę oddać ją kierowcy, ale w przebłysku świadomości postanawiam doprecyzować: "przy Biedronce"... Facet czyta, ze zrozumieniem kiwając głową. Rusza, skręcając na most Królowej Jadwigi. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymujemy się w potężnym korku. Wszędzie mnóstwo samochodów, wszystkie stoją. Nic nie mówię, bo nie mogę, więc taksówkarz prowadzi monolog, snując domysły na temat zaistniałej sytuacji. W pewnej chwili od strony kierowcy przeciska się policjant na motocyklu, więc facet otwiera okno i pyta o całe zamieszanie. Okazuje się, że na Zamenhofa... prywatny samolot (!) spadł na linię trakcyjną, trwa akcja ratunkowa i cała ulica, od Starołęki do Śródki jest zamknięta. Rataje odcięte od świata. Trzeba czekać. Pieszych też nie przepuszczają... Facet przerywa długie milczenie:
-Zapowiada się kilkugodzinne czekanie. Może się pani prześpi? Jak dojedziemy na miejsce, obudzę Panią.
W sumie jestem tak padnięta, że zasypiam bardzo szybko... Ciekawe, śniło Wam się może kiedyś, że... śnicie? I pamiętacie sen we śnie? No, to mi się śniło, że mi się śniło :D... Spaceruję po lesie, nagle z krzaków z przejmującym piskiem wypada Askan, wyraźnie utykając na przednią łapę. Oglądam ją i między poduszkami dostrzegam sporych rozmiarów drzazgę. Próbuję wyciągnąć, ale ona cały czas tam jest! Ciągnę... 10 centymetrów, 20... 50... Odłamuję po kawałku. Uzbierał się już spory kopczyk, a drzazga cały czas siedzi w łapie!!!
Ze snu budzi mnie głos taksówkarza:
-Pobudka! Jesteśmy na miejscu!
Otwieram oczy, spoglądam za okno... Kurczę, może i jest noc, ciemno, a ja jestem cała obolała i rozespana, ale do jasnej cholery, gdzie ja jestem! Za szybą wszystko obce! Pytam więc z przerażeniem faceta:
-A gdzie my jesteśmy???
-No, kazała się pani zawieźć na Królowej Jadwigi, to jesteśmy na Królowej Jadwigi... Należy się 2660 złotych za kurs.
Czuję, że robi mi się na przemian zimno, gorąco. Jestem mieszaniną bólu, przerażenia, zaskoczenia, frustracji... i nie wiem, czego jeszcze. Wypluwam w chusteczkę "zawartość" moich ust i na tyle, na ile potrafię mówić, bełkotam:
-To jakaś pomyłka. Jechaliśmy z Królowej Jadwigi. Na kartce wyraźnie napisałam: "Os.Rzeczypospolitej". Absurdem byłoby jechać z Królowej Jadwigi na Królowej Jadwigi! Poza tym, to nie jest Królowej Jadwigi, tylko jakieś kompletnie nieznane mi miejsce! I skąd taki rachunek???
Facet, wyraźnie wkurzony, grzebie coś w papierach leżących na stacyjce. Podaje mi kartkę:
-Co tutaj jest napisane?!
-No, Królowej Jadwigi... Ale to nie jest moje pismo! To nie ta kartka! Robi mnie pan w konia! Poza tym, nie zapłacę panu, ponieważ nie mam takiej kasy przy sobie i -w ogóle- uważam, że mnie pan naciąga.
Taksówkarz wskazuje na licznik, na którym wyraźnie, wielkimi cyframi, wyświetla się kwota: 2660,00!!! Moje przerażenie rośnie, tym bardziej, że patrzy na mnie wzrokiem seryjnego mordercy, więc łapię za portfel. O dziwo, w portfelu pliczek banknotów. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam taką gotówkę. Gdybym wiedziała, że mam taką kasę, uciekłabym z domu :))) Liczę... Tysiąc, dwa tysiące, dwa i pół tysiąca... Więcej nie mam. Facet, wyraźnie niezadowolony, pyta:
-A kartą?
-Nie mam. - postanawiam skłamać, mimo wyrzutów sumienia, ale trzeźwo myślę o czymś na "czarną godzinę".
-Moja strata. Niech pani zmiata. Dawno nie miałem takiego pechowego klienta.
Wysiadam. Taksówka odjeżdża w mrok, a ja zostaję zupełnie sama. Obolała, w zupełnie obcym miejscu. Siadam na chodniku i próbuję pozbierać myśli... W lewo, w prawo. Jakaś pusta ulica. Zero ludzi. W zasięgu wzroku potężny wieżowiec. Nie dość, że wysoki, to jeszcze długi. Zaczynam się kręcić w kółko, licząc na to, że może natknę się na jakiegoś nocnego wędrowca, który raczy mi wyjaśnić, gdzie jestem i jak dotrzeć do domu. Dupa - Jasiu. Żywego ducha :/ Komórka! Sięgam do torby. No, tak. Klękła. Wy też tak macie, że we śnie, w 99 przypadkach na 100, komórka nie działa? Kręcę się dalej i myślę intensywnie. Może jakiś bankomat? Może automat telefoniczny? Przed chwilą w tym wieżowcu moje oczy "zarejestrowały" pocztę. Grzebię w portfelu. Kiedyś nosiłam kartę telefoniczną, ale widzę, że nie mam. Pudło! Parę metrów w prawo, parę metrów w lewo... W przód i w tył... Łażę jakimiś dziwnymi podcieniami z jednej strony wieżowca na drugą (zupełnie, jak w naszych "deskach" na Piastowskim). Bez celu i bez sensu... Nagle jakiś nieznaczny hałas, więc gnam w tym kierunku. Z pobliskiej pizzerii wychodzi dziewczyna z chłopakiem i zamykają lokal. Dopadam do nich i pytam, jak mogę dotrzeć stąd na Rzeczypospolitej. Patrzą na mnie dziwnie i robią wielkie oczy. Dziewczyna ze zdziwieniem:
-Tutaj nie ma takiej ulicy.
Mówię im więc, że wsiadłam na Królowej Jadwigi z zamiarem dotarcia do domu, a taksiarz wywiózł mnie tutaj i jeszcze skasował dwa i pół tysiaka! Wywiązuje się rozmowa, z której nic nie wynika. Kiedy jednak mówię, że jestem z Poznania, chłopak chwyta się za głowę. Jedyne słuszne wyjście z sytuacji - dworzec. Dziewczyna doprowadza mnie do narożnika ulicy i tłumaczy:
-Widzi pani tę ulicę? To Sobieskiego...
-Sobieskiego? To jestem na Piątkowie?! - wołam z radością.
- A co to jest Piątkowo?
-No, dzielnica Poznania. Osiedle Sobieskiego...
Patrzy na mnie, jak na zdechłą żabę.
-Nieee. Ulica. Sobieskiego... Skręci pani w lewo, potem na rondzie w prawo i potem jeszcze raz w prawo. Potem prosto do dworca.
Wraca do chłopaka, oglądając się co jakiś czas niepewnie w moją stronę. Pewnie myśli, że szurnięta jestem... Ruszam... Jest, rondo. Już je wcześniej widziałam, tylko od drugiej strony. Teraz w prawo... Dalej żywego ducha. Nawet żaden samochód nie przejeżdża... W nocnej ciszy jakieś popiskiwanie. Zerkam w tę stronę i widzę na samym środku ronda leżącego, dużego psa. Przebiegam na środek. Psiak podnosi się na przednich łapach, ale tyłkiem włóczy po ziemi. Nie wiem, może jakiś samochód go potrącił? Oglądam psa ze wszystkich stron, ale nie ma żadnych śladów po wypadku, żadnych ran ani otarć. Nie zostawię tak biedaka. Zabieram go ze sobą, tylko jak mam go przetransportować na dworzec? W dodatku nie wiem, jak to daleko, a psiak waży z półtora raza tyle, co ja, jak nie więcej. Ciągnę go na chodnik. Piszczy. Idzie nam to opornie, ale efekt jest. Siadam na chodniku, bo zmachałam się totalnie. Chyba od wysiłku zaczyna mi sączyć krew z rany po zębie. Policzek boli, jak cholera. Grzebię w torbie, gdyż lubię targać jakieś różne różności. Może znajdę tabletki? Hmm, aspiryna :/ Dupa, kwas acetylosalicylowy - nie wezmę, bo będę krwawić jeszcze bardziej... Ale, ale... Kurczę, niby psu nie należy podawać aspiryny, ale ten jest bardzo duży; może jedna tabletka mu nie zaszkodzi, a złagodzi ból? Z oporami, ale łyka... Ruszamy w stronę wskazaną przez dziewczynę. Co parę kroków przystanek, bo psiak musi przysiąść na zadku :/ Nagle słyszę jakiś warkot silnika. Samochód! Widzę światła, więc wybiegam na jezdnię i macham, jak oszalała. Uff, zatrzymał się. Proszę faceta, aby podrzucił mnie na dworzec, bo nie wiem, gdzie to jest, zgubiłam się gdzieś i nie wiem, gdzie. Mam jeszcze chorego psa. Nie jest mój, ale nie zostawię go na ulicy... Facetowi chyba nie bardzo to pasuje, ale w końcu "ugina" się:
-Pani mi pomoże go zapakować na tylne siedzenie. Ale jak nabrudzi, zapłaci pani za pranie tapicerki :/
Hmm... Facet jeszcze nie wie, że nie mam kasy i nie zapłacę mu nawet za podwiezienie. Robi to charytatywnie ;/ Siadam obok kierowcy, pies z tyłu. Ruszamy... Teraz dopiero zaczynam myśleć. Kurczę, za bilety na pociąg będę musiała zapłacić kartą. A jak się okaże, że nie mam środków? Ja i pies jedziemy na gapę. Najgorsze, że nie wiem, jak daleko mam do domu :/ Co to za miasto? Szczecin, Wrocław, Lublin, Łódź, Białystok... Cholera, gdzie ja jestem?!
Z zamyślenia wyrywa mnie potężny hałas pędzącego motocykla. Jedzie tuż za nami i nagle, po wyminięciu auta, zawraca, "kładąc" się i blokując nam drogę. Mój "wybawca" za kierownicą ledwie zdążył zahamować. Siedzę, jak sparaliżowana, bo nagle... i ten Harley, i ten motocyklista... Ta ramoneska, ten kask, te spodnie, te buty... Sebastian!!! Podbiega, otwiera moje drzwi i szarpie mnie za rękę:
-Wysiadaj! I to już!
-Matko! Sebastian! Co tu robisz???!!! Ja chcę wracać do domu. Nie wiem, gdzie jestem. Mam chorego, obcego psa. Wyrwany ząb. Strasznie boli. Chyba nawet mam gorączkę. Proszę, pomóż mi! Ale nie wysiądę, chcę na dworzec...
-Wysiadaj, powiedziałem! Usiądź z psem na pierwszej ławce i czekaj do rana!
-Nie wysiądę!
Szarpiemy się tak dłuższą chwilę. Facet obok wrzeszczy, że mu drzwi urwiemy. Pies zaczyna głośno szczekać.
-Małgorzata, k... mać, chociaż raz mnie posłuchaj! Wysiadaj, ale już!!!
Ups! "Małgorzata"! Skoro tak do mnie mówi, to nie przelewki, ale nie widzę w tym sensu... Nagle czuję, że z dziury po zębie zaczyna mocno sączyć. Smak krwi...
Obudziłam się...
Taaaa, wiem, skąd ten sen :/ We wtorek czeka na mnie miejsce na chirurgii szczękowej w szpitalu wojskowym :/ Lewa górna ósemka ;/ Boję się, jak cholera, zważywszy na to, że po przodkach odziedziczyłam korzonki w ząbkach takie, a nie inne... I wiem, dlaczego pogotowie stomatologiczne w "Victoria Center". To tam pewiem pan stomatolog, po usunięciu mi zęba, zamiast zainteresować się moim stanem, oglądał z zachwytem korzeń mojej szóstki :/ Już nigdy więcej tam nie zawitam. Amen... A tak w ogóle, we wtorek trzymajcie za mnie kciuki ;D


Zakochana niezmiennie w kolekcjach Iana Mosh'a, tworzę kolejne chusty ;) Inspiracja na pół życia... Ta chusta (baaardzo duża) została sprzedana i pojechała do Warszawy.

czwartek, 29 września 2011

O narodzinach, które cieszą... i rozstaniach, które bolą...

Wczoraj Grey Wolf napisał na swoim blogu o odejściu Saby. Wiedziałam, że kiedyś będzie musiał to zrobić. Będzie musiał napisać coś w stylu: "już nigdy więcej nie.........." :(  Wiem, jak cierpiał i jak nadal cierpi, ponieważ poniekąd uczestniczyłam (co prawda na odległość) w ostatnich godzinach Jej życia i w pierwszych dniach po odejściu. Jego najwierniejszy Przyjaciel... I nieważne, że to... hmm... tylko pies. To AŻ Przyjaciel! Lojalny, kochający bezwarunkowo... Często zastanawiam się, jak to jest, że nikt tych naszych zwierzaków nie uczy, co to przyjaźń, miłość, a jednak nam to dają. Tak od siebie, nie żądając nic w zamian. My natomiast, wciskamy dzieciom od małego wszelkie możliwe zasady moralne, górnolotnie recytujemy: "kochaj bliźniego swego, jak siebie samego"... nie rań, nie krzywdź, wspieraj, pomagaj... A jednak w pędzącej rzeczywistości to wszystko gdzieś się rozmywa, traci na wartości. Każdy z nas wpada w mniejszą lub większą pułapkę egoizmu i kiwając głową, powtarza niczym ten osioł ze Shreka: "Ja... ja... ja... ja..." Hmm... Człowiek. Niby stojący na szczycie ziemskiej inteligencji, tak wiele mógłby jeszcze nauczyć się od zwierząt. Gdyby tylko chciał...
A Grey Wolf nie ma czasu na żałobę. Tak niedawno cieszył się z narodzin szczeniaków i teraz musi stać się dla nich całym światem - czułą matką, mądrym wychowawcą, odpowiedzialnym opiekunem... Póki co powtarza, że jest świetną nianią ;) Proszę Was, wspierajcie go duchowo, bo wychować piątkę takich małych urwisów, to praca na pełen etat. Myślę jednak, że będziemy mieli wszyscy wiele radości w przyglądaniu się, jak maluchy zdrowo rosną ;)

Art Quilt Necklace. Bardzo romantyczna, patchworkowa, pastelowa, duża kolia wykonana w stu procentach ręcznie. Misternie, gęsto drapowana na lnie. Wszystkie użyte tkaniny zostały wcześniej w specjalny sposób "sprane" w celu uzyskania wystrzępionej, skołtunionej faktury. Dodatkowo ozdobiona ręcznie naszytymi perełkami, paciorkami, ozdobnymi, pięknymi guzikami i atłasowymi kokardkami. Wiązanie z białej koronki z naszytą pośrodku wstążką. Od spodu podszyta ręcznie białą podszewką. Wymiary: szer. - 33 cm; wys. - 27 cm (pośrodku 16 cm)... Gratka dla koneserek odważnych, unikatowych dodatków... Efekt mrówczej pracy ;))) Pojedynczy egzemplarz.

niedziela, 11 września 2011

Wiejsko-leśnie czyli jak to na ranczu bywa ;)

Co budzi domowników w niedzielę nad ranem, na zacisznym ranczu gdzieś pod lasem??? Słucham propozycji... Ktoś powiedział: "kogut"??? Pudło!!! Pobudkę funduje jakiś wybitnie upierdliwy komar, zapewniając niezbyt miłe dla ucha atrakcje każdemu z osobna, nie oszczędzając psa i kota. Praktycznie to jedyny minus. Psikamy się wieczorem przed snem jakimś cudem w rodzaju "Off", ale albo cudo mało skuteczne, albo komarzyska odporne. Dalia w nocy poddała się i ubrała bluzę, naciągając kaptur głęboko na głowę. Robin W Kapturze :))) Na niewiele to się zdało - rano i tak obudziła się upstrzona kilkoma bąblami...
A wracając do koguta... Dziwne, ale zawsze ranek na wsi kojarzył mi się z przeciągłym pianiem, a tu cisza. Zasada numer jeden - kiedy zamieszkasz na wsi, powinieneś przysposobić koguta :D  W sumie cisza nie jest tutaj pewnikiem. Jeśli na drodze przed domem jakimś cudem pojawi się pojazd posiadający koła ze szprychami, następuje "atak" Askana na parapet i szczekanie słyszalne prawdopodobnie w sąsiedniej wsi :/ Kochany Askuś bowiem nie toleruje takowych, obszczekując namiętnie zarówno rowery jak i wózki dziecięce. Nuka odwrotnie- od czasu, kiedy w "dzieciństwie" miała bliskie spotkanie trzeciego stopnia z rowerem, jeszcze na gnieźnieńskiej Wenecji, milcząco i ze strachem omija takie pojazdy szerokim łukiem...
Poza tymi psimi hałasami - ogólnie cisza. Od czasu do czasu cichutko zamiauczy Bobo, ranczowy kot. Gdzieś w trawie odezwie się konik polny, jakiś ptak przeleci nad domem. Nie słychać nawet koni u najbliższego sąsiada. Spokój... Łapiemy się na tym, że czas biegnie tutaj inaczej, a my nie korzystamy z zegarka. W sumie każdy zegar w domu pokazuje inną godzinę, więc jakie to ma znaczenie? :D Tutaj życie i czas wyznacza natura. Jemy nie o jakiejś konkretnej godzinie, jak to bywa w mieście, ale wtedy, gdy głód da o sobie znać. Nawet Cyntia, główny użytkownik domowej, miejskiej lodówki, tutaj stwierdza ze zdziwieniem, że zagląda do niej bardzo rzadko :D... Jakoś łatwiej okiełznać czas, łatwiej się zorganizować. Jakby doba była o połowę dłuższa (chociaż dla mnie zawsze będzie za krótka :D). Czasami można wygospodarować czas na popołudniową drzemkę, co w mieście uważałam za jego marnowanie ;) W sumie każdy tubylec, którego przywiało tutaj z miasta twierdzi, że początkowo to miejsce działa tak sennie na wszystkich. Najpierw musisz się wyspać, by potem móc działać z nieprawdopodobną energią ;)... To tyle na dzisiaj o "odgłosach"  rancza pod lasem. Następnym razem będzie o tym, co działa tutaj na kolejny zmysł - wzrok ;)
Z moich prac patchworkowych wrzucam dzisiaj quilt uszyty na przełomie czerwca i lipca. Mój osobisty "rekord świata" - uszyłam go w... trzy tygodnie! Pracowałam po kilkanaście godzin na dobę. Praktycznie - praca, sen i jedzenie. Bywały dni, że nie wychodziłam nawet z psem. Uszyty na zlecenie Pani Renaty - człowieka tak wspaniałego, ciepłego i wrażliwego, że mogę tylko podziękować Absolutowi za możliwość spotkania kogoś takiego na mojej drodze.
Quilt uszyty w stu procentach ręcznie! Wszystkie naszywane aplikacje, cały quilting, haft, podszywana lamówka - wszystko ręcznie :D Wewnętrzne panele są symbolicznymi wspomnieniami ;)... Quilt kolekcjonerski, posiada wyhaftowaną ręcznie sygnaturę o treści: MADE BY SHAYNEEN   JUN / JUL 2011 i bardzo osobistą sentencję. Pojechał do Moskwy.