piątek, 14 stycznia 2011

"Ławeczka Miłości, Wspomnień i Ważnych Decyzji"

Dla Grey Wolfa, Rhianone, Kasi z Bydgoszczy i kilku innych osób, które "poganiały" mnie i... mobilizowały do opowieści o ławeczce i skwerku ;)...
    
     Są takie miejsca, które z różnych przyczyn stają się dla nas ważne. Wracamy do nich fizycznie lub tylko pamięcią (jeśli powrót "fizyczny" nie jest możliwy)... i trwamy w nich. Sami lub w czyimś towarzystwie... Jeśli jednak to NASZE miejsce okazuje się być miejscem ważnym również dla innych osób, czujemy, że jest w nim jakaś "magia", która przyciąga... i  łączy nas. Nie tylko z tym miejscem, ale także z TYMI ludźmi... I tak chyba jest właśnie z tą ławką... i z tym skwerkiem. Rhianone napisała kiedyś, że to NASZE miejsce znajduje się "rzut beretem od Rynku" :) Istotnie... Obok kościoła i klasztoru franciszkanów... Kiedyś przechodziłam tamtędy wielokrotnie, jednakże nie czułam jakiejgoś specjalnego "przyciągania". Aż nastał taki dzień... letni, upalny... kiedy ta ławka i ten skwer, wtargnęły w moje życie. Wtargnęły wraz z miłością wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewałam. Od tamtego letniego dnia, za każdym razem, kiedy jestem w okolicy, idę przysiąść na ławce choć na chwilkę... Okazuje się jednak, że są osoby, które siadają na tej ławce codziennie, od wielu, wielu lat i właśnie o nich przede wszystkim chcę Wam opowiedzieć. Tym bardziej, że ich historia jest niesamowita... Chcecie wiedzieć, jak zostałam w nią wtajemniczona??? No, to zaczynamy ;)
     Był to jakoś w połowie października. Miałam sporo spraw do pozałatwiania na Głogowskiej, więc rozpoczęłam moją pieszą wędrówkę od skrzyżowania Głogowskiej z Hetmańską. Potem Mostem Dworcowym na Wierzbięcice, do "Bławatka", gdzie nie znalazłam tego, czego potrzebowałam i kobitki mi podsunęły pomysł, żeby wpaść na Zamkową. Znów pieszo przez Ratajczaka i Plac Wolności... Kto zna Poznań, ten wie, ile kilometrów miałam już w nogach :/ Przechodząc więc koło klasztoru, klapnęłam sobie na tej mojej ławeczce... Ciężkie to były dni w moim życiu. Pełne przejmującego smutku. Takiego zawieszenia, na zasadzie: "No, i co teraz?", "No, i co dalej?"... Nawet mi się łezki pokulały... Siedzę tak sobie i widzę, że od strony ulicy Ludgardy tupta przygarbiony staruszek. W jednej ręce laska, w drugiej smycz, kończąca się jamnikiem :) Przystanął naprzeciwko mnie i przez chwilę mi się przyglądał. Początkowo pomyślałam, że jego uwagę przykuły moje łzy i zrobiło mi się trochę głupio. On jednak uśmiechnął się łagodnie i mówi:
- Dziecko, zajęłaś moją ławkę.
Rozbawiło mnie to i zaintrygowało jednocześnie. Wskazał ręką na miejsce obok mnie, z pytającym wzrokiem, sam sobie przyzwalając na to, żeby klapnąć. Chwilę siedzieliśmy w milczeniu, wpatrując się w skwerek przed nami. Jamnik ułożył się wygodnie pod ławeczką (później okazało się, że to Maks. A może Max? ;D)... Właściwie, chciałam już odejść, gdy staruszek przerwał milczenie:
- Wiesz, dziecko, że ja też kiedyś płakałem na tej ławce?
...I wtedy zaczął opowiadać, że te ławki przez lata się zmieniały, skwer przerabiano, rozkopywano, bruk wymieniano... Ale ławka zawsze stała w tym miejscu... A Pan?
Dawno temu był wybitnym specjalistą - inżynierem. W czasach, gdy inni mogli tylko pomarzyć o wycieczkach nawet do byłej NRD, on jeździł w delegacje po całym świecie. W Poznaniu zostawała żona z synkiem. Już wtedy, kiedy tylko był w mieście, przychodził z rodziną na skwer i pierwsza ławka z brzegu była "ich" ławeczką... Mówił mi, że w trakcie długich wyjazdów tęsknił za żoną i synem, ale był młody (i -jak to podkreślił- głupi :P), lubił towarzystwo i przyszedł taki moment, że zaczął sobie "umilać" rozłąkę z młodą sekretarką, pracującą w jego firmie (też Polką). Sprawy zaszły tak daleko, że po powrocie do kraju postanowił wziąć rozwód. Opowiadał mi, że po wyjściu z sali sądowej, powiedział żonie (już byłej) tak przykre słowa, których do dzisiaj żałuje. No, ale wtedy co innego było dla niego ważne... Z nową żoną wylądował po jakimś czasie w Stanach. Urodził się syn. Początkowo dość dobrze im się powodziło, ale zagmatwali się w jakiś głupi kredyt na dom, z którym nie mogli sobie poradzić. Żona jednak nie chciała zrezygnować z domu, na rzecz gorszego. Ciągłe pretensje, wygórowane wymagania. Zaczęli się od siebie oddalać. Mówił, że któregoś poranka, tuż po przebudzeniu, dostał jakiegoś nagłego przebłysku - zdał sobie sprawę, że jego była żona nigdy by tak w podobnej sytuacji nie postąpiła. Co ciekawsze, dotarło do niego, że tak naprawdę, to pierwsza żona była jego ideałem kobiety, że wpakował się w jakąś "pomyłkę", na której najbardziej musiały ucierpieć dzieci... Rozwód, który z jednej strony pomógł im "rozwiązać" sprawę zadłużonego domu, podział majątku... Druga (była) żona została z synem w Stanach (gdzie mieszka do dzisiaj), a on wrócił do Polski, co wcale nie było łatwe, zważywszy na ówczesną "władzę" w Polsce :/ Wynajął jakieś mieszkanko, po ciężkich trudach, mimo specjalistycznego wykształcenia, znalazł pracę (piętno "powracającego z Ameryki" :/). Zaczął odwiedzać syna. Niestety, to na czym mu zależało, czyli ponowne wkupienie się w łaski pierwszej żony, spaliło na panewce, ponieważ żona już miała innego partnera... On jednak nie dawał za wygraną - postanowił, że odzyska żonę... Opowiadał mi, że od dnia powrotu do Poznania, codziennie chodził na skwer koło kościoła, ponieważ żona ciągle przychodziła tam z psem (ze wszystkimi psami zawsze tam przychodzili, a przewinęło się ich sporo). Siadał na jakiejś oddalonej ławce, przyglądał się... i zawsze go "bolał" mężczyzna u boku byłej żony. A ona, jakby nigdy nic, nie zwracała na niego uwagi... Czemu akurat się nie dziwię :/... Zaczął przechodzić poważną depresję, która pogłębiła się, kiedy na budowie, którą kierował, wydarzył się wypadek - zginął człowiek. Prokurator, rozprawa za rozprawą. Kara i pozbycie się pracy... Nikt nie chciał go przyjąć do innej. Kolejne piętno... Wpadł w alkoholizm i staczał się, i staczał, i staczał... Stracił mieszkanie. Wylądował w jakiejś melince... Była żona, zważywszy na jego stan, zabroniła mu się spotykać z synem... Ale na skwerek codziennie przychodził... Mijały kolejne miesiące... Któregoś dnia, zimą, żona nie zjawiła się z pieskiem na skwerze. Jeden dzień, drugi, trzeci... Zaczął się niepokoić... Wiedział, że do jej domu nie ma po co iść... Postanowił sobie, w swym "pijackim" rozumie, że tak długo będzie siedział na ławce, aż żona przyjdzie... albo on zamarznie. "Dogrzewał" się oczywiście alkoholem :/ Bodajże drugiego dnia, ówczesna jeszcze milicja, zwinęła go na izbę wytrzeźwień, ale gdy go wypuścili, znów wrócił na ławeczkę. Jacyś litościwi ludzie podrzucali mu jedzenie. Po kolejnym dniu był tak wyczerpany i przemarznięty, że stracił przytomność i zabrano go do szpitala... Nie pamiętał, jak długo leżał w szpitalu, ale któregoś dnia obudził się rano, a obok jego łóżka, na krześle siedziała... jego ukochana była żona. Okazało się, że ona też spędziła ileś dni w szpitalu, dlatego nie przychodziła z psem na skwer, a kiedy już się tam zjawiła, okoliczni mieszkańcy opowiedzieli jej o byłym mężu - pijaczku i jego "przygodach" na ławce. Odwiedzała go codziennie w szpitalu... i tak już razem zostali... Do dzisiaj... Na szczęście żona z tamtym facetem nie miała ślubu, a i tak nie układało im się kryształowo... Trwają w tej swojej trudnej miłości do dzisiaj, mimo, iż życie nie oszczędziło im kolejnej tragedii - w wypadku zginął ich syn (ale odwiedza ich czasami drugi syn tego Pana, przyjeżdżając ze Stanów). Codziennie, chociaż na chwilę, przysiadają na tej "magicznej" ławeczce. Bez względu na pogodę, bez względu na porę roku, bez względu na dzień tygodnia... Pan nawet zażartował, że jedna mocno załamana deska, osiągnęła taki stan, ponieważ została wysiedziana ich pupami :) Ten dzień, w którym go na tej ławce spotkałam, był kolejnym dniem, kiedy siadał na niej bez żony. Była wtedy w sanatorium, w Ludwikowie, po przebytym poważnym zapaleniu płuc. Opowiadał mi, jak bardzo za nią tęskni... Jak wychodzi codziennie z Maksem, żeby zjeść obiad w knajpce na Stary Rynku (nawet Maks zyskał wstęp! :D), bo obiady w domu, w samotności mu nie smakują... Kiedy już zakończył tę swoją opowieść, zaporoponowałam, żeby napisał o tym książkę, bo przecież ta cała jego historia jest niesamowita! Zaśmiał się wtedy głośno, tak dźwięcznie, tak młodo, jakby miał ponownie ze dwadzieścia lat i powiedział:
- Dziecko drogie, ja nigdy nie umiałem pisać, ale jeśli chcesz, możesz napisać o tym całe tomisko... I przychodź na tę ławkę, bo jak my z moją żoną pomrzemy, to kto będzie o niej pamiętał i kto będzie na niej siadał?
Więc tym wpisem niejako opowiadam Wam historię tego niezwykłego Pana, tej niezwykłej ławeczki... Przykro mi tylko, że nie jest to "całe tomisko" :)... Od tego dnia "odwiedzałam" tę ławkę wielokrotnie, chociaż  ponownie nie udało mi się już spotkać tego Pana. Wiem jednak, że przychodzi tam cały czas ze swoją żoną i Maksem. Wytropiłam kilka razy w śniegu ślady męskich i damskich butów, dziurki po lasce i ślady psich łap pod ławką... a tropicielem jestem świetnym :) Poza tym wszystkie pozostałe ławki były cały czas totalnie zasypane śniegiem, a ta jedna miała jako takie "dojście" i... lekko wysiedziany śnieg na deskach :)...  Któregoś mroźnego dnia, kiedy cały czas padał gęsty śnieg, przechodziłam tamtędy. Ławka była nieźle przysypana; najwyraźniej stali bywalcy jeszcze tego dnia jej nie odwiedzili. Zaczęłam odgarniać dłońmi śnieg z desek. Zauważył to facet posypujący czymś sąsiadujący ze skwerkiem chodnik. Przyglądał mi się z niedowierzaniem, robiąc oczy wielkości półdolarówki :) W pewnym momencie pyta:
- Co pani robi???
- Odgarniam.
- Ma pani zamiar tutaj siedzieć??? W taki mróz???
Wytłumaczyłam mu, że przysiądę tylko na minutkę, ale w ciągu dnia na pewno przyjdzie tutaj dwoje staruszków z psem i oni też zechcą usiąść. Patrzył na mnie, jakbym była jakaś nie teges, ale widząc, że nie żartuję, kazał mi przestać i chwilę poczekać. Patrzę, a on po chwili niesie jakąś szufelkę i odgarnia śnieg z ławki i kawałek dojścia. No, to mu w trakcie tej roboty napomknęłam coś więcej o tych staruszkach. Po skończonej pracy nawet ze mną na chwilę razem przycupnął :) Kiedy odchodziłam, krzyknął za mną, że nie mam się martwić - on codziennie odśnieży chociaż kawałek ławeczki... przynajmniej tak długo, jak długo będzie miał "przydzielony" ten teren... Nie mogłam sprawdzić, czy dotrzymał słowa, ponieważ między Świętami a Sylwestrem nie miałam czasu, by tam zajść, natomiast kilka dni temu, gdy tamtędy przechodziłam, nastała odwilż i śniegu już nie było... Ale to chyba kolejny dowód na to, że ławka ta wyzwala w ludziach pokłady empatii, sympatii, miłości... samych pozytywnych emocji...
     Magiczna ławeczka... Czym jest dla mnie???
     Siedziałam na niej w upalny, letni dzień, wypełniona szczęściem i miłością, czując, że dzieje się w moim życiu coś ważnego... Coś, na co być może nie byłam przygotowana, ale co pozwoliło mi dostrzec rzeczy i sprawy, o których nie miałam pojęcia, dodając mi jednocześnie skrzydeł i energii do zmierzenia się z rzeczywistością, która -tak mi się wtedy wydawało- miała nastąpić. W ten upalny dzień, na tej ławce, odkryłam nowe znaczenie słowa: "RAZEM"...
     Siedziałam na tej ławce z początkiem jesieni, kiedy sprawy w moim domu przybrały kiepski obrót. Chodziłam zmartwiona moim tatą, niewyspana... Dodatkowo robiłam kurs w Akademii Fotografii na Starym Rynku... Któregoś dnia byłam taka "chodząca na rzęsach", że wyszłam z kubkiem kawy, by chociaż na chwilę przysiąść na ławce i -wspominając cudowne chwile- poukładać sobie wszystko w głowie. Wtedy chyba podjęłam najważniejsze decyzje w moim życiu (okazało się - niepotrzebnie). Wszystko we mnie krzyczało: "TAK! TAK! TAK!", a ja odkryłam w sobie odwagę, determinację, zdecydowanie i siły do działania, o jakie siebie dotychczas nie podejrzewałam... Tamtego dnia przegonił mnie z ławki delikatny, jesienny deszczyk...
     Siedziałam na niej w samym sercu jesieni, kiedy skwetek przybrał barwy nostalgii, zadumania... I ja też byłam taka... jesienna... Smutna, zadumana, płacząca... Miałam wrażenie, że wszystko we mnie opada, jak liście z drzew... Późnojesiennie...
     Siedziałam na tej ławce, kiedy chwyciły pierwsze, łagodne mrozy i prószył pierwszy śnieg... I we mnie wszystko "zamarzło"... To, co buchało żarem, pokryło się grubą warstwą lodu... Gdzieś tam w środku jest, bo wiem, że jest - nie będę się oszukiwać, ale dookoła gruba, zbita, popękana warstwa lodu...
     Siedziałam w mrozie... I we mnie mróz... Wewnątrz komenda: "Uśpij serce. Włącz rozum. Rób to, co musisz. Precyzyjnie. Przegrupuj hierarchię spraw ważnych. Zajmij się czymś, żeby nie myśleć... Dzieci... Praca... Zwierzęta... Poszukiwania przyszłego domu... Od czasu do czasu przerywane wypadem z przyjaciółmi na imprezkę bluesową lub herbatę z cynamonem"...
     A co się stanie, gdy usiądę na magicznej ławeczce wiosną, kiedy promienie wiosennego słońca ogrzeją moją twarz? ;)... Zagadka... :)

     Gdzieś tam wiele, wiele wpisów wstecz, zamieściłam zdjęcie ławki, które postanowiłam przerobić na quilt. Przez wiele tygodni, krok po kroku, "rozbijałam" zdjęcie w programie komputerowym, projektując przyszłe "dzieło". Kiedy skończyłam, kazałam programowi wyliczyć liczbę kawałków, z których to powstanie. Wyszło 1000... Nie 999, nie 1001 - a równe 1000 :))) Roześmiałam się... sama do siebie... :)

Dzisiaj będzie skromnie. Poduszka bardzo stonowana w wyrazie. Surowa. Sprzedana... Wczoraj "poleciała" gdzieś daleko samolotem, ale nie śmiałam pytać, dokąd. Ma być prezentem :)

2 komentarze:

  1. nom każdy sobie jakoś gmatwa losy..i udaje przed sobą, że jest dobrze jak jest źle..
    więcej na razie nie mogę nic napisać, bo mam przed oczami widok zdziwionego psa w ostatnim momencie życia na przejeździe kolejowym, na widok wyłaniających się nagle świateł lokomotywy :/

    OdpowiedzUsuń
  2. a dziś był reportaż w TV o podobnej ławce w Gdańsku :)
    a podusia przypomina Bobra ;)

    OdpowiedzUsuń