niedziela, 9 października 2011

Antypolityczna niedziela

Wymiękłam. Pierwszy raz w życiu postąpiłam nieobywatelsko i antypolitycznie. Przeżywając przedwyborczą kołomyję, poczułam się tym wszystkim tak zniesmaczona, skołowana i zawiedziona, że powiedziałam: "pas". Ja, która zawsze mówiłam, że trzeba, że to obywatelski obowiązek itd. Czy czuję się winna zaniedbania? Hmm... Nie ;) Może dlatego, że po ostatnim akcie na naszej scenie politycznej, mogłabym z czystym sumieniem powiedzieć "aktorom" słowami mojej Cyntii: "Panowie, pałka się przegła" :/
Dlatego postanowiłam tę niedzielę przeżyć z dala od polityki. Raniutko wybrałam się na spacer, a że Nuka zdecydowała się dzielnie mi towarzyszyć, pognało nas nad rzekę. Samej pewnie by mi się nie chciało... Jesiennie, kolorowo... Nurt rzeki niesie opadłe do wody liście. Nie wiem, czy ktoś jeszcze tak ma, ale ja zawsze zastanawiam się, gdzie zaczęła się "wodna droga" takiego listka i gdzie się skończy. I czy znajdzie się ktoś, kto dostrzeże ten sam listek, co ja i też się nad tym zastanowi? Uwielbiam włazić w grubą pierzynkę liści, iść tak przed siebie i szurać butami. Suche podskakują w górę, przez chwilę unoszą się na wietrze, by opaść z cichym szelestem kawałek dalej. Mokre przyklejają się do moich glanów i odbywają podróż na gapę. Jedne krótszą, drugie dłuższą... Nawet Nuka lubi grzebać nosem w takich liściach i niczym dzik, zostawia za sobą rozryty szlak :) Dzisiaj też zrobiła coś, czego nigdy nie robiła - pognała w odległe krzaki, wiedziona jakimś odgłosem, czy zapachem. Ptak, czy jakieś inne zwierzę? Trudno było ją przywołać. Zew natury ;) Dwa zdjęcia z naszego porannego spaceru ;)

Reszta dnia pracowita. Postanowiłam w końcu uruchomić moją pierwszą galeryjkę internetową z prostym skryptem sklepowym. Nie jakiś tam wypas. Zarówno ja, jak i moi klienci potrzebujemy czegoś prostego w obsłudze, tym bardziej, że nie mam zamiaru zapełniać "półek" setkami moich prac ;D Myślałam, że szybciej mi to pójdzie, a okazuje się, że wklepanie samych tekstów pochłania sporo czasu. No, ale za ciężką pracę postanowiłam nagrodzić siebie, i przy okazji moich domowych łakomczuchów, czymś prostym a smacznym ;P Padło na focaccię z pomidorami według przepisu z drugiego numeru "Sielskiego Życia". Tak to ładnie, choć prosto wyglądało na zdjęciu w czasopiśmie, że chodziło za mną, i chodziło, i chodziło... od dłuższego czasu. A że dzisiaj mogę już (prawie!) normalnie gryźć prawą stroną, bez obawy, że mi coś wlezie w "zapacykowaną" ranę po stronie lewej... Oj, focaccia była warta i ryzyka "otwarcia rany", i czasu spędzonego w kuchni. Pycha!!! Uwielbiam jedzenie proste, a dobre... A oto i ona ;P
Hmm... Tak sobie przeleciałam dzisiaj szybciutko po blogach i u Kamili zatrzymałam się na dłużej, bo i pooglądałam, i zasłuchałam się w piękny, jesienny utworek... W takim razie ja też podrzucę Wam coś, czego od dooooobrych kilku lat słucham zawsze o tej porze roku. Jak nakręcona! Forever Autumn, ale nie w wykonaniu Justina Haywarda i The Moody Blues. Myślę, że Lake of Tears zrobili z tego metalowe cacko i nikt ich długo nie pobije.
No, to jeszcze na koniec jesienna poducha ;)

3 komentarze:

  1. no, razem pisaliśmy..ja za to sadziłem młode sosenki, potem jako słupki do ogrodzenia będą..zamiast ścinanych i gnijących po paru latach..wybierają tych co im podsuną..a i tak nic się nie zmieni..chyba żeby rozgonić to całe towarzystwo wzajemnej adoracji..
    listki potem opadną na dno, będzie więcej mułu ;)..a ten chlebek to coś jak pizza :)

    OdpowiedzUsuń
  2. zadroszczę Ci tego spokoju ducha. jak Ty to robisz? gdzie go znajdujesz? ja jestem ciągle zdenerwowana codzinna gonitwą, nawet jesień mnie nie cieszy.

    OdpowiedzUsuń
  3. ja mam buty brązowe, spodnie, kamizelkę, kurtkę, kapelusz :)..i wszystko brązowe ;)..wczoraj był dzień zwierzaczków..zapaliłem Sabie lampkę :(..
    Palikot teraz zrobi dobrze :)

    OdpowiedzUsuń