piątek, 14 października 2011

Czyżby Absolut sobie o mnie przypomniał???

..;)... Akurat dzisiaj? ;) Czy tylko chciał mi, w przypływie dobrego humoru, zrekompensować wczorajszy, niezbyt udany dzień??? No, bo wczoraj, to już totalnie miałam "pod górkę"... Od rana przygoda z NFZ-em. Idę na badania, które mają dać mi odpowiedź na pytanie, nękające od dwóch miesięcy mnie i lekarzy: "ki diabeł we mnie siedzi?", a tu realia pracy przychodni okazują się fundować atrakcje nie mniej stresujące. W ambulatoryjnej poczekalni "czarno" od pacjentów. Po ponad półgodzinnym podpieraniu ściany, załapałam się na miejsce siedzące ;) Radość moja była ogromna, tym bardziej, że -przewidując jakiś czas oczekiwania na spotkanie z igłą- zabrałam z domu "Karpentarię" Alexis Wright. Wprost proporcjonalnie do poziomu zanurzania się w lekturze, wzrastał u mnie poziom frustracji, spowodowany wszelkimi odgłosami "życia" w poczekalni :/ Ta tamtej wlazła w kolejkę. Ten tamtemu zajął krzesło, a przecież wstał tylko na chwilę, żeby zgłębić "newsy" na tablicy informacyjnej! Facet - szczęśliwiec, u którego było już "po wszystkim", najwyraźniej przecenił u siebie "wskaźnik" krzepliwości i... zbyt szybko wyrzuciwszy wacik, siknął krwią na pięknie wypolerowaną posadzkę, doprowadzając nieomal do omdlenia co niektóre, bardziej wrażliwe, pacjentki :/ Dwie panie, siedzące najbliżej mnie, zafundowały mi w skrócie przekrój chorób, na które w zaledwie bieżącym roku, odeszły z tego świata znane im osoby. Ilość imponująca :/ I nawet jeśli nie chcesz słuchać, bo uczono cię, że podsłuchiwać nie wypada, to z odległości zaledwie kilkudziesięciu centymetrów słyszysz wszystko. Nic nie zrobisz - słowa słyszane zabijają słowa czytane :/// Dlatego, kiedy po półtoragodzinnym oczekiwaniu pielęgniarka zanurzyła igłę w moim ciele, odetchnęłam z ulgą... A potem, to już kolejne stresujące sytuacje. Hocki-klocki z receptą na leki dla Dalii. Tym razem wygrałam - 1:0 dla mnie :D... Następnie "ostra jazda" w jednej z galerii internetowych. Uff, jakoś poszło... Wieczorem byłam już taka wypompowana, nabuzowana i zestresowana, że powysyłałam wiadomości nie tam, gdzie trzeba, zapomniałam o przelewie, który koniecznie powinien wczoraj wyjść i padłam wieczorem, jak kawka. A do tego jeszcze ten strach o dzisiejsze wyniki badań...
   Aż tu dzisiaj od rana same miłe niespodzianki ;D Raniutko, przy śniadanku, moi domownicy (wraz z moimi zwierzakami :D) w trybie przyśpieszonym o całe 3 dni, potraktowali mnie imieninowo :D Rodzone córcie obdarowały mamusię pięknymi, prążkowanymi, brązowymi legginsami i sporych rozmiarów pudełkiem czekoladek. Najwyraźniej uznały, że moje nogi są jeszcze całkiem, całkiem ;) Co do czekoladek, to wiadomo - obdarowany musi poczęstować... a raczej "rozczęstować", a pudełeczko szybciutko wyrzucić, coby miejsca niepotrzebnie w domu nie zajmowało. Te 3 dni przed czasem, to też przemyślana strategia. Dla mnie oznacza ona 3 dni ślęczenia w kuchni nad słodkościami ;P Niech i tak będzie! Czyli do poniedziałku włącznie zdobywam sprawność domowego cukiernika. Jutro, na pierwszy ogień idą bułeczki cynamonowe ;) Mniam... Kocham moje dzieci za ich przemyślany podstęp i za mobilizację do czynów kulinarnych ;)
   Druga miła niespodzianka??? Odebrałam wyniki! Jestem zdrowa, jak koń!!! Wszystkie wyniki wprost książkowe! OB - 6!!! Czyli, wszystko wskazuje na to, że "winowajca" został jednak z mojego organizmu usunięty :D Tym sposobem dostałam dzisiaj dwa prezenty imieninowe jeszcze przed czasem. Szczęściara ze mnie ;)
   A za oknem ciągle piękna jesień, chociaż z każdym dniem zimniej, i zimniej, i zimniej... Gdyby nie zieleń mchu, wszystko byłoby brązowo-żółte...



   Zawodowo zakończyłam jednak sezon jesienny i zdecydowanie zmierzam w kierunku świąt. Zainaugurowałam "szmacianymi" choinkami ;)

2 komentarze:

  1. Takie wieści na weekend - dobry humor murowany! Choineczki są prześliczne i urokliwe :)

    OdpowiedzUsuń
  2. po wyjściu z poczekalni i tak się wszystko zapomina..a gdzie fotka w legginsach..1000 lat!

    OdpowiedzUsuń