sobota, 8 października 2011

Trudne pytania... i jesień za oknem

Dzisiaj ktoś zadał mi pytanie: "co w twoim życiu powodowało lawinę zdarzeń, na które -przynajmniej w początkowym momencie- miałaś wpływ?" W pierwszej chwili pytanie to wydało mi się dziwne i absurdalne zarazem, dlatego zbyłam je milczeniem, rozbawieniem, wzruszeniem ramion, co miało oznaczać: "właściwie, nie wiem". Dopiero później, kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać w ciszy i samotności, nagle zaczęła wyłaniać się odpowiedź: ODWAGA, SZALEŃSTWO I MIŁOŚĆ. Czasami każdy z tych czynników działał samodzielnie, a czasami... wszystkie trzy naraz. Niby takie "absurdale" pytanie, a pozwala wejrzeć człowiekowi w głąb siebie, podsumować coś, co minęło i zastanowić się, ile i jakiego rodzaju takich "lawin zdarzeń" jeszcze przed nim. I który z tych czynników zadziała??? Odwaga? Tej mi nie brakuje. Czasami wydaje mi się, że w najmniej spodziewanych momentach budzi się uśpiony we mnie kamikadze i... niechcący, pcha mnie niejako do drugiego czynnika. Szaleństwo... Tak, to zdecydowanie jeszcze przede mną. Coś, w czym niektórzy dostrzegą szaleństwo, planuję na lato przyszłego roku. Prawdopodobnie początek sierpnia ;)... A trzeci czynnik? Miłość? Zapewne już nie zadziała, bo akurat miłość to coś, w co przestałam wierzyć...
Ach! Chciałam przy okazji podziękować wszystkim, którzy we wtorek trzymali za mnie kciuki ;) Jestem po zabiegu i mam nadzieję, że pozbyłam się głównego "winowajcy" mojego chwiejnego stanu zdrowia i kosmicznych wyników badań :/ Korzeń oczywiście zachwycił wszystkich, stał się niewątpliwie "gwiazdą", oglądaną z każdej strony :D Poza lekkim krwotokiem dwie noce wstecz, obyło się bez domowych komplikacji (jakoś udało mi się go samodzielnie zatamować). Będę żyła! ;D... Za jakiś tydzień kolejne badania. Zobaczymy, jak wypadną wyniki.
...A za oknem jesień, czyli to, co lubię najbardziej. Może dlatego, że wszystko jest takie zielono - brązowe, a zielony i brązowy to moje ulubione kolory? Do tego żółty, czarny, czerwony... Taaaak, zdecydowanie jesienna bestia ze mnie :D... A propos. Kiedyś, będąc u mojej ukochanej klientki, Pani Ani, usłyszałam, że podobno brązowy, to kolor biedy! Hmm... To by w takim razie tłumaczyło, dlaczego przez większość życia bywało u mnie krucho z kasą ;) Ale, czy mi to przeszkadza? Jakoś nigdy nie uzależniałam szczęścia od pieniędzy. Dlatego, jeśli mam wybierać między brązami a kasą, zostaję przy brązach :D
Dobra, koniec gadania... Teraz zaszywam się pod ciepły pledzik. Na stoliczku zielona herbatka z opuncją figową, mała lampka chianti, kawałek domowego murzynka (Cyntia piekła. A co, niech się uczy!), a w ręce, po raz nie wiem który, "Co się wydarzyło w Madison County" R. J. Wallera. Nie wiem dlaczego, ale już tak mam, że każdego roku początek wiosny witam "Odmieńcem" Bodswortha, a początek jesieni - trylogią Wallera. Czyli w najbliższym tygodniu, znów po raz enty, "machnę" jeszcze "Tango na prerii" i "Tysiąc polnych dróg". Taki już ze mnie dziwak... a może... odmieniec??? ;)


Było troszkę o jesieni, to będzie i makatka w temacie. Typowy "primitive country", wymarzony do wiejskiej chałupy ;) Prymitywny w każdym calu, czyli tak, jak powinno być. Sto procent hand made... no, i "dary natury" ponaszywane to tu, to tam...

2 komentarze:

  1. Świetny pomysł na jesienną poduchę. Dzięki za inspirację

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajne nastawienie do życia - oby tak dalej :)
    Makatka iście jesienna wzorem i kolorem :)

    OdpowiedzUsuń