sobota, 1 października 2011

Zaszalałam !

Może nie dosłownie, ale jednak ;D Dzisiejszej nocy zafundowałam sobie kurs taksóweczką za... Uwaga!!! Dwa i pół tysiąca złotych!!! Szok, prawda? Dla mnie też. Na szczęście tylko we śnie :D
Noc... Wychodzę z pogotowia stomatologicznego w "Victoria Center". Ból całej twarzy, usta pełne tamponów oraz wyraźny smak i zapach krwi wskazują na definitywne pozbycie się mojej słynnej już lewej, górnej ósemki :/ Jestem sama. Staję na skrzyżowaniu Królowej Jadwigi ze Strzelecką i zastanawiam się, co dalej. Nagle od strony Strzeleckiej zmierza w moim kierunku taksówka, więc macham na tyle, na ile starcza mi sił (a nóżki, jak z waty). Biały mercedes zatrzymuje się, padam na tylne siedzenie i słyszę tylko:
-A skąd i dokąd to samotna i drobna kobietka zmierza w tak ponurą i ciemną noc?
Moje dławiąco-gardłowe i bezkształtne słowotwórczo mruczenie skłania kierowcę do zerknięcia, kto zapadł się na tyłach jego taksówki. Po zlustrowaniu mojej obolałej twarzy, facet rzucił okiem na budynek po drugiej stronie ulicy i ze zrozumieniem rzekł:
-Aaaaa, ząbek... Niech się pani nie męczy. Proszę napisać na kartce, dokąd jedziemy.
Piszę więc, przy mdłym świetle samochodowej lampki, na podanej mi kartce cel podróży: "Os. Rzeczypospolitej" i już chcę oddać ją kierowcy, ale w przebłysku świadomości postanawiam doprecyzować: "przy Biedronce"... Facet czyta, ze zrozumieniem kiwając głową. Rusza, skręcając na most Królowej Jadwigi. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymujemy się w potężnym korku. Wszędzie mnóstwo samochodów, wszystkie stoją. Nic nie mówię, bo nie mogę, więc taksówkarz prowadzi monolog, snując domysły na temat zaistniałej sytuacji. W pewnej chwili od strony kierowcy przeciska się policjant na motocyklu, więc facet otwiera okno i pyta o całe zamieszanie. Okazuje się, że na Zamenhofa... prywatny samolot (!) spadł na linię trakcyjną, trwa akcja ratunkowa i cała ulica, od Starołęki do Śródki jest zamknięta. Rataje odcięte od świata. Trzeba czekać. Pieszych też nie przepuszczają... Facet przerywa długie milczenie:
-Zapowiada się kilkugodzinne czekanie. Może się pani prześpi? Jak dojedziemy na miejsce, obudzę Panią.
W sumie jestem tak padnięta, że zasypiam bardzo szybko... Ciekawe, śniło Wam się może kiedyś, że... śnicie? I pamiętacie sen we śnie? No, to mi się śniło, że mi się śniło :D... Spaceruję po lesie, nagle z krzaków z przejmującym piskiem wypada Askan, wyraźnie utykając na przednią łapę. Oglądam ją i między poduszkami dostrzegam sporych rozmiarów drzazgę. Próbuję wyciągnąć, ale ona cały czas tam jest! Ciągnę... 10 centymetrów, 20... 50... Odłamuję po kawałku. Uzbierał się już spory kopczyk, a drzazga cały czas siedzi w łapie!!!
Ze snu budzi mnie głos taksówkarza:
-Pobudka! Jesteśmy na miejscu!
Otwieram oczy, spoglądam za okno... Kurczę, może i jest noc, ciemno, a ja jestem cała obolała i rozespana, ale do jasnej cholery, gdzie ja jestem! Za szybą wszystko obce! Pytam więc z przerażeniem faceta:
-A gdzie my jesteśmy???
-No, kazała się pani zawieźć na Królowej Jadwigi, to jesteśmy na Królowej Jadwigi... Należy się 2660 złotych za kurs.
Czuję, że robi mi się na przemian zimno, gorąco. Jestem mieszaniną bólu, przerażenia, zaskoczenia, frustracji... i nie wiem, czego jeszcze. Wypluwam w chusteczkę "zawartość" moich ust i na tyle, na ile potrafię mówić, bełkotam:
-To jakaś pomyłka. Jechaliśmy z Królowej Jadwigi. Na kartce wyraźnie napisałam: "Os.Rzeczypospolitej". Absurdem byłoby jechać z Królowej Jadwigi na Królowej Jadwigi! Poza tym, to nie jest Królowej Jadwigi, tylko jakieś kompletnie nieznane mi miejsce! I skąd taki rachunek???
Facet, wyraźnie wkurzony, grzebie coś w papierach leżących na stacyjce. Podaje mi kartkę:
-Co tutaj jest napisane?!
-No, Królowej Jadwigi... Ale to nie jest moje pismo! To nie ta kartka! Robi mnie pan w konia! Poza tym, nie zapłacę panu, ponieważ nie mam takiej kasy przy sobie i -w ogóle- uważam, że mnie pan naciąga.
Taksówkarz wskazuje na licznik, na którym wyraźnie, wielkimi cyframi, wyświetla się kwota: 2660,00!!! Moje przerażenie rośnie, tym bardziej, że patrzy na mnie wzrokiem seryjnego mordercy, więc łapię za portfel. O dziwo, w portfelu pliczek banknotów. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam taką gotówkę. Gdybym wiedziała, że mam taką kasę, uciekłabym z domu :))) Liczę... Tysiąc, dwa tysiące, dwa i pół tysiąca... Więcej nie mam. Facet, wyraźnie niezadowolony, pyta:
-A kartą?
-Nie mam. - postanawiam skłamać, mimo wyrzutów sumienia, ale trzeźwo myślę o czymś na "czarną godzinę".
-Moja strata. Niech pani zmiata. Dawno nie miałem takiego pechowego klienta.
Wysiadam. Taksówka odjeżdża w mrok, a ja zostaję zupełnie sama. Obolała, w zupełnie obcym miejscu. Siadam na chodniku i próbuję pozbierać myśli... W lewo, w prawo. Jakaś pusta ulica. Zero ludzi. W zasięgu wzroku potężny wieżowiec. Nie dość, że wysoki, to jeszcze długi. Zaczynam się kręcić w kółko, licząc na to, że może natknę się na jakiegoś nocnego wędrowca, który raczy mi wyjaśnić, gdzie jestem i jak dotrzeć do domu. Dupa - Jasiu. Żywego ducha :/ Komórka! Sięgam do torby. No, tak. Klękła. Wy też tak macie, że we śnie, w 99 przypadkach na 100, komórka nie działa? Kręcę się dalej i myślę intensywnie. Może jakiś bankomat? Może automat telefoniczny? Przed chwilą w tym wieżowcu moje oczy "zarejestrowały" pocztę. Grzebię w portfelu. Kiedyś nosiłam kartę telefoniczną, ale widzę, że nie mam. Pudło! Parę metrów w prawo, parę metrów w lewo... W przód i w tył... Łażę jakimiś dziwnymi podcieniami z jednej strony wieżowca na drugą (zupełnie, jak w naszych "deskach" na Piastowskim). Bez celu i bez sensu... Nagle jakiś nieznaczny hałas, więc gnam w tym kierunku. Z pobliskiej pizzerii wychodzi dziewczyna z chłopakiem i zamykają lokal. Dopadam do nich i pytam, jak mogę dotrzeć stąd na Rzeczypospolitej. Patrzą na mnie dziwnie i robią wielkie oczy. Dziewczyna ze zdziwieniem:
-Tutaj nie ma takiej ulicy.
Mówię im więc, że wsiadłam na Królowej Jadwigi z zamiarem dotarcia do domu, a taksiarz wywiózł mnie tutaj i jeszcze skasował dwa i pół tysiaka! Wywiązuje się rozmowa, z której nic nie wynika. Kiedy jednak mówię, że jestem z Poznania, chłopak chwyta się za głowę. Jedyne słuszne wyjście z sytuacji - dworzec. Dziewczyna doprowadza mnie do narożnika ulicy i tłumaczy:
-Widzi pani tę ulicę? To Sobieskiego...
-Sobieskiego? To jestem na Piątkowie?! - wołam z radością.
- A co to jest Piątkowo?
-No, dzielnica Poznania. Osiedle Sobieskiego...
Patrzy na mnie, jak na zdechłą żabę.
-Nieee. Ulica. Sobieskiego... Skręci pani w lewo, potem na rondzie w prawo i potem jeszcze raz w prawo. Potem prosto do dworca.
Wraca do chłopaka, oglądając się co jakiś czas niepewnie w moją stronę. Pewnie myśli, że szurnięta jestem... Ruszam... Jest, rondo. Już je wcześniej widziałam, tylko od drugiej strony. Teraz w prawo... Dalej żywego ducha. Nawet żaden samochód nie przejeżdża... W nocnej ciszy jakieś popiskiwanie. Zerkam w tę stronę i widzę na samym środku ronda leżącego, dużego psa. Przebiegam na środek. Psiak podnosi się na przednich łapach, ale tyłkiem włóczy po ziemi. Nie wiem, może jakiś samochód go potrącił? Oglądam psa ze wszystkich stron, ale nie ma żadnych śladów po wypadku, żadnych ran ani otarć. Nie zostawię tak biedaka. Zabieram go ze sobą, tylko jak mam go przetransportować na dworzec? W dodatku nie wiem, jak to daleko, a psiak waży z półtora raza tyle, co ja, jak nie więcej. Ciągnę go na chodnik. Piszczy. Idzie nam to opornie, ale efekt jest. Siadam na chodniku, bo zmachałam się totalnie. Chyba od wysiłku zaczyna mi sączyć krew z rany po zębie. Policzek boli, jak cholera. Grzebię w torbie, gdyż lubię targać jakieś różne różności. Może znajdę tabletki? Hmm, aspiryna :/ Dupa, kwas acetylosalicylowy - nie wezmę, bo będę krwawić jeszcze bardziej... Ale, ale... Kurczę, niby psu nie należy podawać aspiryny, ale ten jest bardzo duży; może jedna tabletka mu nie zaszkodzi, a złagodzi ból? Z oporami, ale łyka... Ruszamy w stronę wskazaną przez dziewczynę. Co parę kroków przystanek, bo psiak musi przysiąść na zadku :/ Nagle słyszę jakiś warkot silnika. Samochód! Widzę światła, więc wybiegam na jezdnię i macham, jak oszalała. Uff, zatrzymał się. Proszę faceta, aby podrzucił mnie na dworzec, bo nie wiem, gdzie to jest, zgubiłam się gdzieś i nie wiem, gdzie. Mam jeszcze chorego psa. Nie jest mój, ale nie zostawię go na ulicy... Facetowi chyba nie bardzo to pasuje, ale w końcu "ugina" się:
-Pani mi pomoże go zapakować na tylne siedzenie. Ale jak nabrudzi, zapłaci pani za pranie tapicerki :/
Hmm... Facet jeszcze nie wie, że nie mam kasy i nie zapłacę mu nawet za podwiezienie. Robi to charytatywnie ;/ Siadam obok kierowcy, pies z tyłu. Ruszamy... Teraz dopiero zaczynam myśleć. Kurczę, za bilety na pociąg będę musiała zapłacić kartą. A jak się okaże, że nie mam środków? Ja i pies jedziemy na gapę. Najgorsze, że nie wiem, jak daleko mam do domu :/ Co to za miasto? Szczecin, Wrocław, Lublin, Łódź, Białystok... Cholera, gdzie ja jestem?!
Z zamyślenia wyrywa mnie potężny hałas pędzącego motocykla. Jedzie tuż za nami i nagle, po wyminięciu auta, zawraca, "kładąc" się i blokując nam drogę. Mój "wybawca" za kierownicą ledwie zdążył zahamować. Siedzę, jak sparaliżowana, bo nagle... i ten Harley, i ten motocyklista... Ta ramoneska, ten kask, te spodnie, te buty... Sebastian!!! Podbiega, otwiera moje drzwi i szarpie mnie za rękę:
-Wysiadaj! I to już!
-Matko! Sebastian! Co tu robisz???!!! Ja chcę wracać do domu. Nie wiem, gdzie jestem. Mam chorego, obcego psa. Wyrwany ząb. Strasznie boli. Chyba nawet mam gorączkę. Proszę, pomóż mi! Ale nie wysiądę, chcę na dworzec...
-Wysiadaj, powiedziałem! Usiądź z psem na pierwszej ławce i czekaj do rana!
-Nie wysiądę!
Szarpiemy się tak dłuższą chwilę. Facet obok wrzeszczy, że mu drzwi urwiemy. Pies zaczyna głośno szczekać.
-Małgorzata, k... mać, chociaż raz mnie posłuchaj! Wysiadaj, ale już!!!
Ups! "Małgorzata"! Skoro tak do mnie mówi, to nie przelewki, ale nie widzę w tym sensu... Nagle czuję, że z dziury po zębie zaczyna mocno sączyć. Smak krwi...
Obudziłam się...
Taaaa, wiem, skąd ten sen :/ We wtorek czeka na mnie miejsce na chirurgii szczękowej w szpitalu wojskowym :/ Lewa górna ósemka ;/ Boję się, jak cholera, zważywszy na to, że po przodkach odziedziczyłam korzonki w ząbkach takie, a nie inne... I wiem, dlaczego pogotowie stomatologiczne w "Victoria Center". To tam pewiem pan stomatolog, po usunięciu mi zęba, zamiast zainteresować się moim stanem, oglądał z zachwytem korzeń mojej szóstki :/ Już nigdy więcej tam nie zawitam. Amen... A tak w ogóle, we wtorek trzymajcie za mnie kciuki ;D


Zakochana niezmiennie w kolekcjach Iana Mosh'a, tworzę kolejne chusty ;) Inspiracja na pół życia... Ta chusta (baaardzo duża) została sprzedana i pojechała do Warszawy.

3 komentarze:

  1. no, i zawał serca gotowy, po pierwszym zdaniu ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. to trzymam kciuki we wtorek ! tylko ..... nie jedź taksówką ! :))

    pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Powodzenia zatem :)))
    Sto lat nie zaglądałam, za swoje gapiostwo teraz pokutowac nocka będę, tyyyyyle do nadrobienia:)))))

    Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń