niedziela, 27 listopada 2011

Czy łatwo mnie rozbawić?

Okazuje się, że łatwo! Dwa obrazki z życia wzięte, które rozbawiły mnie do łez - pierwszy, tak naprawdę na wesoło, a drugi... No cóż. Ten drugi wywołał we mnie tyleż samo rozbawienia, co i konsternacji.
Obrazek pierwszy - właściwie w dwóch aktach ;)
Jest początek lipca. Głośny dzwonek do drzwi wyrywa mnie ze stanu głębokiego zaczytania (tytułu już nie pamiętam). Jeszcze nie zdążyłam całkiem otworzyć drzwi, gdy przed moimi oczami pojawiła się płachta papieru (okazała się być kalendarzem), a za nią postawna postać, która nie pozostawiając mi wyboru i nie dając złapać oddechu zarzuciła mnie głośnym:
- Dzień dobry. Szczęśliwego Nowego Roku życzą kominiarze!!!
W stanie totalnego zaskoczenia, w pierwszym momencie próbowałam... odnaleźć się w czasie, bo zaczęło mi się kotłować w głowie, czy aby czegoś nie przespałam, czy stan zaczytania nie przesunął mnie o pół roku, czy też jeszcze cóś innego. Zdrowy rozsądek podpowiedział mi jednak, że wszystko wskazuje na to, iż znajdujemy się w siódmym miesiącu Roku Pańskiego 2011 - upał i palące słońce za oknem, moja sukieneczka na ramiączkach i bose stopy, jak również krótkie gacie, japonki i odkryte, mocno wytatuowane, muskularne ramiona kolesia, trzymającego na wysokości moich oczu wspomniany już kalendarz. Przeto, mocno zdziwiona, zapytałam:
- Przepraszam bardzo, ale te życzonka to na ten rok, czy na następny, bo coś mi się mocno wydaje, że mamy dopiero środek lata?
- Na następny, droga pani! Wie pani, Poznań duży, więc z życzeniami zaczynamy chodzić już w lecie, aby żadnego mieszkańca nie ominąć!
Zarówno cała sytuacja, jak i argumenty i determinacja "kominiarza" doprowadziły mnie do tego stopnia rozbawienia, iż dałam kolesiowi zarobić kilka złotych, stając się jednocześnie szczęśliwą posiadaczką kalendarza formatu A4, w maksymalnie czterech kolorach, z tradycyjnym kominiarczykiem, taszczącym na ramieniu drabinę. Design niezwykle prosty i wymowny ;P
Akt drugi... Ostatnie, piątkowe popołudnie. Dzwonek do drzwi. Otwieram i oczom moim ukazuje się błyskawicznie ten sam kalendarz, w dłoni tego samego "kominiarza". Uszy moje bombarduje ten sam tekst, co prawie 5 miesięcy temu. Tym razem nie zamierzam "powielać" rzeczy już raz nabytej, więc grzecznie acz stanowczo, jak to się dzisiaj mówi - asertywnie, odpowiadam:
- Wie pan, już na początku lipca uszczęśliwił mnie pan identycznym kalendarzem, więc dziękuję, ale nie skorzystam. Jeden mi wystarczy.
Na co koleś, najwyraźniej dobrze przygotowany na taką sytuację, błyskawicznie wypala:
- Wiem, wiem, ale tamten był... przeciwpożarowy, od Św. Floriana, a ten jest świąteczny (!!!)
Parsknęłam takim śmiechem, że nijak nie mogłam się uspokoić przez cały wieczór, przenosząc to rozbawienie na resztę domowników. Kalendarza oczywiście nie nabyłam. "Kominiarza" zbyłam jedynie przeczącym ruchem ręki, gdyż moje gardło, zdławione śmiechem, nie było w stanie niczego innego z siebie wydobyć. Jedno jest pewne - może Święta będą kiepskie, ale z pewnością w przyszłym roku nie spłonę, już Św. Florian o to zadba ;D
Obrazek drugi... Dzisiejsze przedpołudnie. Dzieciaki oglądają "Dzień Dobry TVN". Wchodzę do pokoju w momencie, gdy Kasia Cichopek, spowita w gustowny fartuszek kuchenny, prowadzi wywód na temat zdrowego odżywiania, podpierając się przykładem swojego trzyletniego synka, Adasia. Stwierdza, że jej pociecha nie wie, co to słodycze, ponieważ nie wyobraża sobie jej na fotelu dentystycznym ;/ Pomyślałam: "Hmm... W końcu i dziecko z garniturem nieskazitelnie zdrowych i białych ząbków musi pewnego dnia na tym fotelu zasiąść". Pani Kasia kontynuuje i opowiada, jak to Adaś ostatnio w ręce przedszkolnego kolegi po raz pierwszy zobaczył... lizaka (!) i zapytał: "A co to jest?". Na co pani Kasia, z rozbrajającym uśmiechem, odparła: "A ja mu powiedziałam, że to piłeczka na patyczku"... !!! ... Parsknęłam śmiechem, ponieważ rozbawiła mnie zarówno głupota płynąca z tejże odpowiedzi, jak i zachwyt obecnych w studiu telewizyjnym redaktorów nad elokwencją i "podejściem pedagogicznym" Pierwszej Matki Rzeczypospolitej. Zastanawia mnie bowiem, co zrobi pani Kasia, kiedy pewnego dnia Adaś natknie się w piaskownicy na kolejnego kolegę z lizakiem i powie:
- O, masz piłeczkę na patyczku!
A tamten mu na to:
- To nie piłeczka, tylko lizak. To się liże i jest bardzo słodkie.
Cóż się wtedy stanie z rodzicielskim autorytetem pani Kasi? Polegnie!!! Bo wyjdzie na to, że mama okłamała własne dziecko! No chyba, że powie:
- Wiesz, synku, mamusia nie wiedziała, że to "coś", to lizak i służy do lizania.
Czyli jedno kłamstwo zrodzi kolejne kłamstwo, i kolejne, i kolejne... Jak dziecko może wierzyć mamie, która od najmłodszych lat wciska mu takie bzdury?! Ktoś powie, że to niekoniecznie kłamstwo lecz "prawda niekompletna". Dla mnie PRAWDA jest PRAWDĄ, a KŁAMSTWO - KŁAMSTWEM! Białe albo czarne. Między prawdą, a kłamstwem nie ma "szarego" pośrodku, nawet w przypadku małego dziecka! Czy nie lepiej od razu powiedzieć: "Synku, to jest lizak. Jest bardzo słodki, psują się od niego zęby i wolałabym, żebyś go nie jadł. Mama też nie je lizaków"? No ale cóż, skoro współczesny, medialny autorytet w dziedzinie: "jak być idealną kobietą, żoną i matką" twierdzi, że lepiej jest przed trzylatkiem zgrywać, że lizak jest "piłeczką na patyczku", to niech inni tego "autorytetu" słuchają - ja, matka z długoletnim stażem, nie zamierzam ;/
A dzisiaj, skoro troszkę o dzieciach było, moja ostatnia praca - misiek w czerwono-białą kratkę...
Biały jak niewinność i czerwony jak energia...Misiaczek otrzymał imię Natan, na cześć pewnego dwulatka o imieniu Nataniel, którego nikt nie chce, tłumacząc, że Natan jest "dzieckiem wybitnie trudnym" :((( Ja jednak jestem pewna, że Nataniel wyrośnie na wyjątkowego, wartościowego człowieka i udowodni wszystkim, jak bardzo się mylili. Wystarczy tylko, by dano mu szansę, by ktoś w niego uwierzył! Wiem nawet, kto tę szansę mógłby mu dać, ale czy się uda??? :(((

4 komentarze:

  1. Uroczy misiek, pasuje mu ta krateczka:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie na temat - czytałaś wczorajsze "Wysokie Obcasy"? Ciekawy artykuł o Indiankach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chciałam też wspomnieć o Indiankach. link do tekstu

    OdpowiedzUsuń
  4. Cichopkowa i mnie "zatchnęła" swoją elokwencją i zdolnościami pedagogicznymi, sluchałam jej w osłupieniu;)
    Z kalendarzami niezła jazda:))))

    OdpowiedzUsuń