piątek, 28 stycznia 2011

Liczę dni do warsztatów...

     Za cztery dni warsztaty w Starym Browarze ;)... Przygotowania praktycznie zakończone. Plan zajęć rozpisałam... Wszyscy czekamy z niecierpliwością... Uczestnicy chyba zresztą też, gdyż dzisiaj znalazłam w mojej skrzynce mailowej wiadomość od jednej z uczestniczek, że żyje tymi warsztatami, nie może sobie znaleźć miejsca w domu, a podekscytowanie sięga zenitu :))) Ani po nicku w podpisie, ani po adresie mailowym nie mogę dojść, kto to. Nie ma też informacji, z której grupy jest uczestniczka ;P... Cóż, spotkamy się na "drewnianej podłodze", jak nie 1-go, to 6-go lutego :)))
     Na 10 dni "zawieszę" też wszystkie sprawy związane ze zwierzęcym wolontariatem. Jeszcze tylko kilka spraw czysto papierkowych, "podrzucenie" w górę w ogłoszeniach kilku psiaków do adopcji... i... Patchwork! Patchwork! Patchwork!!!
     A tak w ogóle, żeby nie być "do tyłu" wśród artystów w galeriach, wzięłam się -tak "rzutem na taśmę"- za temat walentynkowy, ponieważ temat ów króluje już od wielu dni, a u mnie w tym temacie - echo! Przeto pracowicie wykonałam kilka dupereli: breloczki, art quilty... Może dzisiaj dwa takie mini art quilty... Makateczki - maleństwa, gdyż mają -na oko- dwadzieściakilka na trzydzieścikilka centymetrów. Mój ukochany "primitive country"; quilting maszynowy, redwork; tkaniny: len, bawełna, szyfon... Obydwa zeszły błyskawicznie z Pakamery, aż się zdziwiłam ;)


wtorek, 25 stycznia 2011

Dlaczego i jak długo...

Dlaczego i jak długo jeszcze nasz wymiar sprawiedliwości ma zamiar pobłażać ludziom (!) znęcającym się nad zwierzakami? Bezmiar zwierzęcego cierpienia jest niewyobrażalny... Od lat... Tylko w styczniu szokujące przypadki: wyrok nad oprawcami psa husky ciągniętego za samochodem; owczarek ginący na torach, gdyż przypadkowo uczestniczył w "zabawie" swego pana; Kuba podpalony w kojcu... A ile drastycznych przypadków nie wychodzi na jaw? Kiedy wchodzę codziennie na stronę poświęconą Kubie, kiedy widzę jego smutne oczy, wypaloną skórę i wyobrażam sobie ogrom bólu, jaki przechodzi, myślę sobie, gdzie są i co czują ci, którzy do kojca wrzucili zapałkę... Gdzie byli i co odczuwali mieszkańcy wsi, którzy widzieli psa tuż po tragedii i przez kilka dni patrzyli spokojne, jak pies w bólu i strachu snuje się po wiejskiej drodze? Jak płatami odpada mu spalona skóra... Cierpienie, głód, samotność i bezgłośne błaganie o pomoc... Zastanawiam się, co czuł pijany dwudziestokilkulatek, kiedy zorientował się, że jego owczarek nie zdążył odskoczyć z torów? Czy w ogóle coś czuł? A co czuje teraz?.. Co czują oprawcy ciągniętego za samochodem psa husky? Hmm... W relacji telewizyjnej jeden okazał skruchę... Wszyscy niby się cieszymy, że wyrok 10-ciu miesięcy pozbawienia wolności jest w naszym kraju bezprecedensowy... Że to już jakiś postęp... Tak... 10 miesięcy za szczególne okrucieństwo wobec zwierzęcia, gdy górna granica w tym przypadku wynosi 2 lata. Dużo, czy mało? Jeśli za ciągnięcie psa za samochodem, do czasu aż oderwała się głowa od tułowia, oprawca dostaje 10 miesięcy, to ja pytam: co musi zrobić taki człowiek, jakim okrucieństwem się "wykazać", by dostać maksymalny wyrok, czyli 2 lata??? Nie wiem, czy ktoś też się nad tym zastanawiał, czy tylko ja jestem na tym punkcie taka szurnięta? Za każdym razem, kiedy zapada wyrok, słyszymy: "niska szkodliwość czynu"... "niska szkodliwość czynu"... "niska szkodliwość czynu"... To jaka szkodliwość jest "wysoka"??? :(((
     Dzisiaj coś łagodnie spokojnego - łabędź trąbiący (Cygnus Buccinator) na makacie (art quilt / wall hanging). Technika patchworku mozaikowego (nie mylić z PP!  - ogólnie nie przepadam za PP, chociaż czasami w tej technice coś ścibolę). Quilting maszynowy, chociaż bardzo skromny (tylko tyle, ile niezbędne). Nie chciałam babrać na tej makacie quiltingiem - moim założeniem było pozostawić tego łabędzia w stanie "surowym  i czystym". Lamówka drapowana, podszywana "od zewnętrznej", przeszywana grubą, czarną włóczką. Wymiary: ok. 64 x 90 cm.

niedziela, 23 stycznia 2011

Lekarstwo na anginę? ;)))

Kto może mnie obudzić po trzeciej w nocy SMS-ami??? No, kto??? Firefox!!! Dwa dni temu szaleństwa snowboardowe, a dzisiejsza noc z temperaturą czterdziestostopniową ;) Hmm... Angina potrafi powalić nawet takiego wielkiego i silnego faceta... A jak facet chory, to... zły, słaby, umierający. Wiem coś o tym ;P...
..."Napisz mi coś miłego na blogu, to może mi pomoże"... :))) Też żądanie! I to w niedzielę nad ranem, kiedy powinnam smacznie spać :/... Ale czegóż nie robi się dla Przyjaciół :)))
     Cyriaku Drogi, z uwagi na dużą odległość między nami, jedynie wirtualnie mogę Cię pogłaskać po głowie, podać do łóżka herbatkę z cytrynką (też wirtualną), jakąś (wirtualną) aspirynkę, ucałować w czółko (tak, żebym się nie zaraziła ;P) i zapewnić, że jutro będzie lepiej ;)... A tak naprawdę, pewnie by Cię postawiły na nogi syropki od Naszego Henry'ego Grey Wolf - najskuteczniejsze lekarstwo na tego typu dolegliwości. Wiem, co mówię, sprawdzone :)))
     To dla Ciebie, Firefox - Słoneczko moje chorusie - jeszcze serduszka na podusi, żebyś szybciej wracał do zdrowia :)))... A teraz wracam do łóżka; może jeszcze pośpię :/
Poduszka wykonana techniką aplikacji maszynowej i quiltingu maszynowego. Wymiary: 40 x 40 cm. Sprzedana (Poznań... a potem poleciała samolotem w nieznanym mi kierunku :D).

piątek, 21 stycznia 2011

Podpalony Kuba - Fundacja "Mrunio" prosi o pomoc!!!

To chyba pierwszy tego typu wpis na moim blogu, ponieważ prośby o pomoc dla zwierzaków z reguły staram się przekazywać innymi kanałami, jednak ten przypadek wymaga nagłośnienia w różnych miejscach.

Fundacja "Mrunio" prosi o pomoc dla Kuby - psa podpalonego w zamkniętym kojcu w miejscowości Ścinawka Średnia koło Kłodzka. Pies okropnie cierpi, ale jego wola życia jest tak ogromna, że warto dać mu szansę na... normalne życie. O ile można mówić o "normalności" w przypadku takiej traumy :/
Wklejam link, pod którym można dowiedzieć się wszystkiego na temat psiaka i tego, co go spotkało z rąk... hmm... człowieka, czyli podobno istoty najbardziej rozumnej :/
http://www.kuba.chwiladlapupila.pl/

Pod powyższym linkiem  można znaleźć numer konta bankowego, na które można wpłacać pieniążki, przeznaczone na leczenie psiaka.

Wrzucam dwie poduszki w patchworku klasycznym. Jeśli ktoś zechce je kupić, cała kwota ze sprzedaży zostanie przekazana na leczenie Kuby. Informacje na maila: m.shayneen@gmail.com


sobota, 15 stycznia 2011

Lekko zbulwersowana... :/

No, nie... Nie wytrzymam i muszę to z siebie wyrzucić... Właśnie wróciłam z wieczornego spaceru z psem. Mamy z Nuką swoje utarte ścieżki, ale dzisiaj wyciągnęła mnie w miejsce niezbyt przez nas uczęszczane. Mimo, iż już prawie noc, tam akurat było w miarę jasno - za płotem parking, z drugiej strony plac zabaw, więc teren dobrze oświetlony... Mamy odwilż, więc od kilku dni "straszą" nas śmieci, wyłaniające się z roztopionego śniegu. Jednakże to, na co natknęłam się dzisiaj na odcinku zaledwie 30-40 metrów, a co wyłoniło się z nieistniejącej już skarpy, pieczołowicie przez dozorców zgarnianej przez ostatnie tygodnie, śnieżnej brei, woła o pomstę do nieba! Niechże wymienię z pamięci, bo zapamiętałam dokładnie: puszki po wszystkim możliwym, tony petów, butelki i korki od sylwestrowego szampana, pudełko po serku "homo", jakaś męska skarpeta koloru szarego, reklamówka z Lidla, strona tytułowa miesięcznika "Pani", zapalniczka koloru wiśniowego lub czerwonego, nieobgryzione do końca udko kurczaka (powoli zaczęła się na nie czaić moja Nuka, ale w porę zareagowałam :/), papierowe pozostałości po petardach, dwie zużyte prezerwatywy (ich stan na to wskazywał; chyba, że komuś na Sylwestra zabrakło balonów :/)... i nieowyobrażalna ilość brązowawej mazi, roztartej to tu, to tam, a wskazująca na jedyne sensowne pochodzenie - psie odbyty :/// Kurczę, ja nie wiem - albo ze mną jest coś nie halo, albo świat się do góry nogami przewraca! We wszystkich chyba miastach trwa walka z psimi kupami. Jako "animals" zawsze powtarzam, że to nie psy brudzą, ale nieodpowiedzialni właściciele. Trudno wymagać od psa, żeby korzystał z sedesu, tudzież z nocnika :/ Jednak to na właścicielu ciąży obowiązek sprzątania po swoim pupilu. Tak trudno wziąć worek biodegradowalny i sprzątnąć?! Noszę zawsze przy sobie kilka takich worków w kieszeni na wypadek, gdybym napotkała jakiegoś "zapominalskiego", ponieważ zazwyczaj, gdy się zwróci uwagę na leżącą kupkę, można usłyszeć: "Oj, zapomniałam / zapomniałem woreczka". Najciekawsze, że za każdym razem, kiedy taki worek podaję, widzę wzrok, który mógłby zabić :/  Kiedyś jakaś wyfiokowana paniusia lekko pod siedemdzisiątkę odpaliła mi, że się brzydzi. Ciekawe... Trudno mi uwierzyć, że jej pieskowi, nawet gdy był rozkosznym szczeniaczkiem, nie zdarzyło się nabrudzić w domu. Co wtedy? Wzywała zakład oczyszczania miasta, by posprzątał kupkę??? Tych wszystkich, którzy nie sprzątają po swoich psach mam ochotę zapytać, jak przyjemnie jest wyjść rano z bramy i wdepnąć w coś tak miękkiego i milutkiego :/// A gdzie są "właściciele" tych wszystkich wymienionych wyżej (poza kupami) "przedmiotów"? Pewnie, najlepiej jest zostawić cały syf na ulicy... Po co brać do domu? Jak to się mówi gwarą poznańską: "srrrru... i w krzoki". Niech leży! Od dłuższego czasu przyglądam się zaśmieconym poznańskim ulicom i zastanawiam się, jak miasto poradzi sobie z całym syfem, jaki zostanie po "Euro 2012"! Strach się bać!!! Tak sobie myślę, że coraz bardziej mnie to wszystko wnerwia. Czas emigrować... Chyba "okredytuję" się na maksa, kupię to totalnie zapuszczone ranczo na Pomorzu i zaszyję się na nim, żebym nie musiała patrzeć, jak piękne swego czasu miasto staje się śmietniskiem i szaletem Wielkopolski :/ Smutne :(
     Zamiast psa będzie kot... Poduszka... Dawno temu "pojechała" do Krakowa...

Niespodzianka od rana :)

Wpadłam dzisiaj rano z moimi dziewczynami do kiosku z gazetami... Oglądamy, przeglądamy... Wertuję sobie lutowy numer miesięcznika "M jak mieszkanie", a tam w artykule "Bitwa na poduszki" cóż widzę??? Jedna z moich prac - dżinsowa poduszka z aplikacjami przestrzennymi :))) To już kolejna moja praca, dostrzeżona  i polecana przez ten miesięcznik. Dziękuję :) Miło mi niezmiernie :)...
"Niespodzianką" kolejną były dwa maile w mojej poczcie, z prośbą o "działanie magiczne"... Wczoraj też taka prośba do mnie dotarła :/ Myślę, że to po komentarzu Asi z Krakowa, zamieszczonym pod którymś wpisem poniżej, którym to komentarzem zrobiła mi niechcący... "reklamę" ;) Muszę chyba coś wyjaśnić, żeby nie było nieporozumień. Życie, Moi Drodzy, to nie bajka o Harrym Potterze i tym bardziej ja takim Harrym nie jestem. O ile mogę podjąć się pewnych działań, żeby komuś pomóc, wtedy, gdy widzę, że to wszystko ma sens, niczemu i nikomu nie szkodzi, a pomóc może - podejmuję się i nigdy takiej pomocy nie odmawiam. Natomiast nigdy nie zareaguję na prośbę, by poszamanić w kierunku (przykładowo): "aby mojemu sąsiadowi szlag trafił krowę". Dlatego, jeśli naprawdę macie jakiś poważny problem, który trzeba rozwiązać, możemy wspólnie nad nim popracować i postaram się zaradzić (tak, jak było w przypadku Asi). Jednakże proszę mi nie przysyłać maili z prośbami o rzucanie klątw i magiczne "podkładanie nóg" innym osobom, bo na takie maile po prostu nie będę odpowiadała.
     A moim wiernym czytelnikom tak po cichutku pragnę napomknąć, że trwa konkurs na "Blog Roku 2010" i jeśli ktoś z Was da się naciągnąć na SMS-a za 1,23 PLN w głosowaniu na mojego bloga, to będzie mi bardzo miło :))) Wystaczy kliknąć w fioletową "zakładkę" pod tytułem bloga, a tam znajdziecie kod i numer pod który należy wysłać SMS-a... Dziękuję :)))


piątek, 14 stycznia 2011

"Ławeczka Miłości, Wspomnień i Ważnych Decyzji"

Dla Grey Wolfa, Rhianone, Kasi z Bydgoszczy i kilku innych osób, które "poganiały" mnie i... mobilizowały do opowieści o ławeczce i skwerku ;)...
    
     Są takie miejsca, które z różnych przyczyn stają się dla nas ważne. Wracamy do nich fizycznie lub tylko pamięcią (jeśli powrót "fizyczny" nie jest możliwy)... i trwamy w nich. Sami lub w czyimś towarzystwie... Jeśli jednak to NASZE miejsce okazuje się być miejscem ważnym również dla innych osób, czujemy, że jest w nim jakaś "magia", która przyciąga... i  łączy nas. Nie tylko z tym miejscem, ale także z TYMI ludźmi... I tak chyba jest właśnie z tą ławką... i z tym skwerkiem. Rhianone napisała kiedyś, że to NASZE miejsce znajduje się "rzut beretem od Rynku" :) Istotnie... Obok kościoła i klasztoru franciszkanów... Kiedyś przechodziłam tamtędy wielokrotnie, jednakże nie czułam jakiejgoś specjalnego "przyciągania". Aż nastał taki dzień... letni, upalny... kiedy ta ławka i ten skwer, wtargnęły w moje życie. Wtargnęły wraz z miłością wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewałam. Od tamtego letniego dnia, za każdym razem, kiedy jestem w okolicy, idę przysiąść na ławce choć na chwilkę... Okazuje się jednak, że są osoby, które siadają na tej ławce codziennie, od wielu, wielu lat i właśnie o nich przede wszystkim chcę Wam opowiedzieć. Tym bardziej, że ich historia jest niesamowita... Chcecie wiedzieć, jak zostałam w nią wtajemniczona??? No, to zaczynamy ;)
     Był to jakoś w połowie października. Miałam sporo spraw do pozałatwiania na Głogowskiej, więc rozpoczęłam moją pieszą wędrówkę od skrzyżowania Głogowskiej z Hetmańską. Potem Mostem Dworcowym na Wierzbięcice, do "Bławatka", gdzie nie znalazłam tego, czego potrzebowałam i kobitki mi podsunęły pomysł, żeby wpaść na Zamkową. Znów pieszo przez Ratajczaka i Plac Wolności... Kto zna Poznań, ten wie, ile kilometrów miałam już w nogach :/ Przechodząc więc koło klasztoru, klapnęłam sobie na tej mojej ławeczce... Ciężkie to były dni w moim życiu. Pełne przejmującego smutku. Takiego zawieszenia, na zasadzie: "No, i co teraz?", "No, i co dalej?"... Nawet mi się łezki pokulały... Siedzę tak sobie i widzę, że od strony ulicy Ludgardy tupta przygarbiony staruszek. W jednej ręce laska, w drugiej smycz, kończąca się jamnikiem :) Przystanął naprzeciwko mnie i przez chwilę mi się przyglądał. Początkowo pomyślałam, że jego uwagę przykuły moje łzy i zrobiło mi się trochę głupio. On jednak uśmiechnął się łagodnie i mówi:
- Dziecko, zajęłaś moją ławkę.
Rozbawiło mnie to i zaintrygowało jednocześnie. Wskazał ręką na miejsce obok mnie, z pytającym wzrokiem, sam sobie przyzwalając na to, żeby klapnąć. Chwilę siedzieliśmy w milczeniu, wpatrując się w skwerek przed nami. Jamnik ułożył się wygodnie pod ławeczką (później okazało się, że to Maks. A może Max? ;D)... Właściwie, chciałam już odejść, gdy staruszek przerwał milczenie:
- Wiesz, dziecko, że ja też kiedyś płakałem na tej ławce?
...I wtedy zaczął opowiadać, że te ławki przez lata się zmieniały, skwer przerabiano, rozkopywano, bruk wymieniano... Ale ławka zawsze stała w tym miejscu... A Pan?
Dawno temu był wybitnym specjalistą - inżynierem. W czasach, gdy inni mogli tylko pomarzyć o wycieczkach nawet do byłej NRD, on jeździł w delegacje po całym świecie. W Poznaniu zostawała żona z synkiem. Już wtedy, kiedy tylko był w mieście, przychodził z rodziną na skwer i pierwsza ławka z brzegu była "ich" ławeczką... Mówił mi, że w trakcie długich wyjazdów tęsknił za żoną i synem, ale był młody (i -jak to podkreślił- głupi :P), lubił towarzystwo i przyszedł taki moment, że zaczął sobie "umilać" rozłąkę z młodą sekretarką, pracującą w jego firmie (też Polką). Sprawy zaszły tak daleko, że po powrocie do kraju postanowił wziąć rozwód. Opowiadał mi, że po wyjściu z sali sądowej, powiedział żonie (już byłej) tak przykre słowa, których do dzisiaj żałuje. No, ale wtedy co innego było dla niego ważne... Z nową żoną wylądował po jakimś czasie w Stanach. Urodził się syn. Początkowo dość dobrze im się powodziło, ale zagmatwali się w jakiś głupi kredyt na dom, z którym nie mogli sobie poradzić. Żona jednak nie chciała zrezygnować z domu, na rzecz gorszego. Ciągłe pretensje, wygórowane wymagania. Zaczęli się od siebie oddalać. Mówił, że któregoś poranka, tuż po przebudzeniu, dostał jakiegoś nagłego przebłysku - zdał sobie sprawę, że jego była żona nigdy by tak w podobnej sytuacji nie postąpiła. Co ciekawsze, dotarło do niego, że tak naprawdę, to pierwsza żona była jego ideałem kobiety, że wpakował się w jakąś "pomyłkę", na której najbardziej musiały ucierpieć dzieci... Rozwód, który z jednej strony pomógł im "rozwiązać" sprawę zadłużonego domu, podział majątku... Druga (była) żona została z synem w Stanach (gdzie mieszka do dzisiaj), a on wrócił do Polski, co wcale nie było łatwe, zważywszy na ówczesną "władzę" w Polsce :/ Wynajął jakieś mieszkanko, po ciężkich trudach, mimo specjalistycznego wykształcenia, znalazł pracę (piętno "powracającego z Ameryki" :/). Zaczął odwiedzać syna. Niestety, to na czym mu zależało, czyli ponowne wkupienie się w łaski pierwszej żony, spaliło na panewce, ponieważ żona już miała innego partnera... On jednak nie dawał za wygraną - postanowił, że odzyska żonę... Opowiadał mi, że od dnia powrotu do Poznania, codziennie chodził na skwer koło kościoła, ponieważ żona ciągle przychodziła tam z psem (ze wszystkimi psami zawsze tam przychodzili, a przewinęło się ich sporo). Siadał na jakiejś oddalonej ławce, przyglądał się... i zawsze go "bolał" mężczyzna u boku byłej żony. A ona, jakby nigdy nic, nie zwracała na niego uwagi... Czemu akurat się nie dziwię :/... Zaczął przechodzić poważną depresję, która pogłębiła się, kiedy na budowie, którą kierował, wydarzył się wypadek - zginął człowiek. Prokurator, rozprawa za rozprawą. Kara i pozbycie się pracy... Nikt nie chciał go przyjąć do innej. Kolejne piętno... Wpadł w alkoholizm i staczał się, i staczał, i staczał... Stracił mieszkanie. Wylądował w jakiejś melince... Była żona, zważywszy na jego stan, zabroniła mu się spotykać z synem... Ale na skwerek codziennie przychodził... Mijały kolejne miesiące... Któregoś dnia, zimą, żona nie zjawiła się z pieskiem na skwerze. Jeden dzień, drugi, trzeci... Zaczął się niepokoić... Wiedział, że do jej domu nie ma po co iść... Postanowił sobie, w swym "pijackim" rozumie, że tak długo będzie siedział na ławce, aż żona przyjdzie... albo on zamarznie. "Dogrzewał" się oczywiście alkoholem :/ Bodajże drugiego dnia, ówczesna jeszcze milicja, zwinęła go na izbę wytrzeźwień, ale gdy go wypuścili, znów wrócił na ławeczkę. Jacyś litościwi ludzie podrzucali mu jedzenie. Po kolejnym dniu był tak wyczerpany i przemarznięty, że stracił przytomność i zabrano go do szpitala... Nie pamiętał, jak długo leżał w szpitalu, ale któregoś dnia obudził się rano, a obok jego łóżka, na krześle siedziała... jego ukochana była żona. Okazało się, że ona też spędziła ileś dni w szpitalu, dlatego nie przychodziła z psem na skwer, a kiedy już się tam zjawiła, okoliczni mieszkańcy opowiedzieli jej o byłym mężu - pijaczku i jego "przygodach" na ławce. Odwiedzała go codziennie w szpitalu... i tak już razem zostali... Do dzisiaj... Na szczęście żona z tamtym facetem nie miała ślubu, a i tak nie układało im się kryształowo... Trwają w tej swojej trudnej miłości do dzisiaj, mimo, iż życie nie oszczędziło im kolejnej tragedii - w wypadku zginął ich syn (ale odwiedza ich czasami drugi syn tego Pana, przyjeżdżając ze Stanów). Codziennie, chociaż na chwilę, przysiadają na tej "magicznej" ławeczce. Bez względu na pogodę, bez względu na porę roku, bez względu na dzień tygodnia... Pan nawet zażartował, że jedna mocno załamana deska, osiągnęła taki stan, ponieważ została wysiedziana ich pupami :) Ten dzień, w którym go na tej ławce spotkałam, był kolejnym dniem, kiedy siadał na niej bez żony. Była wtedy w sanatorium, w Ludwikowie, po przebytym poważnym zapaleniu płuc. Opowiadał mi, jak bardzo za nią tęskni... Jak wychodzi codziennie z Maksem, żeby zjeść obiad w knajpce na Stary Rynku (nawet Maks zyskał wstęp! :D), bo obiady w domu, w samotności mu nie smakują... Kiedy już zakończył tę swoją opowieść, zaporoponowałam, żeby napisał o tym książkę, bo przecież ta cała jego historia jest niesamowita! Zaśmiał się wtedy głośno, tak dźwięcznie, tak młodo, jakby miał ponownie ze dwadzieścia lat i powiedział:
- Dziecko drogie, ja nigdy nie umiałem pisać, ale jeśli chcesz, możesz napisać o tym całe tomisko... I przychodź na tę ławkę, bo jak my z moją żoną pomrzemy, to kto będzie o niej pamiętał i kto będzie na niej siadał?
Więc tym wpisem niejako opowiadam Wam historię tego niezwykłego Pana, tej niezwykłej ławeczki... Przykro mi tylko, że nie jest to "całe tomisko" :)... Od tego dnia "odwiedzałam" tę ławkę wielokrotnie, chociaż  ponownie nie udało mi się już spotkać tego Pana. Wiem jednak, że przychodzi tam cały czas ze swoją żoną i Maksem. Wytropiłam kilka razy w śniegu ślady męskich i damskich butów, dziurki po lasce i ślady psich łap pod ławką... a tropicielem jestem świetnym :) Poza tym wszystkie pozostałe ławki były cały czas totalnie zasypane śniegiem, a ta jedna miała jako takie "dojście" i... lekko wysiedziany śnieg na deskach :)...  Któregoś mroźnego dnia, kiedy cały czas padał gęsty śnieg, przechodziłam tamtędy. Ławka była nieźle przysypana; najwyraźniej stali bywalcy jeszcze tego dnia jej nie odwiedzili. Zaczęłam odgarniać dłońmi śnieg z desek. Zauważył to facet posypujący czymś sąsiadujący ze skwerkiem chodnik. Przyglądał mi się z niedowierzaniem, robiąc oczy wielkości półdolarówki :) W pewnym momencie pyta:
- Co pani robi???
- Odgarniam.
- Ma pani zamiar tutaj siedzieć??? W taki mróz???
Wytłumaczyłam mu, że przysiądę tylko na minutkę, ale w ciągu dnia na pewno przyjdzie tutaj dwoje staruszków z psem i oni też zechcą usiąść. Patrzył na mnie, jakbym była jakaś nie teges, ale widząc, że nie żartuję, kazał mi przestać i chwilę poczekać. Patrzę, a on po chwili niesie jakąś szufelkę i odgarnia śnieg z ławki i kawałek dojścia. No, to mu w trakcie tej roboty napomknęłam coś więcej o tych staruszkach. Po skończonej pracy nawet ze mną na chwilę razem przycupnął :) Kiedy odchodziłam, krzyknął za mną, że nie mam się martwić - on codziennie odśnieży chociaż kawałek ławeczki... przynajmniej tak długo, jak długo będzie miał "przydzielony" ten teren... Nie mogłam sprawdzić, czy dotrzymał słowa, ponieważ między Świętami a Sylwestrem nie miałam czasu, by tam zajść, natomiast kilka dni temu, gdy tamtędy przechodziłam, nastała odwilż i śniegu już nie było... Ale to chyba kolejny dowód na to, że ławka ta wyzwala w ludziach pokłady empatii, sympatii, miłości... samych pozytywnych emocji...
     Magiczna ławeczka... Czym jest dla mnie???
     Siedziałam na niej w upalny, letni dzień, wypełniona szczęściem i miłością, czując, że dzieje się w moim życiu coś ważnego... Coś, na co być może nie byłam przygotowana, ale co pozwoliło mi dostrzec rzeczy i sprawy, o których nie miałam pojęcia, dodając mi jednocześnie skrzydeł i energii do zmierzenia się z rzeczywistością, która -tak mi się wtedy wydawało- miała nastąpić. W ten upalny dzień, na tej ławce, odkryłam nowe znaczenie słowa: "RAZEM"...
     Siedziałam na tej ławce z początkiem jesieni, kiedy sprawy w moim domu przybrały kiepski obrót. Chodziłam zmartwiona moim tatą, niewyspana... Dodatkowo robiłam kurs w Akademii Fotografii na Starym Rynku... Któregoś dnia byłam taka "chodząca na rzęsach", że wyszłam z kubkiem kawy, by chociaż na chwilę przysiąść na ławce i -wspominając cudowne chwile- poukładać sobie wszystko w głowie. Wtedy chyba podjęłam najważniejsze decyzje w moim życiu (okazało się - niepotrzebnie). Wszystko we mnie krzyczało: "TAK! TAK! TAK!", a ja odkryłam w sobie odwagę, determinację, zdecydowanie i siły do działania, o jakie siebie dotychczas nie podejrzewałam... Tamtego dnia przegonił mnie z ławki delikatny, jesienny deszczyk...
     Siedziałam na niej w samym sercu jesieni, kiedy skwetek przybrał barwy nostalgii, zadumania... I ja też byłam taka... jesienna... Smutna, zadumana, płacząca... Miałam wrażenie, że wszystko we mnie opada, jak liście z drzew... Późnojesiennie...
     Siedziałam na tej ławce, kiedy chwyciły pierwsze, łagodne mrozy i prószył pierwszy śnieg... I we mnie wszystko "zamarzło"... To, co buchało żarem, pokryło się grubą warstwą lodu... Gdzieś tam w środku jest, bo wiem, że jest - nie będę się oszukiwać, ale dookoła gruba, zbita, popękana warstwa lodu...
     Siedziałam w mrozie... I we mnie mróz... Wewnątrz komenda: "Uśpij serce. Włącz rozum. Rób to, co musisz. Precyzyjnie. Przegrupuj hierarchię spraw ważnych. Zajmij się czymś, żeby nie myśleć... Dzieci... Praca... Zwierzęta... Poszukiwania przyszłego domu... Od czasu do czasu przerywane wypadem z przyjaciółmi na imprezkę bluesową lub herbatę z cynamonem"...
     A co się stanie, gdy usiądę na magicznej ławeczce wiosną, kiedy promienie wiosennego słońca ogrzeją moją twarz? ;)... Zagadka... :)

     Gdzieś tam wiele, wiele wpisów wstecz, zamieściłam zdjęcie ławki, które postanowiłam przerobić na quilt. Przez wiele tygodni, krok po kroku, "rozbijałam" zdjęcie w programie komputerowym, projektując przyszłe "dzieło". Kiedy skończyłam, kazałam programowi wyliczyć liczbę kawałków, z których to powstanie. Wyszło 1000... Nie 999, nie 1001 - a równe 1000 :))) Roześmiałam się... sama do siebie... :)

Dzisiaj będzie skromnie. Poduszka bardzo stonowana w wyrazie. Surowa. Sprzedana... Wczoraj "poleciała" gdzieś daleko samolotem, ale nie śmiałam pytać, dokąd. Ma być prezentem :)

czwartek, 6 stycznia 2011

Co zrobić z resztkami? Uszyć patchwork :)))

Dzisiaj -dla niedowiarków- dowód na to, że patchwork powstaje czasami "z niczego" ;)... Po listopadowym szyciu bieżnika dla Strimy, ostał się pas pozszywany z nieregularnych skrawków biało-niebieskich tkanin. Jak na rodowitą poznaniankę przystało... hmm, hmm... żal mi było wywalić to do kosza ;P. Pocięłam na mniejsze kawałki, pozszywałam, doszyłam biały aplikowany panel, przepikowałam górę z ociepliną quiltingiem maszynowym... i oto powstała podusia :)))

Blog Roku 2010 - zgłoszenie do konkursu

Blog został zgłoszony do konkursu na Blog Roku 2010 w kategorii "Moje zainteresowania i pasje"
http://www.blogroku.pl/rusticnook,gwh0i,blog.html

środa, 5 stycznia 2011

Pomóżcie zwierzakom przetrwać zimę, bo...

...to dopiero półmetek! Do wiosny pozostało jeszcze wiele tygodni. Te, które mieszkają w naszych ciepłych domach, wiedzą, co to zima, tylko w czasie krótkich, kilkunasto..., no może ewentualnie kilkudziesięciominutowych spacerów. Dla tych bezdomnych, dzikich, marznących w schroniskach - zima trwa... 24 godziny na dobę :( Dosłownie :( Dlatego po raz kolejny proszę, wspierajcie swoją pomocą schroniska i przytuliska dla zwierząt, ponieważ codziennie docierają do mnie informacje, że sytuacja w nich jest nieciekawa (brakuje praktycznie wszystkiego, co niezbędne, zwłaszcza zimą). Zgłaszajcie, jeśli widzicie, że jakiemuś zwierzakowi z Waszego sąsiedztwa dzieje się krzywda. Dokarmiajcie ptaki...
     Dzisiaj apeluję głównie do wszystkich ludzi o dobrych sercach z zachodniopomorskiego (chociaż nie tylko). Fundacja "Pro Equo" prosi o dobry, mocny mikser (taki, który poradzi sobie z kośćmi drobiowymi ;P), a także o garnki, chochle, miski metalowe, koce, wykładziny, materace, ręczniki, poszewki, ścierki, poduszki... Telefon do Fundacji: 798-442-668; mail: proequo@gmail.com  Może znajdziecie w swoich domach rzeczy dla Was już zbędne, ale Fundacji (a przede wszystkim zwierzakom) bardzo potrzebne???
     Jak zima, to musi być zimowo... Zimowa Sunbonnet Sue... Na nartach :))) "Pojechała" do Belgradu :)