poniedziałek, 21 lutego 2011

Walczymy...

Wszyscy z czymś walczymy. Gdziekolwiek zerknę na znajomych - wszędzie walka. Dla jednych wiążąca się z przyjemnościami, z podążaniem do przodu, dla drugich - z brnięciem pod górkę... Wczoraj przeniesiono mojego tatę z sali intensywnej opieki na tzw. salę boczną. Nie ma z nim kontaktu. Nie wiem, czy nas rozpoznaje, czy słyszy, czy widzi, czy cokolwiek kuma... Już dawno nie rozmawiało mi się tak źle z lekarzami, jak teraz, na tym oddziale. Rozumiem, że stan zdrowia mojego taty jest tak chwiejny, tak dla nich samych nieodgadniony, że się w tym gubią. Jednakże sposób, w jaki rozmawiają z nami, powala mnie na kolana :/ Po przewiezieniu taty do szpitala, określono stan jako krytyczny. Za dwa dni pani doktor prowadząca, ku zdziwieniu nas wszystkich, stwierdziła, iż poprawa nastąpiła tak szybko, że za... kilka dni pacjent wróci do domu!!! Co prawda w stanie takim, jaki widzimy, czyli "roślinka". Pomyślałam, że wykorzystam tych kilka dni i wyskoczę do Ustki "służbowo", a tu dupa - następnego dnia rano: "stan bardzo ciężki". Zostałam... Kolejne dni... Stan bardzo ciężki, balansujący... Lekka poprawa... Stan krytyczny... Stan bardzo ciężki... Lekka poprawa... Stan bardzo ciężki... Któregoś dnia rozmawiam z panią doktor, pytam o tatę i słyszę:
- Przecież wczoraj już ktoś z rodziny pytał.
Odpowiadam, że wiem, ale minęła kolejna noc i część następnego dnia, więc chyba logicznym jest, że przy takim skaczącym samopoczuciu chcę wiedzieć, jaki jest obecny stan zdrowia taty. Na to pani doktor:
- Proszę pani, pacjent jest umierający od kilku miesięcy. Drugi tydzień umiera. Co ja mogę pani jeszcze powiedzieć? Proszę nie pytać częściej, niż co kilka dni.
Rozumiecie to??? Co kilka dni!!! Mój ojciec w stanie krytycznym, balansuje na granicy życia i śmierci, a ja mam pytać o jego zdrowie... co kilka dni!!!
Od soboty jego stan lekko się poprawił... Wojownik ;) Nie poddaje się ;)... Dzisiaj próbowałam go nakarmić (wyręczając zapracowaną pielęgniarkę). Jakaś płynna odżywka, ponieważ ma problemy z przełykaniem, krztusi się. Nie ma mowy o pokarmach stałych. Połowa posiłku podawana "na śpiąco" - nawet na moment nie otwiera oczu... Póki co, daję radę. W końcu za mną wolontariat z niepełnosprawnymi - dogoterapia, hospicjum, Monar. Trochę dawno to było, ale "oswojenie" tego pozostaje. Chociaż prawdą jest, że jeśli to dotyka naszych najbliższych, jest "inne"... Najbardziej pomaga mi jednak świadomość, że są ze mną przyjaciele i znajomi. W większości "na odległość", ale jednak tak blisko. Codziennie otwieram po kilka razy kompa i wszędzie -w mailach, na czacie, na GG- pytania: "Jak tato? Jak sobie radzisz? Pomóc? A może chcesz pogadać? A może chcesz wyskoczyć chociaż na godzinkę na kawę - oderwiesz się? A może przyjechać i ci w czymś pomóc?"... Kochani! Co ja bym bez Was zrobiła? Dla mnie to takie ważne, że o mnie pamiętacie... Ola, Sławek, Wielki Pies, Marysia, Darek, Bartek, Firefox, Adam, Aneta, Kris......
Tak, ale to moja walka, a walczą wszyscy... Adam, kolega wyciągnięty z psychicznego dołka, kilka dni temu wyprowadził się z domu. Domu - koszmaru... Cieszymy się razem z nim, chociaż nie tak miała wyglądać jeszcze cztery miesiące temu ta współodczuwana radość :(  Tak już w życiu jest - zawodzą kobiety, zawodzą faceci. Zawodzą ludzie... Z takich zawodów rodzi się samotność, strach przed "następnym razem"...
Firefox "walczy" szczęśliwie, realizując marzenie swojego życia... Pine Ridge... Walczy z mrozem, ze śniegiem, z kiepskim dostępem do internetu... Ze zrozumieniem tego, co wydawało mu się, że rozumie, a co w realiach okazało się mieć inny wymiar, mówić "innym głosem"... Chyba na NK napisał mi coś w stylu: "Dopiero teraz zaczynam cię rozumieć". Chyba jednak do końca nigdy mnie nie zrozumie :/
Kto jeszcze walczy szczęśliwie? ;)... Szczęśliwie walczą Nasze ukochane warsztatowiczki ze Starego Browaru ;) Walczą z nowymi maszynami, z nowopowstałymi blogami, z pomysłami piętrzącymi się w głowach, z nowymi patchworkowymi technikami i... z tęsknotą za wspólnymi pogaduchami, za "śmichami-chichami" w "Pracowni" na Woźnej u Pani Ani P... Za lumpeksem przy Rynku Łazarskim pewnie też ;P

Dzisiaj poducha w technice chenille - tej, która zrobiła taką furorę na warsztatch, szczególnie w pierwszej grupie. Quilting maszynowy, ukrywa w sobie kilka serduszek i napisik: "love". To taka poducha "od serducha" ;)

wtorek, 15 lutego 2011

Powarsztatowo... Powalentynkowo...

     Najwyższy czas podsumować warsztaty ;) Jak wypadły??? Świetnie!!! Myślę, że do takich wniosków doszłam nie tylko ja, czyli prowadząca ( czytaj: belfer :D ), ale też uczestnicy ( ;P) i organizatorzy ( Strima i Stary Browar )... Bardzo fajnie prowadziło mi się te warsztaty, i to zarówno z grupą dziewczyn "raczkujących" w patchworku, które przyjechały kompletnie "zielone" i w ciągu 5-ciu dni musiały posiąść wiedzę ooooogromną ( tak, tak... nie oszczędzałam ich ;P ), jak i z grupą dziewczyn patchworkujących. Ile z tego wyniosły? Jak się sprawdziłam? Nie mi oceniać ;) Trudno w ciągu 5-ciu dni ( a właściwie dwóch, gdyż trzy dni były przeznaczone na uszycie pracy wspólnej ) przekazać skomasowaną wiedzę na temat historii patchworku, form użytkowych, technik wykonania, pracy z tkaniną... pokazać "sztuczki" ułatwiające pracę... pomóc przy projektowaniu i wykonaniu... odpowiadać na pytania ( w tym także mediów ;P )... a czasami samej usiąść do maszyny i szyć ;)... No, ale najważniejsze, że uczestniczki świetnie się bawiły, nawiązały ze sobą fantastyczny kontakt, który zaowocuje z pewnością nowymi, "patchworkowymi" przyjaźniami, co należy rozumieć w sensie dosłownym, gdyż stanowiłyśmy prawdziwy "patchwork" wieku, charakterów, temperamentów, miejsc pochodzenia, zawodów, zainteresowań, urody ;))) Ale chyba właśnie to pozwoliło nam spojrzeć na siebie z sympatią i zainteresowaniem... i spowodować, że już za sobą tęsknimy :(  Chociaż... Nie wiem, czy akurat za mną tęsknią, bo w pierwszej grupie musiałam raz krzyknąć i tupnąć nogą, a w drugiej grupie - dwa razy ;P ;P ;P
     Tak... Wracam przeto powoli do rzeczywistości, do dnia codziennego, chociaż trudno mi i smutno... Zaległości w papierach, prace poodkładane przed warsztatami, które należy skończyć... Mój tato nadal w szpitalu po rozległym udarze ( dzisiaj lekarze określili stan jako "bardzo ciężki, balansujący" ) - praktycznie kontakt z nim zerowy; nawet nie wiem, czy cokolwiek słyszy )... Nastąpił wysyp zamówień i zapytań, co akurat ogromnie mnie cieszy, bo kocham swoją pracę. W ogóle - po tych warsztatach jakoś tak wzrosło znacząco zainteresowanie moimi pracami, tudzież możliwością prowadzenia przeze mnie kursów i warsztatów ;P Czyżbym dobrze tłumaczyła ;P... Aaaa, no i kolejny raz musiałam odłożyć na później mój wyjazd do Ustki po "wyrzutki". Pewnie pojadę, jak się ociepli. Byle szybko, bo projekty czekają na realizację, a ja nie mam materiałów :/
     Jako, że wczoraj były Walentynki, wrzucę jeszcze dwie art-quilt'owe makateczki. Takie "bliźniaczki" tych poprzednich ;)... U mnie w tym roku Walentynek niet - single tak mają... ale wyrazy sympatii płci obojga były, czyli wszystko w normie ;)  W końcu "sama" nie oznacza "samotna"... czy też "samotna" nie oznacza "sama". Jakoś tak się mawia ;P


     Ach! Zapomniałam jeszcze dodać, że fajne fotki porobił nam Karol L.Wysmyk i można kilka zobaczyć na Jego blogu:  http://wysmyk.blog.pl/archiwum/?rok=2011&miesiac=2  ...W ogóle - niezwykle sympatyczny chłopak i utalentowany fotograf. Polecam, gdyby ktoś miał jakieś "fotograficzne" zlecenie. Pracuje tak dyskretnie, że wcale nie zauważa się jego obecności, co nie krępuje osób fotografowanych ( wiem, co mówię, ponieważ sama panicznie boję się obiektywu ;P ).
     No, to może jeszcze dwa linki do filmików, na których Shayneen, ją-ją-jąkając się i zasuwając, jak katarynka, powiedziała kilka zdań "do kamery", udowadniając tym samym, że jest osobą kompletnie niemedialną :)))))

http://glos.tv/?p=5494

http://www.facebook.com/video/video.php?v=163763820340847&oid=218303025570&comments&ref=mf