niedziela, 27 listopada 2011

Czy łatwo mnie rozbawić?

Okazuje się, że łatwo! Dwa obrazki z życia wzięte, które rozbawiły mnie do łez - pierwszy, tak naprawdę na wesoło, a drugi... No cóż. Ten drugi wywołał we mnie tyleż samo rozbawienia, co i konsternacji.
Obrazek pierwszy - właściwie w dwóch aktach ;)
Jest początek lipca. Głośny dzwonek do drzwi wyrywa mnie ze stanu głębokiego zaczytania (tytułu już nie pamiętam). Jeszcze nie zdążyłam całkiem otworzyć drzwi, gdy przed moimi oczami pojawiła się płachta papieru (okazała się być kalendarzem), a za nią postawna postać, która nie pozostawiając mi wyboru i nie dając złapać oddechu zarzuciła mnie głośnym:
- Dzień dobry. Szczęśliwego Nowego Roku życzą kominiarze!!!
W stanie totalnego zaskoczenia, w pierwszym momencie próbowałam... odnaleźć się w czasie, bo zaczęło mi się kotłować w głowie, czy aby czegoś nie przespałam, czy stan zaczytania nie przesunął mnie o pół roku, czy też jeszcze cóś innego. Zdrowy rozsądek podpowiedział mi jednak, że wszystko wskazuje na to, iż znajdujemy się w siódmym miesiącu Roku Pańskiego 2011 - upał i palące słońce za oknem, moja sukieneczka na ramiączkach i bose stopy, jak również krótkie gacie, japonki i odkryte, mocno wytatuowane, muskularne ramiona kolesia, trzymającego na wysokości moich oczu wspomniany już kalendarz. Przeto, mocno zdziwiona, zapytałam:
- Przepraszam bardzo, ale te życzonka to na ten rok, czy na następny, bo coś mi się mocno wydaje, że mamy dopiero środek lata?
- Na następny, droga pani! Wie pani, Poznań duży, więc z życzeniami zaczynamy chodzić już w lecie, aby żadnego mieszkańca nie ominąć!
Zarówno cała sytuacja, jak i argumenty i determinacja "kominiarza" doprowadziły mnie do tego stopnia rozbawienia, iż dałam kolesiowi zarobić kilka złotych, stając się jednocześnie szczęśliwą posiadaczką kalendarza formatu A4, w maksymalnie czterech kolorach, z tradycyjnym kominiarczykiem, taszczącym na ramieniu drabinę. Design niezwykle prosty i wymowny ;P
Akt drugi... Ostatnie, piątkowe popołudnie. Dzwonek do drzwi. Otwieram i oczom moim ukazuje się błyskawicznie ten sam kalendarz, w dłoni tego samego "kominiarza". Uszy moje bombarduje ten sam tekst, co prawie 5 miesięcy temu. Tym razem nie zamierzam "powielać" rzeczy już raz nabytej, więc grzecznie acz stanowczo, jak to się dzisiaj mówi - asertywnie, odpowiadam:
- Wie pan, już na początku lipca uszczęśliwił mnie pan identycznym kalendarzem, więc dziękuję, ale nie skorzystam. Jeden mi wystarczy.
Na co koleś, najwyraźniej dobrze przygotowany na taką sytuację, błyskawicznie wypala:
- Wiem, wiem, ale tamten był... przeciwpożarowy, od Św. Floriana, a ten jest świąteczny (!!!)
Parsknęłam takim śmiechem, że nijak nie mogłam się uspokoić przez cały wieczór, przenosząc to rozbawienie na resztę domowników. Kalendarza oczywiście nie nabyłam. "Kominiarza" zbyłam jedynie przeczącym ruchem ręki, gdyż moje gardło, zdławione śmiechem, nie było w stanie niczego innego z siebie wydobyć. Jedno jest pewne - może Święta będą kiepskie, ale z pewnością w przyszłym roku nie spłonę, już Św. Florian o to zadba ;D
Obrazek drugi... Dzisiejsze przedpołudnie. Dzieciaki oglądają "Dzień Dobry TVN". Wchodzę do pokoju w momencie, gdy Kasia Cichopek, spowita w gustowny fartuszek kuchenny, prowadzi wywód na temat zdrowego odżywiania, podpierając się przykładem swojego trzyletniego synka, Adasia. Stwierdza, że jej pociecha nie wie, co to słodycze, ponieważ nie wyobraża sobie jej na fotelu dentystycznym ;/ Pomyślałam: "Hmm... W końcu i dziecko z garniturem nieskazitelnie zdrowych i białych ząbków musi pewnego dnia na tym fotelu zasiąść". Pani Kasia kontynuuje i opowiada, jak to Adaś ostatnio w ręce przedszkolnego kolegi po raz pierwszy zobaczył... lizaka (!) i zapytał: "A co to jest?". Na co pani Kasia, z rozbrajającym uśmiechem, odparła: "A ja mu powiedziałam, że to piłeczka na patyczku"... !!! ... Parsknęłam śmiechem, ponieważ rozbawiła mnie zarówno głupota płynąca z tejże odpowiedzi, jak i zachwyt obecnych w studiu telewizyjnym redaktorów nad elokwencją i "podejściem pedagogicznym" Pierwszej Matki Rzeczypospolitej. Zastanawia mnie bowiem, co zrobi pani Kasia, kiedy pewnego dnia Adaś natknie się w piaskownicy na kolejnego kolegę z lizakiem i powie:
- O, masz piłeczkę na patyczku!
A tamten mu na to:
- To nie piłeczka, tylko lizak. To się liże i jest bardzo słodkie.
Cóż się wtedy stanie z rodzicielskim autorytetem pani Kasi? Polegnie!!! Bo wyjdzie na to, że mama okłamała własne dziecko! No chyba, że powie:
- Wiesz, synku, mamusia nie wiedziała, że to "coś", to lizak i służy do lizania.
Czyli jedno kłamstwo zrodzi kolejne kłamstwo, i kolejne, i kolejne... Jak dziecko może wierzyć mamie, która od najmłodszych lat wciska mu takie bzdury?! Ktoś powie, że to niekoniecznie kłamstwo lecz "prawda niekompletna". Dla mnie PRAWDA jest PRAWDĄ, a KŁAMSTWO - KŁAMSTWEM! Białe albo czarne. Między prawdą, a kłamstwem nie ma "szarego" pośrodku, nawet w przypadku małego dziecka! Czy nie lepiej od razu powiedzieć: "Synku, to jest lizak. Jest bardzo słodki, psują się od niego zęby i wolałabym, żebyś go nie jadł. Mama też nie je lizaków"? No ale cóż, skoro współczesny, medialny autorytet w dziedzinie: "jak być idealną kobietą, żoną i matką" twierdzi, że lepiej jest przed trzylatkiem zgrywać, że lizak jest "piłeczką na patyczku", to niech inni tego "autorytetu" słuchają - ja, matka z długoletnim stażem, nie zamierzam ;/
A dzisiaj, skoro troszkę o dzieciach było, moja ostatnia praca - misiek w czerwono-białą kratkę...
Biały jak niewinność i czerwony jak energia...Misiaczek otrzymał imię Natan, na cześć pewnego dwulatka o imieniu Nataniel, którego nikt nie chce, tłumacząc, że Natan jest "dzieckiem wybitnie trudnym" :((( Ja jednak jestem pewna, że Nataniel wyrośnie na wyjątkowego, wartościowego człowieka i udowodni wszystkim, jak bardzo się mylili. Wystarczy tylko, by dano mu szansę, by ktoś w niego uwierzył! Wiem nawet, kto tę szansę mógłby mu dać, ale czy się uda??? :(((

poniedziałek, 14 listopada 2011

Poniedziałkowy poranek

Na zewnątrz mróz. Dogrzewam się zieloną herbatą z trawą cytrynową i zerkam przez kuchenne okno. Dzisiejszy poranek niczym z bajki o Królowej Śniegu. Wszystko pokryte sporą warstewką szronu. Najbardziej chyba jarzębinowe drzewo, rosnące naprzeciwko okna. Srocze gniazdo, którego obecności latem można się było domyślać jedynie po przylatujących i odlatujących domownikach, teraz odkryte przed całym światem, niejako "zdradzone" przez opadłe liście, wygląda dzisiaj niczym ptasie igloo. Co ciekawe, świerk rosnący tuż obok jarzębiny, pokryty jest tym białym cudeńkiem jedynie na wysokości 2/3 od góry; dolna 1/3 zielona, a trawa pod nim także pokryta szronem... Powinnam wyjść na zewnątrz i pstryknąć kilka fotek, ale akumulatory "wiszą" w gniazdku i nabierają mocy ;) Wczoraj zdechły całkowicie przy fotografowaniu aksamitnych kopertówek.
Hmm... Poniedziałkowy poranek... Muzycznie umila mi go Staszek Soyka na zmianę z Tadkiem Nalepą - akurat na nich dzisiaj miałam ochotę. Zwierzaki spokojnie śpią, uwalone u moich stóp, a ja, skąpana w nostalgii listopadowej, ponownie potknęłam się o dołek z przeszłością... Cóż, czas zabrać się za pracę i jej planowanie na najbliższy tydzień. Jeszcze tylko kilka wpisów w KPiR i spakowanie kolejnej paczki do wysyłki. Ogólnie ubiegły tydzień był bardzo "paczkowy" - jakoś tak zbiegło mi się dużo wysyłek do klientów plus duuuża paczka do Warszawy na kiermasz "Pakamery". Notabene zdziwiona jestem, że aż tyle moich prac zostało zatwierdzonych na ten kiermasz, tym bardziej, że na forum pakamerowym dziewczyny ciągle się skarżyły, że tej odrzucono, tamtej odrzucono. Nie liczyłam na zbyt wiele, aż tu taka miła niespodzianka ;)... Dobra, spadam do pracy... Oho! Największe zwierzę właśnie się obudziło, spojrzało na mnie sennym, a jednocześnie zdziwionym wzrokiem... i śpi dalej ;) A na parapecie kuchennym przysiadły przed kilkoma minutami dwie sikorki, pokiwały główkami, prześwidrowały mnie swoimi czarnymi, wesołymi oczkami, po czym odleciały. Chyba najwyższy czas i dla nich wywiesić za oknem jakiś smakołyk ;)

Poduszka z falą ;)

niedziela, 13 listopada 2011

Zwierzęta...

Dzisiejsze popołudnie poświęciłam na zaległą, papierkową robotę w animalsach. Przez cały czas byłam "widoczna" na GG i bez przerwy przychodziły do mnie wiadomości typu: "Jestem po ciężkiej interwencji"... "Zdejmowałam z szosy owczarka potrąconego przez samochód. Nikt we wsi, przez którą przebiega droga nie przyznaje się do niego"... "Byliśmy w piątek na interwencji. Dwa psy, w fatalnym stanie, musieliśmy zabrać natychmiast"... I jeszcze kilka w podobnym stylu :( Powala mnie, kiedy widzę, w jaki sposób traktuje się zwierzęta. Znieczulica, egoizm, bezmyślność, okrucieństwo... Nie ma miesiąca... Ba! Nie ma tygodnia, by nie bombardowano nas wiadomościami o sadystycznych "wyczynach"...hmm... człowieka względem zwierzęcia. Pierwsze z brzegu linki, których jeszcze nie usunęłam z komputera:
http://www.tygodnikprudnicki.pl/1,7676,0,7.html
http://www.tvn24.pl/12690,1710303,0,1,wyrzucila-psa-z-trzeciego-pietra-byla-pijana,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/12690,1714308,0,1,skatowane-psy-na-torach-ocalala-tylko-ciuchcia,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/0,1721124,0,1,wiezienie-za-znecanie-sie-nad-psem,wiadomosc.html
http://www.tvnwarszawa.pl/informacje,news,wyrzucil-psa-z-8-pietra,297575.html
http://www.mmkrakow.pl/380591/2011/7/28/wegorzewo-zgwalcil-konia-moze-odpowiedziec-za-znecanie-sie-nad-zwierzetami?category=spozaMiasta
Żeby nie było, że problem jest tylko nasz "narodowy":
http://www.papilot.pl/lifestyle-ciekawostki/15471/Zabili-konia-i-urzadzili-krwawa-sesje-foto.html
Duża część winy ciąży na naszym wymiarze sprawiedliwości, który tłumacząc takie okrucieństwo "niską szkodliwością czynu" bądź "brakiem dostatecznych dowodów", wymierza wyroki raczej "w dolnej strefie stanów średnich", żeby nie powiedzieć... niskich :/ Pierwszy przykład z brzegu. Słynna sprawa biznesmena Krzysztofa K. o znęcanie się nad końmi w hodowli w Prądzewie. W kwietniu zapadł wyrok: 10 miesięcy pozbawienia wolności plus grzywna i kary pieniężne. W październiku dotarła wiadomość, że sąd jednak zawiesił te 10 miesięcy na... 5 lat! :/// Dlatego tym większe słowa uznania należą się sędziemu, który w Opolu wymierzył karę maksymalną - 2 lata!!! Pierwszy taki wyrok w Polsce!!! Może ta sprawa spowoduje, że sędziowie częściej dostrzegą, iż znęcanie się nad zwierzakami nie zawsze ma "niską szkodliwość", a ci, którzy zamierzają na te zwierzęta rękę podnieść, pomyślą dwa razy, zanim to zrobią.
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114883,10592107,Dwa_lata_wiezienia_za_zabicie_psa.html
Jeśli ktoś jest wrażliwy, lepiej by pod podanym linkiem nie powiększał zdjęcia :(
Hmm... Całe szczęście, że są na tym świecie ludzie, którzy kochają swoje zwierzaki miłością "bezwarunkową" ;) Ostatnio opisywałam, jak to dokładnie w poprzedni weekend, transportowaliśmy konie do domu tymczasowego. W połowie tygodnia właściciel stęsknił się za nimi tak bardzo, że konieczne stały się "odwiedziny" :D Wczoraj w nocy Kamil, nasz słupski animals, musiał wyruszyć w kilkusetkilometrową podróż, aby zawieźć właściciela, Pana B., do jego pupilków :D "Odwiedziny" przebiegły podobno w atmosferze obopólnej "szczęśliwości", a teraz, kiedy to piszę, Pan B., już spokojniejszy, został odtransportowany do domu; Kamil ma jeszcze jakieś 15 km do Słupska ;) Kamilu, dobra robota ;) Spokojnej nocy ;)
Coby atmosferę nieco uspokoić, dzisiaj kotki - zawieszki w crazy patchworku.


No, i może jeszcze gołąb, "zdjęty" przeze mnie kiedyś podczas spaceru ;)

czwartek, 10 listopada 2011

Padłam...

...i leżę :/ Chyba grypsko jakieś paskudne... Katar, ból gardła, pleców, łokci, kolan... wszystkiego. Stawiam się na nogi aspirynką i herbatą z cytryną, a czas spędzony w łóżku dzielę między net i lekturę... Przy okazji - jeśli ktoś lubi książki wyciskające łzy z oczu, polecam "Sztukę ścigania się w deszczu" Gartha Steina. Przepiękna, wzruszajaca historia, opisana przez...psa!

Poduszka uszyta techniką chenille. Pięć warstw + aplikacja.

poniedziałek, 7 listopada 2011

...

Czym dla mnie jest czas przeszły? Czym są wspomnienia? Zdałam sobie sprawę, że wszystko, co było, co budzi wspomnienia, ma jeden czas. Nie wiem jaki, ale wszystko trafia do jednego worka w mej pamięci i... jest. W czasie bliżej nieokreślonym, dla każdego wydarzenia tym samym. Bez względu na to, czy miało to miejsce 20 lat temu, roku temu, czy przed miesiącem. Tak, wszystko, co było, choć wymieszane, jest... jednym czasem...
Miasto X... Siedzimy z Kamilem w małej kawiarence w galerii handlowej. Czekamy na weta, a jakieś 30 kilometrów stąd czekają na nas konie, gotowe do przetransportowania do domu tymczasowego. To cud, że udało się wszystko załatwić. Zostały w ten sposób uratowane przed pewną śmiercią, a właściciel, który kocha je całym sercem, kiedy wykaraska się z trudnej sytuacji, ma gwarancję, że je odzyska. Mimo wszystko, chcemy pogadać z wetem sam na sam, bez właściciela. Nie wiem, jak Kamil to załatwił, ale wet okazuje się "filantropem" - zbada konie przed transportem za przysłowiowe friko. Chcemy mieć pewność, że nic im nie zagraża, że są całkowicie zdrowe... Kamil... Rozumiemy się świetnie. Może dlatego, że obydwoje zaliczamy się do tzw. animalsów "bezpartyjnych" - działamy i jesteśmy tam, gdzie nas potrzebują... Zamyślam się nad filiżanką kawy... Miasto X... Nagle zdaję sobie sprawę, że praktycznie w każdej chwili mogę się natknąć na Niego. W tej kawiarni, za rogiem ulicy, na przejściu dla pieszych... Jak byśmy obydwoje zareagowali? Czy mimo zaskoczenia powiedzielibyśmy sobie chociaż zdawkowe: "cześć", czy też przeszlibyśmy obok siebie, udając, że się nie znamy? Hmm, byłam tylko nic nieznaczącym epizodem. Kaprysem chwili. Potrzebowałam czasu, żeby to odkryć, zrozumieć, skojarzyć fakty... Kamil wyrywa mnie z zamyślenia:
-Ej, Małgoś! Żyjemy! Zamyśliłaś się... Ty ciągle o tych koniach?
-O koniach też... O koniach też... Powiedz mi, jak wam się tutaj żyje, mieszka... w tym mieście. Tak ogólnie...
-Tak ogólnie, to... Właściwie, nie wiem... Ogólnie, miasto uchodzi za nieco skostniałe. Tak myśli duży procent mieszkańców. Spore bezrobocie... Wiesz, jakieś dziwne zatrudnianie na czarno, na dziwne umowy o dzieło. Trudno znaleźć pracę, w której legalnie cię zatrudnią, sprawiedliwie zapłacą, odprowadzą ZUS. Wkurza mnie, kiedy ktoś mówi, że ma pracę, a buja się bez zarejestrowania, dając się wykorzystywać. W sumie nie ma pracy! Ale tak tutaj pracuje bardzo duży odsetek ludzi w wieku produkcyjnym... Wielu wyjechało za pracą. Niektórzy wrócili, inni nie...
-A poza pracą?
-Poza pracą... Niewiele tutaj się dzieje. Taka trochę kulturalna pustynia. Od czasu do czasu ściągną jakąś "gwiazdę", ale często już przygasłą (śmiech)... Mamy dobry teatr, ale sama wiesz, jak jest z zamiłowaniem społeczeństwa do sztuki teatralnej... Jeśli chodzi o szkolnictwo wyższe, to też nie ma wielkiego wyboru. Chcąc studiować na ciekawych kierunkach, musisz jechać do K. lub G. - to najbliższa alternatywa... albo dalej: Warszawa, Poznań, Wrocław, Kraków... To, co mnie by interesowało, najbliżej mam w Szczecinie, ale wiesz, jak jest z moją mamą. Nie zostawię jej samej. SM postępuje. Bywa, że po domu chodzi z balkonikiem. Problemem są schody. Ostatnio strasznie poszedł wzrok - podwójne widzenie itd...
-No, właśnie... A służba zdrowia???
-Ooooo, chyba już gorzej być nie może! Chociaż, podobno ostatnio miasto dostało w tej dziedzinie jakąś tam nagrodę! (śmiech)... Ja wożę mamę do G., bo do tutejszych specjalistów jakoś nie mamy zaufania.
Rozmowę na etapie służby zdrowia przerywa nam facet, który okazuje się być umówionym wetem. Sympatyczny, zrównoważony... Widać, że przejął się sprawą koni i chce pomóc ze zwykłej, ludzkiej życzliwości... Dogadujemy szczegóły. W życiu nie usłyszałam, żeby ktoś udzielił nam tylu dobrych rad... Pozostaje kwestia podjechania na miejsce i zbadania koni. Nasz "doktorek" ma jednak od rana jakieś problemy z autem i musi je oddać do warsztatu, więc zabieramy go autem Kamila. Potem przywieziemy go z powrotem... Miasto X zza szyb auta. Ładne miasto. Na pierwszy rzut oka nie widać tych problemów, o których wspominał Kamil ;) Ale czy ja zerkam przez to okno, wypatrując problemów, czy może...???
   Gospodarstwo... Animalsi uwijają się, pomagając właścicielowi, bo przecież darmowy pobyt do czegoś zobowiązuje ;P Wet zaskoczony świetną kondycją koni:
-Jestem zszokowany! To dzisiaj rzadkość, by ktoś dbał o konie bardziej, niż o siebie. One są w świetnym stanie! Żal, że muszą opuścić to miejsce. Teraz tylko się módlcie, żeby facet wygrzebał się jak najszybciej z kłopotów i mógł je przyjąć na nowo...
Hmm, no ja nie wiem, czy akurat tutaj modlitwa wystarczy :/ Oby...
   Konie okazały się zdrowe. U jednego jakiś mały problem z oczami, ale doktorek zaoferował się, że kiedy podrzucimy go do domu, da nam jakiś lek za friko... Chwila przerwy, kawa z gospodarzem i powrót do X. Późne popołudnie...
   Kiedy wjeżdżamy do X. jest już ciemno... Doktorka do domu, lek dla końskich oczu do torby... Kamil w aucie łapie za komórkę:
-Małgoś, sprawdzę tylko, co u mamy. Co prawda śpi u nas dzisiaj mamy przyjaciółka... Mówię do niej: "ciociu"... ale wolę sprawdzić. Taki ze mnie nadgorliwy synalek (śmiech)...
Krótka rozmowa "mamy z synalkiem"...
-Trochę zmiana planów. Podjedziemy do mnie do domu. Muszę zabrać z domu jakieś mięso z lodówki, wziąć klucze, zawieźć do tej cioci i wpakować jej do zamrażalnika, bo do jutra ponoć nie może leżeć.
   No, to jedziemy... Typowe blokowisko. Trzecie piętro... Sympatyczna mama, sympatyczna przyjaciółka - ciocia ;)... I przymusowa kolejna kawa ;)
   Z kolei mieszkanie "cioci" okazuje się być w zupełnie innej "architektonicznie" części miasta... Kiedy mięso leży już bezpiecznie w zamrażalniku, Kamil wpada na pomysł:
-Chodź, zobaczysz chociaż kilka naszych ulic nocą (śmiech).
   Oj, już po kilku minutach nie zgadzam się z moim "bratem - animalsem" co do "skostniałości" miasta X ;) Najpierw mija nas grupa "barwnie" rozbawionych dziewczyn, wyraźnie "pod wpływem"... no, ale przecież mamy sobotni wieczór, więc wolno ;)... Następny obrazek - śpiący na ławce kloszard, a pod nim wielka kałuża. Najwyraźniej nie zdążył... Następna ulica. Lekko hałaśliwie, ruchliwie. Trochę ludków przed jakimś lokalem.
-Jakiś klub???
-Eeee, tam... Zaraz klub (śmiech). Zwyczajny pub. Często tutaj "grają". Dzisiaj podobno "Closterkeller"... O, widzisz, mówiłem, że przygasłe gwiady zapraszają? (śmiech)
-No, coś ty! Nie grzesz! "Closterkeller" to kultowa muza! Sama bym posłuchała!
Rzut okiem na nazwę pubu i wybucham śmiechem:
-Ej, oni tak sobie wzajemnie robią reklamę? Obrazek niczym z Kafki :D
Nazwa pubu okazuje się być zlepkiem dwóch ostatnich sylab nazwy zespołu!!! Gra słów! Zbieg okoliczności! :D
-Przejdziemy jeszcze tą ulicą i drugą stroną wrócimy do auta- objaśnia Kamil trasę naszej wieczornej wędrówki.
Gadka - szmatka o pierdołach... O realiach animalsowej działalności, o tym, co spowodowało moje zamyślenie przy kawie w kawiarni (bez wdawania się w "osobowe" szczegóły), o życiu, o problemach...
-Wiesz, martwię się o moją mamę. Niepełnosprawność postępuje i postępować będzie. Rozmawiałem z lekarzem. Przeraża mnie to, że pewnego dnia nie będę umiał jej pomóc.
Opowiadam, jak to było z moim tatą. Ostatnie tygodnie... Może to doda mu otuchy, że jak trzeba, to człowiek musi dać radę.
-Wiem, jak to jest, kiedy chcesz pomóc i nic nie możesz zrobić... Z moim tatą najgorsze były ostatnie noce, kiedy musiałam przywiązywać mu w miarę sprawną rękę do łóżka, żeby nie wyrywał sobie cewnika i nie robił krzywdy. To takie niegodne człowieka... Ale i tak raz nie upilnowałam. Do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, że nie obudziłam się na czas... Piekło, mówię ci, piekło!
-Oj, piekło, piekło! - zaśmiewa się Kamil
Przez moment nie wiem, o co biega.
-Jak ty to mówisz, znów obrazek, jak z Kafki (śmiech). Wiesz, że ta ulica, którą idziemy, nazywa się Piekiełko???
-Żartujesz?! Poważnie?!
-Noooo, poważnie. Piekiełko!!!
Ryczymy ze śmiechu... Droga do auta przebiega nam w stanie totalnego rozbawienia... Opowiadamy sobie najzabawniejsze "skecze" z animalsowych interwencji :)... I tak już przez całą drogę powrotną. Ponad 30 kilometrów "łzawych" opowieści... "łzawych" ze śmiechu :D
   A konie... Konie następnego dnia wyruszyły do swojego nowego domu tymczasowego. Już są na miejscu, czują się dobrze. Mamy nadzieję, że wszystkie sprawy tak się potoczą, że szczęśliwie będą mogły wrócić do swojego właściciela i to już niedługo...
   Kolejny pled... Z samych kwadratów, milutki i mięciutki, bowiem znaczna jego część powstała z... flaneli ;) Sprzedany. Dzisiaj pojechał do Warszawy ;)