sobota, 29 grudnia 2012

Prośba: zadbajcie o bezpieczeństwo swoich zwierząt w Sylwestra!

Jeszcze dwa dni do Sylwestra, a my, animalsi, już mamy pierwsze niepokojące zgłoszenia. A to komuś pies zerwał się ze smyczy, a to znaleziono jakieś trzęsące się nieszczęście z obrożą lecz bez chipa w krzakach nad Wartą, a to biegający kundelek, ciągnący za sobą smycz i nie dający się złapać, za którym kolega - animals ugania się przez pół Poznania... Od kilku dni słyszymy durne, "próbne" wystrzały, chociaż podobno przepisy mówią o tym, że można tylko w Sylwestra i Nowy Rok :/ Tylko kto to kontroluje? Najbardziej, jak co roku, cierpią na tym nasze zwierzaki. Dlatego proszę Was, dla dobra naszych zwierząt i naszego spokoju, przypnijcie chociaż na tych kilka dni swoim zwierzakom adresatki z imieniem zwierzaka i swoim numerem telefonu. Nawet, jeśli zwierzak jest zaczipowany, adresatka daje o wiele więcej. Jeśli ucieknie nam psiak, a znajdzie go jakaś prywatna osoba, to wiadomo, że nie jest ona w posiadaniu czytnika czipowego i łatwiej namierzy nas po adresatce. W ogóle, wtedy cała "procedura poszukiwawcza" staje się o wiele bardziej skuteczna nawet dla nas - animalsów.
Słyszałam wielokrotnie tłumaczenia właścicieli, że ich pies nie potrzebuje, ponieważ nie boi się wystrzałów, wręcz stanowi to dla niego sygnał do zabawy. Zgadza się - są też takie psy, ale pamiętajmy, że nawet jeśli pies przejawiał tego typu "fascynacje" przez kilka lat, to nie mamy pewności, że w tym roku będzie tak samo. To żywa istota, której "preferencje" także z wiekiem się zmieniają! To troszkę tak, jak z nami: kiedy byliśmy dzieciakami, fascynował nas huk, petardy, błyski itd., ale z biegiem lat nam przechodzi i dzisiaj niekoniecznie lubimy cały ten "sylwestrowy bałagan"!
W ubiegłym roku mieliśmy przypadek owczarka niemieckiego, który zareagował strachem na huk petard za płotem, u sąsiada, przeskoczył wysoki płot... i tyle go widziano. Na szczęście animalsi znaleźli go po tygodniu. Właściciele właśnie tym się tłumaczyli, że pies NIGDY przedtem nie reagował strachem. Hmm... Nigdy, aż przyszedł ten pierwszy raz, niestety :(
Dlatego proszę Was, jeśli dotychczas tego nie zrobiliście, byście poświęcili kilka minut, porobili adresatki i natychmiast przypięli do obroży swojego pupila! To nie musi być nic skomplikowanego o "artystycznym" wyrazie ;) Ot, zwykły kawałek plastiku, sztywnej folii, na której napiszecie niezmywalnym markerem imię psa i swój numer telefonu. Dziurka zrobiona dziurkaczem lub grubą igłą, kawałek sznurka, mocnej nitki, żyłki i... o ileż bezpieczniejszy będzie Wasz zwierzak, a Wy spokojniejsi!

Nigdy tego nie robię, ale jeśli tym razem podlinkujecie ten post na swoich blogach, fejsie czy gdziekolwiek, to się nie obrażę, a wręcz przeciwnie - uznam, że przyniesie to wszystkim wielką korzyść.
W imieniu swoim, wszystkich animalsów w Polsce i... wszystkich zwierzaków z góry dziękuję ;)





środa, 26 grudnia 2012

W świątecznym zadumaniu...

Boże Narodzenie to dla mnie zawsze czas przemyśleń. Nie chodzi mi jednak o "zadumania" religijne, ponieważ ta otoczka religijna związana ze świętami jest mi obca, ale o takie zwykłe, ludzkie podsumowania. W tych dniach, jak w żadnych innych, wspomnienia tego, co się wydarzyło, bombardują mnie emocjonalnie ze zdwojoną siłą. Podwójnie cieszą rzeczy dobre, które miały miejsce w minionych miesiącach, podwójnie bolą też krzywdy wyrządzone na mojej osobie. To takie uczucie rozpierającej od wewnątrz radości, zroszone łzami kapiącymi do środka... Trzy dni przeznaczone na rozrachunek ze światem i samym sobą...
To takie dni, kiedy "wyłazi", kto jest ze mną, a komu ze mną nie po drodze. Stąd te moje słynne już wśród znajomych "kartki oczyszczające", które piszę mniej więcej od połowy października, by zdążyć przed wigilijnym porankiem i wysłać je masowo. "Kartki", które w mniejszej bądź większej ilości zdań zawierają słowa: dziękuję za... , przepraszam za... , proszę o..., pamiętam, że..., chciałabym,  aby... i wiele innych, którymi za coś chcę podziękować, którymi coś chcę naprawić, w których chcę czegoś życzyć. W tym roku wysłałam ich 56, spośród 58 napisanych (z dwóch "wstrzymanych" jedna poszła do "kosza", gdyż stwierdziłam, że wysłanie jej nie ma już sensu, druga z kolei "leży" zapisana w kopiach roboczych, obok swoich poprzedniczek z dwóch lat ubiegłych, ponieważ... no, mniejsza o to...). Kilkoma z wysłanych kartek udało się "połatać" to czy tamto lub chociaż wyjaśnić nieporozumienia; innymi - umocnić to, co i tak jest mocne, jak skała.
Święta, to także czas nieustannych powtórek w naszej polskiej telewizji, na które ja rokrocznie psioczę ;) Czasami trafi się jednak filmy, który obejrzę razem z dzieciakami, i który pozwoli nam się wspólnie nad czymś "zatrzymać". Wczorajszego wieczoru - film, w którym Emma Thompson w kapitalny sposób zagrała niezbyt urodziwą nianię, obdarzoną magiczną mocą. I jedno zdanie wypowiedziane przez nią w tym filmie: "Gdy mnie nie lubicie, ale potrzebujecie, zostaję. Gdy mnie lubicie, ale nie potrzebujecie - odchodzę." To zdanie, to takie walnięcie w głowę, ponieważ nagle zdałam sobie sprawę z tego, że ja czasami tak właśnie postępuję! Postąpiłam tak także w tym roku, kiedy rzucone w moim kierunku słowa: "Ale ja cię uwielbiam" w rzeczywistości były cały czas podszyte czynami o treści: "Nie potrzebuję cię!" W takim wypadku nie pozostało mi nic innego, jak przestać robić za piąte koło u wozu i postąpić niczym "magiczna niania".

Moja przedświąteczna wizyta w bibliotece też w konsekwencji wymusiła łańcuszek przemyśleń. Na którejś półce przykuła moją uwagę książka Bożeny Figarskiej "Seksualność sukcesu i pieniędzy". Zapewne bardziej ze względu na intrygujący tytuł niż treści, na jakie wskazywał. W każdym razie wypożyczyłam i zaczęłam czytać. Dobrnęłam z łatwością do połowy, bo książka okazała się świetnie, lekko napisana i fajnie się ją czytało. Przedtem nic nie wiedziałam o autorce, gdyż po tego typu książki sięgam dość rzadko, więc naładowana pozytywnie zaczęłam szperać w Internecie... Same pozytywy: osoba niczym wulkan energii, przekuwająca w sukces wszystko, czego się dotyka, realizująca krok po kroku wszystkie wyznaczone sobie cele, niezwykle pozytywny i ciepły człowiek, psychoterapeuta, potrafiący pomóc i postawić na nogi wielu ludzi. Niezwykle ceniony trener rozwoju osobistego, samokontroli umysłu metodą Silvy, chwalący NLP i wszelkie techniki, które mogą pomóc człowiekowi w osiągnięciu szczęścia w jakiejkolwiek postaci! Osoba, która swoimi książkami i własnym postępowaniem wręcz krzyczy do człowieka - niedowiarka: "Możesz wszystko, tylko uwierz, że możesz!" Szperam w tym necie, i szperam, aż... szok! Pani Bożena Figarska w roku 2008 popełniła samobójstwo :( Rzuciłam się do książki, by sprawdzić rok wydania - 2004. Cztery lata przed tragiczną datą! Zastanawiam się, co musiało się stać, by osoba z takim potencjałem podjęła taki krok. Czy w którymś momencie zawiódł  "system", czy upadła "wiara" (w cokolwiek lub kogokolwiek)? Zagadka... Póki co nie chce mi się skończyć czytania książki. Może sięgnę po nią w przyszłości...


poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wigilijnie...

Jest wigilijny wieczór i nareszcie moja rzeczywistość przyhamowała. Ostatnie tygodnie to było życie na przyspieszonych obrotach i praca od rana do wieczora. Jakie to szczęście, że kocham moją pracę, bo nie wyobrażam sobie, jak mogłabym gnać tak bez opamiętania w czymś, z czym nie jest mi po drodze. Tym bardziej, że po listopadowym wypadku cały czas żyłam w przyjaźni z lekami przeciwbólowymi, bo bez tego nie usiadłabym przy maszynie. Jest lepiej, ale są dni, gdy ból podstępnie przypomina o sobie i "łapie" mnie to za lewe ramię, to za prawe biodro ;) W każdym razie nie dałam się i oto co powstało we wspomnianych wyżej bólach:

Wielgachny pled o wymiarach 250 x 250 cm, który rzutem na taśmę zdążyłam przed świętami, i który w piątek dotarł do Pani Małgosi, mieszkającej w przepięknym miejscu - stadninie koni pod Przemyślem... Pled szyty dla dwojga młodych ludzi, z których jedno lubi konie, a drugie góry ;) Chciałam, by ani koń, ani góra nie były zbyt "dosłowne", by żadne nie dominowało, ale artystycznie tworzyło spójną, uzupełniającą się i zgraną całość. Czy mi się udało? Myślę, że tak ;P
Ach! Muszę wam się pochwalić, że pierwszy prezent dostałam już pod koniec ubiegłego tygodnia i jest to prezent od Natana, wykonany przez niego własnoręcznie :)
Dzieło przedstawia... sowę ;) Jest to więc druga sowa, jaką dostałam od naszego małego artysty (tę na obrazku z ubiegłego roku cały czas mam, chociaż masło orzechowe, którym owa sowa została nakarmiona już dawno się wykruszyło, pozostawiając wielką, tłustą plamę). Cały czas intrygowało mnie, co "to-to" żółte na głowie, ale Natan bez zastanowienia orzekł, że to słońce, więc... Hmm... No, nie pytajcie mnie, dlaczego "zowa" na głowie dzierży słońce, bo nie wiem i zapewne sam artysta też nie ;))) Widać, taka wizja :D

A z okazji Świąt życzę Wam wszystkim zdrowia, pogody ducha, wyhamowania w rodzinnej atmosferze od wszelkich wariactw tego świata i każdego świątecznego dnia możliwości wsłuchania się w ciszę choć na chwilkę. No, a kolegom - rękodzielnikom nabrania "mocy", bo za kilka dni czeka nas wszystkich to, co... najbardziej "lubimy"... czyli INWENTURA :D



niedziela, 2 grudnia 2012

3 grudnia Dniem Darmowej Dostawy

Dzień 3 grudnia ogłoszono Dniem Darmowej Dostawy w sklepach internetowych, które zechcą przystąpić do tego projektu. Inicjatywa, obecna na naszym rynku od kilku lat, cieszy się wśród klientów coraz większą popularnością, bo - nie ukrywajmy - sporą część kasiorki za dokonane w sieci zakupy pochłaniają koszty przesyłki. Biorąc pod uwagę, że za kilka tygodni święta, jest to również świetna okazja do zakupu prezentów w niższych cenach.
W tym roku w akcji bierze udział między innymi Galeria "Brocante", w której troszkę moich prac także się znajduje, więc jeśli ktoś jest zainteresowany, to serdecznie zapraszam:

http://brocante.pl/uzytkownicy/dostepne-produkty-galeria/uzytkownik/shayneen


Jest troszkę poduszek patchworkowych, woreczków, zawieszek, haftowanych ręcznie drobiazgów, no i oczywiście patchworkowych wianków, m. in. ten - wybitnie dla kogoś, kto lubi sobie w środku zimy powspominać o lecie i szumie morza ;P Na oryginalnej, rybackiej sieci prosto z Ustki wykonany! :)))




Tydzień fizycznego cierpienia

W poniedziałkowe popołudnie byłam uczestnikiem bardzo nieprzyjemnego w skutkach wypadku, który skutecznie wykluczył mnie z "życia społecznego", niejako "unieruchomił" i uzależnił od leków przeciwbólowych - jak to określiła moja animalsowa koleżanka: "wypadku z psem w tle". My, animalsi, tak już mamy, że w nasze zwierzolubne życie wpisane są różne mniej lub bardziej niebezpieczne sytuacje, ale akurat zwierzaczki nie są temu winne, lecz jak zwykle - człowiek... W każdym razie ja, osoba unikająca jak ognia leków przeciwbólowych, muszę być przez jakiś czas dla nich miła, by pozwoliły mi normalnie funkcjonować ;) W piątek dzięki tabletkom mogłam pójść na pogrzeb osoby bardzo mi bliskiej, a od wczoraj z wielkim impetem ponownie zasiąść do maszyny :) Rozgrzewka musi być, ponieważ jutro rozpoczynam pracę nad wielgachnym pledem - 250 x 250 cm i muszę nieźle naginać, bo czas nagli.

Dzisiaj "drobnica", czyli popularna śniadaniówka, zwana z "angielska" lunch bag ;) Ta uszyta na zamówienie w wersji dżinsowej ;)



niedziela, 25 listopada 2012

Światowy Dzień Pluszowego Misia :)

Z okazji Światowego Dnia Pluszowego Misia życzę wszystkim miśkom wiecznej miłości ze strony ich właścicieli ;) Właśnie w związku z tym, że u nas w domu ta "wieczna miłość" wobec pluszaków to jakiś kult, wyżej wymienione nie nadają się do publicznego pokazania. Z reguły mają już swoje lata (towarzyszą moim dzieciom od lat najmłodszych) i ich wiek zapisany jest w licznych łatkach i cerowaniach, ale nie ma mowy o ich wyrzuceniu ;) Dlatego wpis "ubarwi" misiek... haftowany! :D

sobota, 24 listopada 2012

Jestem, jestem ;)

Pytacie w mailach, co ze mną, że się nie odzywam, nie piszę ;) Jestem , jestem... Dziękuję, że się o mnie troszczycie - to dowód, że ktoś o mnie myśli ;)
Koniec listopada, więc pracy dużo, jak to u każdego rękodzielnika w tym okresie. Maszyna furczy od rana do wieczora, a ja przeklinam na najkrótsze dni w roku, bo nie cierpię pracy przy sztucznym świetle, nie mówiąc już o tym, czego wysłuchuje mój pies, kiedy w takie ponure dni przychodzi mi złapać za aparat, by sfotografować prace ;P W każdym razie pracuję, jak mróweczka, a jak "złapię" wolną godzinkę to i potrafię w kuchni coś wysmyczyć. Dzisiaj - rogaliki z jabłkami, pachnące kusząco cynamonem i... rumem (to drugie, to taki mój eksperyment: dodałam do ciasta drożdżowego trochę zaprawy rumowej). Jeszcze trochę zostało, więc zapraszam:
... I pledzik dziecięcy skończony dwa dni temu:

Pledzik dziecięcy: 135 x 118 cm.

niedziela, 21 października 2012

Czy sowy idą do nieba?

Nataniel siedzi przy stole kuchennym i w milczeniu (!!!) bazgrze niebieską kredką na całą długość i szerokość kartki, gdy do kuchni wchodzi Bruno - syn mojej przyjaciółki.
- Cześć, młody. Rysujesz? A co to jest?
- Zowa.
- Sowa??? A dlaczego niebieska? Sowy nie są niebieskie!
Natan z powagą przerywa długie milczenie, nie odrywając się od rysowania i nie podnosząc wzroku znad kartki:
- Zowa posła do nieba.

...

Różowy króliczek patchworkowy.


czwartek, 18 października 2012

Przedwczesne gratulacje ;)

Po ostatnim wpisie dostałam dwa miłe maile z gratulacjami (pod wpisem też się takie pojawiły :D) "z okazji" nowego faceta ;))) Nie wiem, ale chyba to tak zawile napisałam, że mnie źle zrozumieliście! Otóż Relsed to nic innego, jak wlewka z diazepamem, mająca za zadanie w krytycznej sytuacji hamować drgawki. Co się natomiast tyczy spraw damsko - męskich, to nic się u mnie nie zmieniło, aczkolwiek te przedwczesne gratulacje śmiem traktować jako samospełniającą się przepowiednię, bo wychodzę z założenia, że "nigdy nie mów nigdy" ;))) Wszak płynie we mnie krew, nie woda, a wszystko -czy chcę, czy nie chcę- idzie do przodu (chociaż czasami wolałabym, żeby się cofało) i nie mogę wykluczyć żadnej ewentualności ;) Któż to wie, co czai się za zakrętem??? ;D
"Zagoniona" ta moja rzeczywistość. Pracuję na potrójnych obrotach, wieczorami nawet nie sprzątam "szmatek", tylko zostawiam to tak, jak leży i rano wracam do roboty. W papierach zaległości, propozycje współpracy z nowymi galeriami (w tym stacjonarnymi) leżą odłogiem, bo nie mam czasu, by to ogarnąć. Nie rozumiem, jak to jest - człowiek pracuje za trzech, tworzy, wystawia, a kryzys ciągnie się za nim, jak pogrzebowy kondukt. W dodatku straszą, że ma być jeszcze gorzej. Wyobrażacie sobie to "jeszcze gorzej", bo ja jakoś nie.
Za to jesień, jak co roku, wyczuliła mnie na zwierzaki (poza tym, co robię cały rok) i z dniem dzisiejszym uroczyście rozpoczynam zimowo - animalsowe "giveaway". Głównie schroniskowo - przytuliskowe. Jeszcze nie wiem, na które dzisiaj padnie - sama uczynię z siebie "sierotkę" i będę losowała :)))

...
Aksamitna kopertówka w kolorze ciemnego amarantu. Do sprzedania, ale chyba niedługo, bo właśnie ktoś o nią pytał ;)





środa, 10 października 2012

...

W moim życiu pojawił się Ktoś Nowy... Nazywa się Relsed i daje poczucie bezpieczeństwa mi i mojej córce. Co wieczór, nawet po ciemku, sprawdzam czy na pewno leży tuż obok. Jest! Całe 10 mg bezpieczeństwa! Jeszcze nigdy w moim życiu żadna Przyjaźń nie ważyła tak niewiele, by tak wiele znaczyć...

Dziecięca makatka z kieszonkami o wymiarach 200 x 53 cm. Zawisła nad chłopięcym łóżkiem w Luboniu pod Poznaniem ;)))




sobota, 1 września 2012

...

Ostatnie trudne sprawy, które się nawarstwiały i nawarstwiały, a które zostały przypieczętowane chorobą córki, dobiły mnie do tego stopnia, że pogubiłam się we wszystkim. Muszę się "poukładać" na nowo, coś "pozamykać", coś "pootwierać", przetasować, pozmieniać, przewartościować... Żeby ruszyć do przodu muszę wyznaczyć sobie nową trasę, czyli na początek jakiś "start" i jakaś "meta". Dużo niewiadomych w tym moim życiu. Czasami myślę, że gdyby nie dzieci, spakowałabym plecak... i tyle by mnie widzieli. Dlatego w najbliższym czasie może mi się nie chcieć pisać, ale prace będę wrzucała ;) Wybaczycie? ;)
...
Dwie kopertówki w crazy patchworku - są na sprzedaż, więc jeśli ktoś jest zainteresowany, poproszę o maila ;)


piątek, 31 sierpnia 2012

Piątek różnorodny tematycznie

Ludzie, jak ja nie cierpię grzebania się w papierach! Pomyśleć, że tyle lat pracowałam w biurach ;) Dzisiaj każdy dokument odkładam skrzętnie do koszulki, a potem wszystko hurtem, no bo jak inaczej? Papiery, to jedyna rzecz, przy której nie potrafię wyrobić w sobie systematyczności. Właśnie dzisiejszy poranek był takim hurtowo - papierowym, ale i tak połowy nie ogarnęłam.
Za to południe przebiegło miło i towarzysko. Do Poznania na 2 dni przyjechała para moich przyjaciół, czasowo przebywająca w Hiszpanii. Tak się zawsze strasznie cieszę na spotkania z nimi, bo to ludzie wyjątkowi, jak na dzisiejsze czasy. Sympatyczni, szczerzy do bólu, otwarci na świat i ludzi, i tacy... prawdziwi. Może dlatego, że już swoje w życiu przeszli i potrafią się cieszyć każdym dniem, światem, ludźmi, sobą nawzajem... Cóż, ja się ucieszyłam, chociaż dla nich ten przyjazd nie wiązał się z przyjemnością.  Dla Ryśka to przymusowa wizyta u ortopedy, który opiekował się nim od czasu poważnego wypadku samochodowego. Uraz co jakiś czas się odzywa, a tym razem odezwał się aż w Hiszpanii ;) Przyjechał, biedak, zakuty w kołnierz ortopedyczny do swojego lekarza - cudotwórcy, żeby go postawił na nogi, bo nie wierzy w hiszpańskich ortopedów ;)... Zawsze mnie ci moi przyjaciele rozbawiają do łez swoimi dialogami, bo są szczere do bólu, a jednocześnie świadczą o ich wzajemnej miłości, przywiązaniu, partnerstwie, o co dzisiaj coraz trudniej... Sonia:
- No i powiedz, Gocha, co ja mam zrobić? Wzięłam sobie faceta 18 lat młodszego, żeby miał się kto mną na starość opiekować. Nie zdążyłam jeszcze tej starości dożyć, a się okazuje, że to ja muszę się smarkaczem zajmować! Ta młodzież dzisiejsza to jakaś taka... słabowita. I co mam z nim zrobić?
- Wymień go na starszy model! - śmieję się rozbawiona.
- A pewnie! Najlepiej taki, co dwie wojny przeżył! To były odporne egzemplarze! No ale co zrobię, skoro kocham akurat tego mojego połamańca?
Rysiek przysłuchuje się z widocznym cierpieniem w oczach, bo go ten ortopeda "poobracał" podczas badania nad wyraz skutecznie i mówi do mnie:
- No i powiedz mi, Gosiu, za co ja kocham tę moją staruchę - czarownicę i zołzę w jednym? Za co???
- Nie wiem - odpowiadam. - Może za to, że cię targa w tym kołnierzu przez pół Europy do lekarza, bo inna laska najprawdopodobniej by olała sprawę i wygrzewała się w tej chwili na hiszpańskiej plaży, a ty musiałbyś liczyć jednak na tamtejszych ortopedów.
- Nie, to nie za to. Kocham ją za to, że po prostu jest, chociaż w takich dniach jak dzisiaj, mógłbym ją zabić.
- No, to zabij mnie! Ciekawe, kto cię do domu odwiezie! - warczy Sonia, ale rzuca się z czułością w jego kierunku, kiedy ten zaczyna jęczeć z bólu. - Chodź, skarbie, jedźmy do domu. Odpoczniesz, podam ci leki. Bardzo cię boli?
Zawsze bawią mnie te ich niby - kłótnie, niektóre bardzo ostre, z waleniem ręką w stół, aż do rozlania kawy na klawisze laptopa włącznie :))) W rzeczywistości są najbardziej "pewną" parą, jaką ja znam, a to, co w ich przypadku ludziom rzuca się w oczy, czyli relacja wiekowa: 45 - 63, dodaje pełni smaczku. Stałość niczym cement!
...
Poczta popołudniowa... Z komisariatu przyszło umorzenie dochodzenia w sprawie kradzieży roweru. Powód: niewykrycie sprawcy. Do cholery jasnej, a niby kto miał tego sprawcę wykryć? Ja??? Zawiozłam im na komisariat "zabezpieczoną", wyłamaną kłódkę - nikt nawet nie rzucił okiem. Nikt nie pojawił się, żeby zobaczyć gdzie to się stało! W tym czasie w najbliższej okolicy skradziono z piwnic jeszcze kilka innych rowerów i sprzętu, a ja nie widzę, by pojawiały się patrole policji! Zero zainteresowania! Najprościej umorzyć sprawę, a szajka złodziei dalej grasuje i czuje się bezkarna! Mało tego - to mi policjant zasugerował, że mam regularnie przeglądać portale typu: Allegro, Gumtree, Tablica itp. Po co nam policja, skoro sami musimy ścigać przestępców?!

Tym razem... wazon... w crazy patchworku ;))) Sprzedany.





poniedziałek, 27 sierpnia 2012

...

Jestem lekko zdołowana wizytą w szpitalu z moją Dalią... Zrobiony kilka tygodni temu rezonans nie pozostawił złudzeń: torbiel pajęczynówki w lewym płacie czołowym (spora!), zmiany niedokrwienne w płacie czołowym prawym, torbiel szyszynki... Skierowanie od neurologa do neurochirurga z adnotacją: "CITO!!!" i błyskawiczny rajd po dobrych poradniach, a potem cudem wyżebrany wręcz termin wizyty na dzisiaj. Mamy koniec sierpnia, więc o wolnych terminach na NFZ można praktycznie pomarzyć.
Specjalistyczna poradnia przyszpitalna, czyli najlepsze, na co można trafić. Z drugiej strony właśnie tego typu  poradnie zawsze działają na mnie dołująco. Tutaj nie ma "lekkich przypadków", człowiek napatrzy się na cierpienia dzieciaków, bo poradni tu od groma - wszystkie możliwe specjalności. I tyle dzieci chorych!!! Poczekalnie, korytarze zapełnione po brzegi. Tymi mniejszymi i większymi. Tymi, które powoli zaczną wchodzić w dorosłość i maleńkimi niemowlaczkami. Tymi, które chodzą o własnych siłach i tymi, które jeszcze chodzić nie potrafią, ale też tymi, które chodzić by mogły, ale... Zadaję sobie pytanie: "Dlaczego?!" Patrząc na te dzieciaczki, człowiek chciałby choć trochę wziąć na siebie i nie ważne w tym momencie, czy to moje dziecko czy obce. Ale się nie da... Zwyczajnie się nie da...

niedziela, 26 sierpnia 2012

Pociąg...

Natan pierwszy raz jechał pociągiem :) Już od dłuższego czasu miał taką wycieczkę obiecaną, a że czas ucieka, należało obietnicę spełnić. Jechał już wszystkim: samochodem, autobusem, wielką terenówką leśniczego na "janco", kolejką "Maltanką" do poznańskiego zoo, siedział na kolanach kierowcy w ogromnej ciężarówce i na prawdziwie kultowym Harleyu. Przemierzył też kilkaset metrów na grzbiecie konia i... osła, ale prawdziwy, duży pociąg pozostawał w sferze jego marzeń. Do czasu...
Fascynacje kolejowe rozpoczęły się już na etapie kasy biletowej.
- Do cemu cekamy?
- Trzeba kupić bilet.
- Natanu tes?
- Nie, ty nie musisz mieć biletu. Jesteś jeszcze za mały.
- Chce bilet! - Od jakiegoś czasu już jest "chce" zamiast "kce"!
- Natanielku, ty nie musisz mieć biletu!
- Chce bilet! Chce bilet!!!
Pani w kasie mruga porozumiewawczo i bardzo poważnym tonem rzecze:
- Oj, taki duży chłop musi mieć własny bilet! Poczekaj chwilkę! 
Szpera przez chwilę pod biurkiem to tu, to tam, wyciąga coś, co zapewne kiedyś biletem było, ale swoje przeszło, na co wskazują liczne zabrudzenia, zagniecenia i artystyczne esy-floresy, i podaje Natanowi. Mały zachwycony, ogląda z uwagą swój nowy skarb, po czym korzystając z pomocy, składa go w niezbyt zgrabną kostkę i chowa do bocznej kieszonki na nogawce bojówek.
Trasa: kasa biletowa - peron okazuje się być wypełniona dodatkowymi atrakcjami, które trzeba dotknąć i pomacać. Ileż to kolorowych i fascynujących guzików na wszelkich "patatajkach", automatach z napojami, zabawkami rodem z Chin, batonami! Nawet automat z prezerwatywami stał się punktem zainteresowania! Całe szczęście, że wszelkie te "atrakcje" działają tylko po załadowaniu ich odpowiednią monetą, inaczej dworzec zamieniłby się w wesołe miasteczko, pełne hałasu, wygrywanych melodyjek i innych bliżej nieokreślonych dźwięków wydawanych przez automaty, wypluwające z siebie całą swoją zawartość!!!
Peron... Mały wychodzi wprost na baaardzo długi skład wagonów i oszołomiony tym widokiem powtarza bez przerwy:
- Duuuzy tamwaj! Duuuuuuzy tamwaj!!!
- To nie jest tramwaj, kochanie. To pociąg!
Cóż, co innego oglądać pociąg na obrazku, w telewizji bądź z mostu, jadąc tramwajem, kiedy kolos wydaje się jednak malutki, a co innego stanąć z nim face to face ;))) 
W wagonie każde siedzenie zostaje pomacane i sprawdzone pod kątem użyteczności, a okna podotykane fachowo, coby się upewnić, czy podczas jazdy nie wypadną :D
Przez ciąg wagonów przemyka konduktor.
- Pojicant! Gdzie ma piśtojet?
- To nie policjant! To pan konduktor. Kiedy pociąg ruszy, będzie sprawdzał bilety.
- Natanu tes? Tak?
- Jeśli pokażesz konduktorowi swój bilet, to pewnie też sprawdzi.
Natan z troską obmacuje kieszonkę w swoich bojówkach sprawdzając, czy bilet - relikwia wciąż tam tkwi, ale wzrok jego natychmiast przyciąga składany stoliczek... Złożony, rozłożony, złożony, rozłożony... Klik, klik, klik, klik... Mały Leonardo da Vinci z powagą w oczach rozkminia skomplikowaną konstrukcję stoliczka, oglądając go z prawej strony, z lewej strony, z góry, z dołu, sprawdzając każdą śrubkę i wycierając przy okazji spodniami podłogę w wagonie ;)
Chwila odpoczynku... Kilka łyków soczku z butelki i zlustrowanie pasażerów, którzy wsiedli do pociągu w czasie, kiedy mały był zajęty stolikiem. Wzrok Nataniela zatrzymuje się na pani siedzącej "po przekątnej", a właściwie na tym, co przed nią, ponieważ pani jest w baaardzo zaawansowanej ciąży, praktycznie "na ostatnich nogach".
Natan jeszcze nie bardzo rozumie, że pewne sytuacje wymagają dyskrecji i swoje sądy i uwagi wyraża zawsze szczerze, nieskrępowanie, ciągle na tym samym poziomie decybeli ;) Dlatego wszyscy wokół najpierw zamierają, a potem wybuchają śmiechem w momencie, gdy maluch stwierdza:
- Pani ma duuuuzy bzuch! Do cemu pani ma duzy bzuch?!
- Bo ta pani jest w ciąży i nosi w brzuszku małego dzidziusia.
Mały zaskoczony i zafascynowany jednocześnie, cały czas wlepiając wzrok w brzuch współpasażerki, pyta:
- Dzidziusia? Tak? A do cemu?
- Bo każdy dzidziuś zanim się urodzi, rośnie najpierw w brzuszku swojej mamy. Ciebie też twoja mama nosiła kiedyś w brzuszku.
- Tak? A dzidziuś Natanu widzi? Tak?
- Nie, nie widzi. 
- A do cemu? A dzidziuś śpi? Tak?
- No, chyba śpi.
- A kiedy wijdzie z bzusku?
- Nie wiem, może za kilka dni.
Ludzie w pociągu przysłuchują się rozbawieni...
- A jak dzidziuś wijdzie z bzusku?
Pani w ciąży prawie spłakana ze śmiechu, ale widać, że cała akcja bardziej ją bawi niż krępuje, a malec wzbudza w niej wyraźną sympatię.Sytuacja robi się niebezpieczna, kiedy Natan zaczyna drążyć i najwyraźniej zmierza do niepożądanej, przyspieszonej edukacji, ale dzieci się nie okłamuje, więc...
- No, przez taki mały otworek.
- Pzes otwojku? Tak? A do cemu? A gdzie jest otwojek?
Ufffff!!!
- No, każda pani ma taki otworek, przez który wychodzi dzidziuś.
- A Natan tes ma taki otwojek? Tak?
Dziewczyna naprzeciwko parska niepohamowanym śmiechem i wtula się w siedzącego obok chłopaka, który też nie może opanować rozbawienia.
- Nie chłopcy i panowie nie mają takich otworków. Tylko panie mają takie otworki, ponieważ tylko panie rodzą dzieci.
Myślicie, że na tym się skończyło?! Błąd! Mały wzrokiem hipnotyzera wpatruje się w brzuch kobiety i drąży dalej:
- A gdzie pani ma taki otwojek? W bzusku? Tak? Chce zobacyć taki otwojek!
Teraz to już wszyscy kwiczą. Aż dziw, że kobieta nie urodziła w pociągu, bo brzuch faluje jej od spazmatycznego śmiechu.
- Nie możesz zobaczyć. Poza tym taki otworek jest pod ubraniem.
- Ale gdzie?! Chce zobacyć!!!
- Nie możesz. Każda pani ma taki otworek na pupie.
Mały aż otwiera usteczka ze zdziwienia.
- Na pupie? Tak? Otwojek na pupie? Otwojek do dzidziusiu na pupie? Tak? Dzidziuś wijdzie z otwojku na pupie? Tak??? Do szedeszu??? Tak? Dzidziuś wijdzie do szedeszu???
W tym momencie nie ma chyba w wagonie pasażera, któremu nie ciekną łzy ze śmiechu.
Po raz kolejny dała znać o sobie logika małego dziecka. Dziecko dokonało przyporządkowania :) Skoro wszystkie "otworki" na pupie są przyporządkowane do takiego urządzenia, jak sedes, ponieważ wszystko, co wydalają, ląduje w sedesie, to automatycznie dzidziuś także został do niego przyporządkowany! Może wstrząsająca, ale jednak logika :)))

Trzy prace, które ostatnio wykonałam na zlecenie Pani Ewy... Pojechały już do Warszawy ;)

Poduszka patchworkowa 40 x 60 cm z elementami dżinsowymi i troczkami do wiązania...


Poduszka z kotkiem - 30 x 40 cm...




...i woreczki - 40 x 40 cm.



sobota, 11 sierpnia 2012

Dzień Ciszy, Deszczu i Tęczy

Cicho w domu... Zostałyśmy same z Dalią (aczkolwiek przed godziną dołączył do nas jej facet ;D). Zwierzaki, niby obecne, porozłaziły się po kątach. Ke Tonga, która przez kilka ostatnich dni pożerała wszystko i to w takich ilościach, że zaczynałam podejrzewać, iż robi to celowo, by osiągnąć wielkość swoich kuzynów z Galapagos, "zaległa" na dobre w łazience. To znak, że dryfujemy w stronę jesieni, kochani ;)... Nuka znów niedomaga, jak to mówi moja starsza córcia. Po czerwcowych sensacjach, kiedy to zatruła się jakimś świństwem pochłoniętym podczas spaceru i cudem przeżyła, fundując sobie specjalną dietę do końca życia, dzisiaj znów "wydaliła" i pyskiem, i odbytem nie to, co wydalić powinna i nie w takiej konsystencji :/ Przeleżała cały dzień w koszyku, bez ochoty na mięciutki tapczan, ale wygramoliła się, kiedy zobaczyła na stole arbuza ;) Bo musicie wiedzieć, że mój pies uwielbia arbuzy ;)))... ale nie tym razem, moja mała :)))
Cyntię z kolei OMD zabrał do babci. Może dzieciak odreaguje stres, zafundowany przez jakiegoś złodziejaszka, który przedwczoraj zajumał jej rower z piwnicy. Kurczę, żal mi córci, bo to był jej ukochany rower. Pięć rowerów w wózkarni, a buchnęli akurat jej, tylko ten jeden! Z drugiej strony był najładniejszy i chyba najdroższy. Dodatkowy stres dla niej, to wizyta na komisariacie późnym wieczorem - pytania, zeznania, opisy... Cóż, biednemu zawsze wiatr w oczy... Grey Wolf pisze mi wczoraj: "no proszę, co to w mieście się dzieje ;)", a ja mu na to, że jak u niego mu coś buchną, to przynajmniej może podejrzewać, że to "przez płot" i zostanie niejako w rodzinie :))) Ale to takie nasze żarty, żeby odreagować nieprzyjemną sytuację.
Za to dzień dzisiejszy, mimo iż chłodniejszy, pięknymi "niespodziankami" zrekompensował wszystko. Krótkotrwałe, wyjątkowo ulewne deszcze, wręcz nawałnice z pojedynczych, niezbyt dużych, ale za to groźnie czarnych chmur, fundowały nam przepiękne widowiska. Stałyśmy jak wryte na balkonie, wpatrując się w pionowe ściany deszczu, podczas gdy dookoła świeciło przepiękne słońce, odbijając się złotem w każdej kropli. I tęcza za tęczą, tęcza za tęczą, tęcza za tęczą... Jak w bajce!

Podusia z kotkiem, do której w ubiegły weekend "przytuliła" się Pani Maria z Lubonia ;) 40 x 40 cm.
Kici, kici, kici ;)))

czwartek, 12 lipca 2012

Moi Drodzy...

...powiedzcie mi, czy ja czasami czegoś nie przespałam? Bo kiedy tak patrzę przez okno, to mam wrażenie, jakby mi ze dwa miesiące uciekły: dzisiejszy dzień ma się nijak do tego, co było kilka dni temu. Kurczę, jak to się można szybko przyzwyczaić do krótkich spodni, cieniutkiej koszulki i bosych stópek ;) A tu dzisiaj od rana "chłodną bryzą na mnię tchnęło" i myślałam, że szlag trafił termometr za oknem. Całe szczęście, że niebo zaczyna się przecierać, wszak lato mamy, lato!!! Nasuwa się jednak kolejne pytanie: czy dzisiaj będzie grzmiało? Od jakichś dwóch tygodni noc kojarzy mi się z burzą. Praktycznie noc w noc grzmi i błyska... Palec pod budkę, kto lubi burzę!!! Bo ja uwielbiam :) Mogę tak stać godzinami w oknie i podziwiać, i napawać się potęgą natury...
Dzisiaj praca równie szalona, jak pogoda tego lata - torba w crazy patchworku. Tak mnie w ostatnich miesiącach wzięło na ten crazy, i mimo, że trzeba przy tym anielskiej cierpliwości i czasu, i czasu, i czasu..., to kręci mnie coraz bardziej.
A wracając do torby... Duża, zabawna i zwariowana... Odszyta wewnątrz granatową, satynową podszewką z naszytą dwudzielną kieszonką z wzorzystej tkaniny. Rączki połączone z torbą za pomocą metalowych ramek. Do noszenia na ramieniu; pomieści naprawdę bardzo dużo. Wymiary: wys. pośrodku - 40 cm; szer. - 42 cm; dł. rączek - 46 cm. Gratka dla nieco szalonych kobiet, uwielbiających styl hippie, boho lub folk... Jest na sprzedaż: cena - 120 PLN. Na zdjęciach obydwie strony torby.
Duża torba "Crazy Patchwork" - cena 120 PLN



sobota, 30 czerwca 2012

Ogonek ;)

Dowcip dnia na miłe rozpoczęcie słonecznego weekendu :D

Natan bawi się z psem. Nagle pada pytanie:
- Do cemu piesku ogonek?
- Do merdania.
- A do cemu Natan nie ma ogonku do meldania???
Powiem wam jedno: nie ma to, jak przeczyszczenie od rana kanałów łzowych łzami wywołanymi śmiechem. Spłakałam się, jak bóbr :D :D :D

A teraz ta, która podobno też nie ma ogonka, czyli... biedronka! Na poduszce patchworkowej z bawełny. Biedronka haftowana ręcznie techniką bluework na białym płótnie andrychowskim. Wierzch trójwarstwowy (wewnątrz ocieplina), przepikowany wokół panelu z biedronką. Zapięcie z tyłu na zamek błyskawiczny. Wymiary: 40 x 40 cm. Poduszka jest do sprzedania wraz z wkładem poduszkowym, czyli popularnym jaśkiem (cena: 55 PLN, chyba, że ktoś chce samą poszewkę, to cena będzie ciut niższa).
Podusia z biedronką w technice bluework - SPRZEDANA!!!


czwartek, 14 czerwca 2012

Srebrna Agrafka...

Dzisiaj w pasku bocznym pojawił się button do mojego panelu artysty w działającej od kwietnia galerii "Srebrna Agrafka".
http://srebrnaagrafka.pl/sklep/shayneen



W dobie ogólnego kryzysu, galeria ta jest świetną alternatywą zarówno dla artystów sprzedających swoje prace, jak i kupujących. Powód? Jest to chyba jedyna galeria internetowa jaką znam, która nie bierze od artystów prowizji, dzięki czemu prace dla potencjalnego klienta są o wiele tańsze. W związku z tym zachęcam do odwiedzania "Srebrnej Agrafki" ;)
Dzisiaj torebka - błyskawica, jak ją nazwałam :D Dlaczego? Otóż, przedwczoraj zaczęłam ją szyć, wczoraj skończyłam, wieczorem obfotografowałam, wstawiłam do "Pakamery", w ciągu godziny torebka się sprzedała. Dzisiaj rano była wpłata i adres do wysyłki, więc po godzinie 9 rano torebusia wraz z Pocztą Polską pojechała do Wrocławia. Jutro powinna już cieszyć klientkę :) Akcja - błysk :D... A sama torebeczka uszyta w 'crazy patchworku' - taka nieco romantyczna.
Randka w Prowansji ;)... Torebka w 'crazy patchworku' ;)



sobota, 19 maja 2012

Lifting, czyli nowa twarz bloga... i moja ;)))

Jak w temacie - mój blog przeszedł lifting, co -mam nadzieję- wyjdzie mu na dobre. Stał się jasny, czytelny, przejrzysty, żeby nie powiedzieć... klarowny. Czasami takie zmiany są potrzebne, oczyszczają i nakręcają nową, pozytywną energię... I moja twarz przeszła lifting ;P Co ciekawe - po wypadku i bez skalpela :D Co się stało? Ano, stało się. Jakoś w pierwszych dniach maja poparzyłam sobie twarz. Wina tylko i wyłącznie moja, bo ja bywam momentami... tępa i zrobię, zanim pomyślę. Otóż, udając się w miejsce, gdzie postanowiłam się w pewnych kwestiach doedukować, zapragnęłam skorzystać z własnej herbatki w termosiku. Nie jestem osobą słodzącą, więc herbatę zaparzałam bezpośrednio w termosie (OMD stwierdził, że gdybym zaparzyła ją najpierw w dzbanku i przelała po chwili do termosu, nie byłoby problemu, bo wrzątek zdążyłby wystygnąć) i natychmiast go zamknęłam. Zasłuchana w wykład trenera i zapatrzona w ekran, postanowiłam chlapnąć sobie herbatkę... bezpośrednio z termosu (po co przelewać do kubka?!). Jak tylko przyłożyłam go do ust i zrobiłam pierwszy łyk, tak od razu wszystko wyplułam, a doznany ból i szok spowodowały, że spora ilość wylała się na mnie. Jedno jest pewne i ręczę za to głową - zwykły termos za około 9 PLN z popularnej IKEI trzyma wrzątek ponad 4 godziny! Sprawdzone na mojej własnej skórze!!! :))) W dniu "wypadku" piekło i trochę bolało, miejsca poparzone były lekko zaczerwienione, ale dało się przeżyć. O, ja naiwna! Nie wiedziałam, co mnie jeszcze czeka! Następnego dnia rano obudziłam się z wrażeniem, że mam jakby za mało skóry na twarzy, a lustro na trasie: pokój - łazienka odkryło całą prawdę! Gdyby w tym dniu ogłoszono konkurs na namięęęęętnie pełne usta, Angelina Jolie nie miałaby przy mnie żadnych szans - odpadłaby w przedbiegach ;) Gdyby jednak dodatkowo oceniano ich urodę, niestety, musiałabym oddać jej koronę ;P Moje usta bowiem (a dodatkowo brodę, część policzka i ciut szyi) zdobiły bąble i z każdą chwilą brązowiejące strupy. Co ciekawe, strupki układały się w piękne, kształtne kółeczko, wskazujące dokładnie miejsce przyłożenia termosu :))) Bolało, jak cholera, dodatkowo ograniczając mi do minimum mimikę twarzy, co w moim przypadku jest bardzo stresujące, gdyż moja mimika z natury jest bardzo bogata i strzelam miny na lewo i prawo ;) Starałam się też ograniczyć kontakty międzyludzkie, ponieważ reakcje ludzi na mój widok były jednoznaczne. Kto odważniejszy, pytał wprost: "Matko! Co ci się stało?!", kto mniej odważny (albo inaczej: powściągliwy) - pytał przerażonym wzrokiem. Najbardziej szczery był OMD, wyznając: "Wyglądasz, jakbyś twarzą pole zaorała"... Maści, kompresy... Pomogło! Na mojej Babci wszystko goiło się, jak na przysłowiowym psie i chyba jestem genetycznie uwarunkowana, gdyż ze mną jest tak samo. Tempo błyskawiczne! W każdym razie wczoraj uroczyście obchodziłam Dzień Ostatniego Strupa ;) Co ciekawe, miejsca po oparzeniu pokryły się gładziusieńką, świeżutką skórą, bez żadnych różnic w odcieniu i... lekko wygładziła mi się nawet pozioma "zmarszczka" na brodzie :))) Ot, lifting bez skalpela ;)))
Praca, praca... Pokażę Wam, co zrobiłam na kilka dni przed wspomnianym wypadkiem... Otóż Pan Michał T. z Warszawy zamówił u mnie makatkę dla swoich przyjaciół na ślub. Makatka miała nawiązywać do wszystkim znanych makatek z czasów wczesnego PRL-u (wiecie, tych w rodzaju: "Każda żona tym się chlubi..." itd.), charakteryzując się jednocześnie współczesnym "sznytem". Wpadliśmy wspólnie na pomysł, że fajnie, gdyby było to dzieło samego obdarowującego. Jako iż ani ja, ani Pan Michał nie mamy drygu do ołówka, projekt według szczegółowych wytycznych Pana Michała zrobił jego uzdolniony plastycznie brat :)  Przeniosłam to dokładniutko, toczka w toczkę, na płótno (powiększyłam rysunek do rozmiarów gotowej makatki i kalkowałam); tekst też jest napisany ręką obdarowującego!!! ;))) Wyszyłam makatkę techniką bluework, muliną w kolorze pruskiego błękitu (na zdjęciach wyszło prawie czarne, ale musicie mi wierzyć na słowo, że to bardzo ciemny niebieski). Wyszło takie fikuśne cóś... :D

Aaaaa, i jeszcze coś! Nie wiem dlaczego, ale każdemu, kto na tę pracę patrzył na różnych etapach jej wykonywania, rzucał się w oczy... biust Panny Młodej. No, ja tam nie wiem - nie znam Panny Młodej, ale najwyraźniej właśnie tak widział ją Artysta ;)))

środa, 9 maja 2012

Dzień Dmuchawca

Dzisiaj bardzo wcześnie wyszłam na łąkę, żeby wypełnić "psi obowiązek"... i co? I natura kolejny raz powaliła mnie swoim pięknem. Mamy czas przekwitania mniszka, którego na naszej łące jest zatrzęsienie. Noc prawdopodobnie była bezwietrzna, więc łąka dosłownie biała, usłana aż po wszystkie krańce pięknymi kulami dmuchawców. Zaparło mi dech w piersiach, kiedy kilkukrotne, delikatne podmuchy wiatru zaczęły unosić w powietrzu biały puch. Wrażenie niezapomniane i aż żałuję, że nie wzięłam aparatu. Psy, które wpadły z dziką radością w wysoką trawę, wypadły z niej całe oblepione tym bielutkim cudeńkiem :))) Jeśli macie okazję uczestniczyć rano w takim widowisku, to polecam. Zapewniam, że w takim widoku można się zakochać, no chyba, że ktoś jest mało wrażliwy ;P

Totalnie zwariowany worek... Crazy patchwork to mało powiedziane :D