poniedziałek, 13 lutego 2012

Zawiodłam...

Nie wpasowałam się w konwencję dnia jutrzejszego, niestety... Dzisiejszy rajd po mieście przerwał mi gdzieś na odcinku między Kupcem Poznańskim a Garbarami koleś z mikrofonem, ozdobionym solidnym logiem jednej z poznańskich rozgłośni radiowych. Kiedy mnie zaczepił, pomyślałam, że chce zapytać o coś poważnego, dlatego lekko mnie przytkało, gdy z ust jego padło:
-Jutro "Walentynki". Rozumiem, że tak piękna i uśmiechnięta kobieta spędzi ten wyjątkowy dzień w towarzystwie "miłości swojego życia"...
Uodporniona na jego męską kokieterię, bo ani się nie uśmiechałam, ani tym bardziej wyróżniałam w dniu dzisiejszym jakoś szczególnie urodą, odparowałam:
-Muszę pana zawieść - niestety, nie...
-Ale rozumiem, że jak każdy z nas, miłość swojego życia pani przeżyła. Czy może nam pani o niej w kilku zdaniach opowiedzieć?
-Ponownie pana zawiodę. Nie ma o czym opowiadać, ponieważ "miłość mojego życia" była jednocześnie najkrótszą miłością w moim życiu. Jak się szybko zaczęła, tak się szybko skończyła... Chociaż, może jeszcze inaczej - skończyła się, zanim tak naprawdę mogła się zacząć. Taka śmierć przed narodzeniem...
-Oj, to przykre... Ale rozumiem, że jutrzejszy dzień mimo wszystko spędzi pani w towarzystwie ukochanego mężczyzny?
-I jeszcze raz pana zawiodę. Niestety, nie...
-Hmm... To zapewne w towarzystwie koleżanek - singielek, w miłej atmosferze jednej z poznańskich kawiarni?
-Nieee...
Koleś zbity z tropu, bo mu najwyraźniej zepsułam walentynkowy schemat pogadanki, drąży dalej:
-W takim razie z pewnością zrobi pani coś dla siebie i spędzi ten wieczór relaksując się w jakimś gabinecie kosmetycznym, może saunie?
-Nieee...
-Czyli???
-Spędzę ten wieczór samotnie, pod kocem, z kubkiem herbaty i z książką w ręku.
Najwyraźniej to stwierdzenie mu przypasiło, bowiem uśmiech pojawił się na jego twarzy i próbując wpasować to w "konwencję", mówi:
-Oczywiście, ta książka to jakaś baaaardzo romantyczna, dobrze kończąca się historia... Zdradzi nam pani, co to będzie?
-Po raz nie wiem już który mam zamiar skończyć jutro czytanie "Odmieńca" Bodsworth'a. To jedna z moich ulubionych książek.
-Oooooo. Klasyka literatury kanadyjskiej, widzę... -odparował, najwyraźniej zorientowany w temacie, co mnie nawet zaskoczyło, bo Bodsworth, mimo iż rewelacyjny, raczej nigdy hitem nie był. - Ale mimo wszystko to pozycja o miłości. Może trudnej, ale jednak o miłości...
-Nooo, niekoniecznie w wydaniu ludzkim. Okazuje się, że nawet na takiej płaszczyźnie jak miłość, możemy wiele nauczyć się od zwierząt - skwitowałam.
Dziennikarzyk zakończył naszą pogadankę, rzuciwszy do własnego mikrofonu:
-Jak państwo widzicie, różne są pomysły na spędzenie tego wyjątkowego, walentynkowego wieczoru. Można z ukochaną osobą, a można i z książką...
Kiedy się rozłączył, znaczy "odpiął" z fonii, mówi do mnie:
-Kurde, ale mnie pani zaskoczyła z tym "Odmieńcem". Nie sądziłem, że są jeszcze kobiety, które czytają takie książki. Współczesne dziewczyny to "pustaki", których świat kręci się między siłownią, solarium i klubem, a jedyne, co czytają, to sposób użycia na opakowaniach kosmetyków i program TV. Pieniądze i atrakcje, które nie obciążają mózgu to wszystko, czego im potrzeba do szczęścia.
Hmm... Tym stwierdzeniem on mnie z kolei zbił z tropu i zaczęłam się zastanawiać, czy to ten sam koleś z mikrofonem, który mnie zaczepił przed momentem :/ Kiedy siedziałam już w tramwaju wracając do domu, zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać i doszłam do wniosku, że ja faktycznie nie wpasowuję się w schemat współczesnej... hmm... kobiecości :/ Nie biegam do kosmetyczki (sama nią jestem we własnej łazience), nie korzystam z solarium (przed słońcem też uciekam), nie pocę się w siłowni (cały mój sport, to rolki, czasami rowerek i spacery z psem, od czasu do czasu ćwiczonka na własnym dywanie), nie ubieram się w sieciówkach, chodzę w glanach lub trampkach (buciki na szpilce mam na nogach może przez kilkanaście dni w roku), rzadko występuję w pełnym makijażu (ułomność byłego zawodowego makijażysty, spowodowana przesytem), nie czytam... hmmm... tych wspomnianych przez dziennikarza programów TV, ponieważ telewizję oglądam średnio raz na dwa tygodnie (i to najczęściej "Animal Planet"), modne kluby omijam szerokim łukiem (kręci mnie jedynie bluesik w "Charyzmie"). Czasami robię ze znajomymi wypad do knajpki, ale raczej z zamiarem pobycia w fajnym towarzystwie niż jakichś niekontrolowanych szaleństw. Czyli co??? To ja jestem jakaś z kosmosu, czy też kosmos jest wokół mnie???

Wszystkiego najlepszego z okazji jutrzejszych "Walentynek" ;))) Życzę wszystkim prawdziwej, szczerej, partnerskiej Miłości... takiej przez wielkie M ;)))


4 komentarze:

  1. brawo! jakbym siebie widziała. tylko glany do mnie nie bardzo pasują, za to trampki KOCHAM miłością przez duże eM :))
    no i 'Odmieńca' nie czytałam! zaintrygowałaś mnie...
    serduszka juz podziwiałam na Werandzie Country, są śliczne :)
    pozdrawiam i wszystkiego dobrego!
    M.

    P.S. trza było powiedzieć, że będziesz grała w ... grę! ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. To jesteśmy chyba trzy:)Także wolę książkę w dziwne święto jakim są Walentynki.Romansów nie znoszę, tylko glanów nie noszę.
    A swoją drogą Pan Z Fonii także mnie zaskoczył:)
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  3. To nie Ty zawiodłaś, a ten dziennikarz (kurdę, kiedyś słowo "dziennikarz" coś znaczyło, a teraz...), tak łatwo wydający opinię, krzywdzącą dla wielu dziewczyn. Może to on zna tylko takie "pustaki"? A co z facetami - oni niby wszyscy zaczytują się ambitną literaturą, gardząc "siłką" i imprezkami w klubach? Oni uganiają się za "szarymi myszkami", które wolą poczytać niż poćwiczyć przed lustrem makijaż? Dobre sobie! To nie Ty jesteś z Kosmosu, ten Kosmos jest wokół nas, a w nim różni ludzie, różni faceci, różne kobiety... A łączy ich jedno - wszyscy do szczęścia potrzebują miłości, o czym w Walentyki pan dziennikarz może powinien pamiętać. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też lubię sportowe burty na grubej podeszwie. Moim zdaniem, trapery dobrej jakości i sportowa kurtka są bardziej stylowe niż przysłowiowe białe kozaczki i jednorazowe ciuchy. Bliżej Ci do angielskiej lady - w Anglii podobno im wyższa, tym ludzie mniej wystrojeni. Dziewczyna z klasy robotniczej będzie nosić ubrania z firmową metką, natomiast córka lorda będzie udawać, że ubrała się od niechcenia (oczywiście w rzeczy bardzo drogie i dobrej jakości.)
    A ten dziennikarz musi zarabiać na życie, może w mało ambitnej redakcji. Nie widzę sprzeczności pomiędzy czytaniem książek a dbaniem o siebie. Nie wiem czemu, niektóre intelektualistki, a czasem również panny z "oazy", ubierają się w sposób będący poza modą, czy jakąkolwiek estetyką. Jakby intelekt lub pobożność wiązały się z burym, bezkształtnym odzieniem.
    Aha, nie zgadzam się, jakobyś nie wyróżniała się urodą :-)

    OdpowiedzUsuń