sobota, 19 maja 2012

Lifting, czyli nowa twarz bloga... i moja ;)))

Jak w temacie - mój blog przeszedł lifting, co -mam nadzieję- wyjdzie mu na dobre. Stał się jasny, czytelny, przejrzysty, żeby nie powiedzieć... klarowny. Czasami takie zmiany są potrzebne, oczyszczają i nakręcają nową, pozytywną energię... I moja twarz przeszła lifting ;P Co ciekawe - po wypadku i bez skalpela :D Co się stało? Ano, stało się. Jakoś w pierwszych dniach maja poparzyłam sobie twarz. Wina tylko i wyłącznie moja, bo ja bywam momentami... tępa i zrobię, zanim pomyślę. Otóż, udając się w miejsce, gdzie postanowiłam się w pewnych kwestiach doedukować, zapragnęłam skorzystać z własnej herbatki w termosiku. Nie jestem osobą słodzącą, więc herbatę zaparzałam bezpośrednio w termosie (OMD stwierdził, że gdybym zaparzyła ją najpierw w dzbanku i przelała po chwili do termosu, nie byłoby problemu, bo wrzątek zdążyłby wystygnąć) i natychmiast go zamknęłam. Zasłuchana w wykład trenera i zapatrzona w ekran, postanowiłam chlapnąć sobie herbatkę... bezpośrednio z termosu (po co przelewać do kubka?!). Jak tylko przyłożyłam go do ust i zrobiłam pierwszy łyk, tak od razu wszystko wyplułam, a doznany ból i szok spowodowały, że spora ilość wylała się na mnie. Jedno jest pewne i ręczę za to głową - zwykły termos za około 9 PLN z popularnej IKEI trzyma wrzątek ponad 4 godziny! Sprawdzone na mojej własnej skórze!!! :))) W dniu "wypadku" piekło i trochę bolało, miejsca poparzone były lekko zaczerwienione, ale dało się przeżyć. O, ja naiwna! Nie wiedziałam, co mnie jeszcze czeka! Następnego dnia rano obudziłam się z wrażeniem, że mam jakby za mało skóry na twarzy, a lustro na trasie: pokój - łazienka odkryło całą prawdę! Gdyby w tym dniu ogłoszono konkurs na namięęęęętnie pełne usta, Angelina Jolie nie miałaby przy mnie żadnych szans - odpadłaby w przedbiegach ;) Gdyby jednak dodatkowo oceniano ich urodę, niestety, musiałabym oddać jej koronę ;P Moje usta bowiem (a dodatkowo brodę, część policzka i ciut szyi) zdobiły bąble i z każdą chwilą brązowiejące strupy. Co ciekawe, strupki układały się w piękne, kształtne kółeczko, wskazujące dokładnie miejsce przyłożenia termosu :))) Bolało, jak cholera, dodatkowo ograniczając mi do minimum mimikę twarzy, co w moim przypadku jest bardzo stresujące, gdyż moja mimika z natury jest bardzo bogata i strzelam miny na lewo i prawo ;) Starałam się też ograniczyć kontakty międzyludzkie, ponieważ reakcje ludzi na mój widok były jednoznaczne. Kto odważniejszy, pytał wprost: "Matko! Co ci się stało?!", kto mniej odważny (albo inaczej: powściągliwy) - pytał przerażonym wzrokiem. Najbardziej szczery był OMD, wyznając: "Wyglądasz, jakbyś twarzą pole zaorała"... Maści, kompresy... Pomogło! Na mojej Babci wszystko goiło się, jak na przysłowiowym psie i chyba jestem genetycznie uwarunkowana, gdyż ze mną jest tak samo. Tempo błyskawiczne! W każdym razie wczoraj uroczyście obchodziłam Dzień Ostatniego Strupa ;) Co ciekawe, miejsca po oparzeniu pokryły się gładziusieńką, świeżutką skórą, bez żadnych różnic w odcieniu i... lekko wygładziła mi się nawet pozioma "zmarszczka" na brodzie :))) Ot, lifting bez skalpela ;)))
Praca, praca... Pokażę Wam, co zrobiłam na kilka dni przed wspomnianym wypadkiem... Otóż Pan Michał T. z Warszawy zamówił u mnie makatkę dla swoich przyjaciół na ślub. Makatka miała nawiązywać do wszystkim znanych makatek z czasów wczesnego PRL-u (wiecie, tych w rodzaju: "Każda żona tym się chlubi..." itd.), charakteryzując się jednocześnie współczesnym "sznytem". Wpadliśmy wspólnie na pomysł, że fajnie, gdyby było to dzieło samego obdarowującego. Jako iż ani ja, ani Pan Michał nie mamy drygu do ołówka, projekt według szczegółowych wytycznych Pana Michała zrobił jego uzdolniony plastycznie brat :)  Przeniosłam to dokładniutko, toczka w toczkę, na płótno (powiększyłam rysunek do rozmiarów gotowej makatki i kalkowałam); tekst też jest napisany ręką obdarowującego!!! ;))) Wyszyłam makatkę techniką bluework, muliną w kolorze pruskiego błękitu (na zdjęciach wyszło prawie czarne, ale musicie mi wierzyć na słowo, że to bardzo ciemny niebieski). Wyszło takie fikuśne cóś... :D

Aaaaa, i jeszcze coś! Nie wiem dlaczego, ale każdemu, kto na tę pracę patrzył na różnych etapach jej wykonywania, rzucał się w oczy... biust Panny Młodej. No, ja tam nie wiem - nie znam Panny Młodej, ale najwyraźniej właśnie tak widział ją Artysta ;)))

4 komentarze:

  1. Wyraz współczucia! Mam nadzieję, że czujesz się dobrze. Na osłodę Jay Tavare aktor indiańskiego pochodzenia.

    Makatka jest prześliczna! Ostatnio mi też chodzi po głowie coś podobnego - monochromatyczny haft na białym płótnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to mówia wypadki chodzą po ludziach...współczuję.Makatka wyszła genialnie.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przerażająca relacja - mam nadzieję że uda Ci się jak najszybciej zapomnieć o tym przykrym wydarzeniu :)

    Małgosiu, czy warsztaty patchworku to jeszcze aktualny temat odroczony w czasie czy akcja nieaktualna?

    OdpowiedzUsuń
  4. Zapomniałam dopisać że nowa szata bloga bardzo ładna - tylko czy weryfikacja obrazkowa jest konieczna?:)

    OdpowiedzUsuń