wtorek, 1 maja 2012

W co się bawi dwuletni facet...

Długi weekend to czas na nadrobienie zaległości towarzyskich. Razem z moją przyjaciółką Olką postanowiłyśmy się spotkać na poznańskim Starym Rynku. Nie widziałyśmy się dawno, jedyną naszą "platformą porozumienia" były ostatnio wyłącznie komunikatory. Weekendowo Ola uwolniona od swojego faceta, który wraz z synem uroczyście postanowił zainaugurować sezon wędkarski ;) Żeby nie było, że to typowo babskie spotkanie, towarzyszył nam Nataniel. Cóż, facet jak facet - bez względu na to, czy ma lat 80 czy 2, po jakimś czasie z kobitkami się nudzi ;))) Po dzióbnięciu kilka razy deseru, malec zaczął się rozglądać za rozrywkami godnymi mężczyzny. Padło na wszędobylskie gołębie. Próby nawiązania przyjaźni spaliły na panewce. Niestety, nasze gołębie zaprzyjaźniają się, owszem, ale wszystko odbywa się na zasadzie przekupstwa: jest żarcie - jest przyjaźń ;) Skoro to nie wypaliło, Natan postanowił pokazać swoją nad nimi władzę, próbując zapędzić je we wnękę między dwoma kawiarnianymi ogródkami, ale i tym razem gołębie nie chciały współpracować ;))) Zniechęcony niepowodzeniem postawił na doznania muzyczne, jakich dostarczali uliczni muzycy, przy okazji namacalnie próbując sprawdzić jakość instrumentów muzycznych i zlustrować ukradkiem, ileż to na tym można zarobić :D
Musiałyśmy mu przerwać, gdyż mocno przeklinające towarzystwo w sąsiednim ogródku i odgłosy nadciągającej burzy (skończyło się na odgłosach) zmusiły nas do przeniesienia się do wnętrza lokalu. Myślałyśmy, że teraz Natan się zanudzi, ale od czego kreatywność!!! Po zjedzeniu deseru malec nagle odkrył ukrytą dotychczas funkcję zwykłej łyżeczki deserowej! Wydając z siebie odgłos zbliżony do cik - cik, podokręcał wszystkie widoczne śrubki w moim krześle. Kiedy nie musiałam się już martwić o to, że spadnę (:D), przyszła kolej na krzesło Olki, następnie krzesło Natana i czwarte - puste, stojące przy naszym stoliku. Z rozpędu zabrał się za dokręcanie śrub przy okuciach drzwi wiodących do toalety i zaplecza dla personelu, obudów kaloryferów i drzwi wejściowych do lokalu. Wszystko to, oczywiście, przy dźwięku cik -cik przy każdej śrubce i ogólnym rozbawieniu wszystkich gości lokalu, jak też i samego personelu ;))) Może by na tym poprzestał, ale zachęcony przez chłopaka siedzącego z dziewczyną przy sąsiednim stoliku stwierdzeniem, że jego krzesło także wymaga naprawy, napadł z dziką radością także na te śrubki. Młody kelner podsunął mu z kolei pomysł, że zapewne stoły pod spodem także kryją spore ilości niepodokręcanych śrub, więc zaczęło się froterowanie podłogi kolanami i plecami, a konkretnie spodniami i koszulką, a że goście okazali się weseli i wyrozumiali, Natan zaliczył wszystkie stoliki. Za dobrze wykonaną pracę został nagrodzony gratisowym ciachem od właściciela lokalu ;))) W sumie pomyślałyśmy z Olą, że my zasłużyłyśmy na darmową kawę za to, że przyprowadziłyśmy tak solidnego fachowca. Doszłyśmy też do wniosku, że w przyszłości nikt z naszego licznego towarzystwa nie będzie musiał martwić się o stan swoich mebli, ponieważ rośnie nam wybitnie uzdolniony stolarz ;)
Po wyjściu z lokalu centrum zainteresowania stała się kobitka rozdająca balony. Niestety, balon Nataniela przeżył w jego ręku trasę może 60 metrów i poniósł śmierć na miejscu, obijając się o samochód stojący przed Wagą Miejską. Maluch zagapił się na coś i trach! Po balonie... Burza przeszła bokiem, więc poniosło nas na "moją" ławeczkę przed klasztorem Franciszkanów na Wzgórzu Przemysława. Oczywiście nie podejrzewałam, że Natan długo wysiedzi z nami na ławeczce. Już po kilku minutach atrakcją dla malca stał się murek okalający skwerek naprzeciwko ławki. Nataniel jest drobniutki, więc taki murek to dla niego nie lada wyzwanie. Pociesznie to wygląda, kiedy dzieciak kładzie się najpierw na brzuchu na tymże murku, następnie bokiem podciąga nogi, klęka na kolana, potem podpiera się rączkami, żeby zaliczyć pion. Po osiągnięciu celu za każdym razem otrzepuje rączki z piachu po to tylko, by... zeskoczyć na dół ;) I od nowa... Nasz maluch po każdym wdrapaniu się na murek wyciąga rączki wysoko w górę i woła:
- Oja (to do Oli :D)! Pac! Natan duzy? Tak?
- Cianin (to do mnie :D)! Pac! Natan duzy?
A my odpowiadamy zupełnie poważnie:
- No, duży, duży... Bardzo duży... Tylko uważaj, bo spadniesz i będzie kłopot!
- Nieee - odpowiada malec i po którymś razie... bęc! Leży, jak długi.
Na szczęście nic się nie stało, a Nataniel zmierzając w kierunku ławki powtarza, mrucząc pod nosem:
- Nie bojiło, nie bojiło...
Sam fakt, że wcisnął się na ławkę między mnie a Olę, a także lekkie przerażenie w wilgotnych oczkach i zaciśnięte usteczka wskazują, że jednak "bojiło" ;)))
Chwila przerwy od szaleństw. Wtula się to we mnie, to w Olkę, następnie wciska paluszkiem skarpetki w sandałki... Operację przy skarpetkach przerywa zainteresowanie tym, co dzieje się przy sąsiedniej ławce. Dziewczyna z chłopakiem karmią gołębie, a te zlatują się w coraz większej ilości. Natan podchodzi i patrzy zafascynowany.
- Chcesz też pokarmić? - pyta Nataniela dziewczyna.
Kiedy malec nieśmiało potakuje główką, podaje mu kawałek bagietki... Jaka radość!!! Mały aż kwiczy ze szczęścia, kiedy gołębie kręcą mu się pod nogami i jedzą wyskubane przez niego okruszki. Cóż, bagietka jednak kiedyś się kończy, a gołębie odlatują, więc centrum zainteresowania ponownie staje się murek i skwerek, a pamięć malca o tym, że "bojiło" okazuje się krótka ;P
Tym razem po wdrapaniu się na murek ciekawość budzi wąska ścieżynka, która prowadzi w krzaki.
- Do cemu to jest? - pyta Nataniel.
Nadmieniam, że określenie "do cemu" jest uniwersalne i oznacza w zależności od potrzeb: dlaczego, do czego, dla kogo, po co, dokąd... i jeszcze kilka ;)))
- Jakaś dróżka, ale nie wchodź tam, bo się podrapiesz w tych krzakach.
Mały jednak nie daje za wygraną i po chwili woła z krzaków:
- Oć! Pac! Co to?!
Idziemy z Olą zlustrować odkrycie. Faktycznie, rzecz niecodzienna, ponieważ na ziemi, między krzakami, widać kilka krecich kopczyków. Miały szczęście, że w tak zabetonowanej okolicy wyszły na powierzchnię, a nie walnęły łebkami w beton :/
- To kopczyki wykopane przez krecika, Natanielku.
- Kjeciku? Tak? Do cemu posed kjecik?
- To jest taki jego domek. Krecik mieszka pod ziemią i czasami wychodzi na powierzchnię.
Patrzymy, co mały robi, a on klęka nad kopczykiem, puka w niego paluszkiem, woła: puk! puk!.. a następnie, ku naszemu zaskoczeniu prawie kładzie się z uchem na tymże kopczyku i ze smutkiem stwierdza:
- Nie mówi... Nić nie mówi...
Tłumaczymy mu, że krety z reguły wychodzą w nocy, a w dzień śpią. Z trudem jednak udaje nam się malca wyciągnąć z krzaków... Ponownie chwila spokoju na ławce... ale tylko chwila ;) Natan zauważa przemykające między kostkami brukowymi mrówki.
- Pac, jobacki!
- No, mrówki.
- Do cemu idom?
- Do swoich domków. Gdzieś w piasku mają swoje domki. Popatrz uważnie, może zauważysz takie małe dziurki, do których wchodzą.
Malec chodzi dookoła i rozgląda się z uwagą, ale nic nie zauważa.
- Nie ma domku - mówi ze smutkiem.
- Wiesz, może na skwerku, za murkiem mają swoje domki - podpowiada Ola.
Chwilkę się zagadałyśmy i po chwili widzimy, jak Natan na kawałeczek jakiejś znalezionej folii zgarnia patyczkiem mrówkę po mrówce i wynosi na skwerek.
- Natanielku, co ty robisz? Nie wolno męczyć robaczków!
- Nieee!!! Ja tyjko nose jobacku do domku!
- Ale dlaczego nosisz? One same umieją chodzić.
- Nieee! Ja nose zeby jobacku nóski nie bojiły!
Ups! I jak tu wytłumaczyć takiemu malcowi, że prawdopodobnie zanim ta mrówka ponownie znajdzie drogę do domu, to dopiero będą ją nóżki "bojiły"! :))) W każdym razie na kilku mrówkach się skończyło, na szczęście ;)
Tak oto wygląda intensywnie zabawowe popołudnie małego mężczyzny... Ja zadaję sobie pytanie - skąd u tego malca tyle energii???!!! :D... W sumie popołudnie bardzo udane. Doszłam do wniosku, że ja, człowiek - wilk, którego na okrągło ciągnie do lasu i na wieś, lubię ten nasz Stary Rynek od późnej wiosny do wczesnej jesieni, kiedy tętni na nim życie. Tylko w tym miejscu i tylko w tym czasie nie przeszkadzają mi tłumy ludzi i gwar...

Konie... Nie ma jak w parze ;)))
Pierwsze muzyczne fascynacje ;)))


Troszkę polskiego folkloru...
... i troszkę folkloru obcego ;)









1 komentarz: