niedziela, 29 stycznia 2012

Mróz...

Tęgi mróz, a zapowiadają jeszcze większy... Nie jestem za dokarmianiem ptaków i uważam, że póki mogą, powinny sobie same pokarmu szukać. Dokarmianie w pewien sposób je rozleniwia i coraz bardziej uzależnia od człowieka. Jednakże kiedy nadchodzi siarczysty mróz lub śnieżyce, sama ruszam z pomocą. Z drugiej strony myślę, że przynajmniej tyle jesteśmy im winni, skoro z każdym dniem zabieramy im coraz więcej przestrzeni. Ich przestrzeni... Przy okazji zauważyłam, że różne ptaki różnie reagują na takie dokarmianie. Te na wsi, pod lasem, przylatują, najedzą się, odlatują. Raczej nieufnie podchodzą do człowieka. Widać w ich zachowaniu tę dzikość, wolność, która nakazuje im zaspokoić głód i lecieć dalej, nie myśląc o tym, co będzie potem. O "potem" pomyślą potem ;)... Te w miastach, przyzwyczajone do obecności człowieka, uzależniają się od niego. Wiedzą, gdzie i kiedy można coś skubnąć. W takiej zależności wychowują swoje potomstwo i kóło się zamyka. No, ale taki już ich los. My, ludzie, jesteśmy trochę podobni do nich. Dzielimy się na tych, którzy nie poradzą sobie bez pomocy innych, bez życia w miarę luksusowych warunkach... ciepełko, wygody, pełna lodówka... i na tych, którzy świetnie egzystują z dala od szeroko pojętej cywilizacji, nie straszny im chłód, brak kasy, bo i bez tego przeżyją... No, ale wszystkie ptaki biją na głowę łabędzie z usteckiej plaży :D Będą za tobą łazić i żebrać, aż wyżebrają wszystko, co nadaje się do zjedzenia. A kiedy już nic nie masz i odchodzisz w swoją stronę, będą cię zaczepiać, łapiąc za spodnie, szczypiąc po rękach i spoglądać wzrokiem mówiącym: "No, rusz tyłek. Tu, niedaleko są sklepy. Zasuwaj i przynieś coś jeszcze, bo jak nie, to... (cap!)... wynocha z naszej plaży (cap!). Idź spacerować sobie gdzie indziej (cap!)". Cwaniaki nad cwaniakami ;)
Zima to także okres, kiedy najwięcej ptaków pada. Z głodu, z wyziębienia, z chorób, od obrażeń zadanych przez drapieżniki (one też muszą jeść). O ile niezbyt poturbowanego ptaka, któremu raczej nic nie zagraża, można spróbować "przehotelować" przez dzień lub dwa, o tyle delikwenta naprawdę chorego lepiej oddać w ręce specjalistów. W piątek przekonałam się, że nawet "animalsi" mają czasami dylemat, gdzie takiego ptaka odtransportować. Dlatego podaję link na stronę "Ptaki Polski", gdzie znajduje się wykaz miejsc, w których z pewnością nie odmówią pomocy:
http://www.ptaki-polski.pl/azyle.php?id=16#azyl_16
Ja w ubiegłym roku "hotelowałam" przez kilka dni mewę śmieszkę, nazwaną przez moje córki Klarą (chociaż w sumie do końca nie wiedziałyśmy, czy to kobitka, czy facet :D).
Znalazłam ją leżącą w śniegu i prawie w ostatniej chwili uratowałam przed atakującymi srokami i kotami. Troszkę ją już "podskubały", ale była w niezłej kondycji poza tym, że trochę utykała na nóżkę. Po kilku dniach domowej rekonwalescencji odtransportowałyśmy ją do "swoich". Przy okazji mogłam się przekonać, jaki to inteligentny ptak, jak szybko się uczy i genialnie wprost zapamiętuje... Czasami się zastanawiam, jak potoczyły się dalsze losy naszej mewy i czy jeszcze kiedyś przelatywała może w pobliżu naszego domu...
Żeby nie było, że tylko zima i zima, to może coś kolorowego tym razem. Torba typu 'messenger' z pięknej, batikowej tkaniny w etniczne wzory.

czwartek, 26 stycznia 2012

Diablo szuka domu... i miłości Człowieka

Diablo...

Ma około 5 lat. Został zabrany z przytuliska w Wólce Kozłowskiej, gdzie trudy życia w tragicznych warunkach dzielił z innymi psiakami. Zakratowana buda, głód, zimno, samotność i beznadzieja :( Dzisiaj przebywa w domu tymczasowym i pewnie powoli zaczyna wierzyć, że życie psa może wyglądać zupełnie inaczej. Nie zawiedźmy go, nie odbierajmy mu tej wiary. Dobry dom stały i przyjaźń odpowiedzialnego człowieka to wszystko, czego Diablo potrzebuje...

Tak wyglądało jego życie w przytulisku:
A oto wątek Diablo na Facebooku, gdzie można zapoznać się ze szczegółami na jego temat i zasięgnąć informacji w sprawie adopcji:
http://www.facebook.com/#!/events/331626146868087/

sobota, 21 stycznia 2012

Babciom i Dziadkom...

... w dniu Ich Święta - wszystkiego najlepszego ;))) Ja, niestety, nie mam już ani Babci, ani Dziadka... i sama też chyba szybko babcią nie zostanę ;P O ile w ogóle, bowiem moje dzieci zawzięcie "karmią" mnie perspektywą świadomej swojej bezdzietności! Aczkolwiek, aczkolwiek... Moje starsze dziecię, poznawszy naocznie świat dzieciaczków przebywających w domu dziecka, deklaruje na dzień dzisiejszy świadomą adopcję. I chwała jej za to - oby jej nie przeszło...


wtorek, 17 stycznia 2012

Cyriakowi...

...za to, że przez półtora miesiąca dzielnie znosił trudy życia na Alasce, przemierzając tysiące kilometrów, czym tylko się dało, często w skrajnych warunkach pogodowych. I za to, że teraz, zamiast spokojnie po wszystkim odpoczywać, walczy z siarczystym mrozem w Pine Ridge ;)

Firefox, jesteś Wielki ;)))
Misiek w kropki macha do Ciebie łapką ;)

wtorek, 10 stycznia 2012

Lawina absurdów

Żyjemy w państwie absurdów, niestety. O ile w ciągu roku to wszystko jakoś nam umyka i się "rozpływa", o tyle z jego początkiem absurdy te dają się szczególnie we znaki, przynajmniej w moim przypadku tak jest. Może dlatego, że wszelkie durnowate pomysły "za nas myślących", ustawy, przepisy i inne bzdety wchodzą najczęściej w życie z dniem 1 stycznia każdego roku... Mamy chyba najbardziej absurdalny (i zarazem najbardziej "zdzierczy") system podatkowy na świecie... absurdalny system ubezpieczeń... absurdalne przepisy adopcyjne... absurdalny system opieki zdrowotnej... absurdalny system edukacji... Absurd goni absurd chyba we wszystkich kilkunastu kodeksach :/
Wywalczyłam, dosłownie wywalczyłam (!), pudełko 30 tabletek dla mojego dziecka. Tabletek, które notabene należą się dziecku, jak psu zupa, ponieważ MUSI je przyjmować ciągle. Najpierw zostałam "wylegitymowana" przez personel w rejestracji przychodni ze wszystkich możliwych dokumentów, począwszy od wszelkich zgłoszeń do ZUS-u, po legitymacje rodzinne (które ponoć już rok czy też 2 lata temu miały przestać obowiązywać), dowody z banku poświadczające opłaty składek... Ta sama procedura ponownie w gabinecie lekarskim. Nie wiem, może na wypadek, gdyby pielęgniarka w rejestracji jakiś... hmm... niezbędny papierek jednak przeoczyła :/  Ba, okazało się, że zgłoszenie dzieci do ZUS-u jednak muszę skserować i załączyć do kartoteki (!), czyli kolejny rajd: "przychodnia - punkt ksero - przychodnia". Po kilkukrotnym bieganiu do przychodni stałam się szczęśliwą posiadaczką recepty na lek dla córki! Kiedy już myślałam, że wszystkie "schody" za mną, kolejny szok. W aptece zostałam ponownie "prześwietlona" i "wylegitymowana" z wszystkich możliwych papierów i papierków, dokładnie tych samych, które musiałam już dwa razy okazać w przychodni. Pomyślicie, że na tym koniec??? Otóż nie! Poproszono mnie o pozostawienie wraz z receptą ostatniego dowodu opłaty składki zdrowotnej i... numeru telefonu, na wypadek, gdyby coś jeszcze okazało się nie teges i personel apteki byłby zmuszony poprosić mnie ponownie "na dywanik" !!! Wręcz wyżebrane opakowanie niezbędnych dla zdrowia mojego dziecka tabletek, niosłam do domu niczym relikwię :/ Kolejna walka czeka mnie za dwa tygodnie, ponieważ na tyle wystarczy leku. Nie zdziwi mnie, jeśli tym razem będę musiała dostarczyć akty urodzenia wszystkich moich antenatów sprzed pięciu pokoleń, świadectwa szkolne z podstawówki i zaświadczenie o rozmiarze obuwia noszonego przez mojego dziadka ze strony matki...
Jakby tego było mało rok zaczynam nieciekawie, bowiem jutro w południe zaliczę pierwszy tegoroczny pogrzeb :((( Mam nadzieję, że jednocześnie ostatni...

Kolejny 'crazy wreath'... Tym razem biało - niebieski...

sobota, 7 stycznia 2012

Ten...

... kto wymyślił inwenturę w małej, jednoosobowej firmie niczym moja mała, "patchworkowa manufaktura", powinien się w piekle smażyć. Amen.

158 Buttons & Jeans, czyli dżinsowa torba na podszewce, na którą własnoręcznie, pracowicie, naszyłam 158 guzików... A że zdecydowana większość miała po 4 dziurki, to robota jakby podwójna :D

niedziela, 1 stycznia 2012

Noworocznie...

Czegóż mam Wam życzyć w Nowym Roku? Nie będę powielała życzeń, jakie od wczoraj słyszycie z ust osób najbliższych (i dalszych też), czytacie w setach maili i SMS-ów. Chciałabym Wam życzyć, by w Nowym Roku (najlepiej już na jego starcie) każdy z Was znalazł chociaż chwilkę czasu i przeczytał "Niosącą Radość" Krzysztofa Czarnoty. Życzę tego facetom i kobietom, młodym i starszym, żyjącym w związkach i zagorzałym singlom, wszystkim kochającym zwierzęta i tym, którzy za ich miłośników nigdy się nie uważali, wyznawcom kultu wielkiego miasta i miłośnikom wsi, niosącym bagaż doświadczeń i ubogim w doświadczenia życiowe, marzycielom i twardo stąpającym po ziemi, życiowym wojownikom i wszystkim, którzy wolą być bezpiecznie prowadzonymi przez życie przez kogoś innego, samotnikom z wyboru i lubiącym życie w tłumie. Życzę tego tym wszystkim, którzy uważają, że świat zmierza w dobrym kierunku, a pęd cywilizacyjny i związany z tym "wyścig szczurów" jest wybawieniem dla człowieka, i tym, którzy dostrzegają, że "nic dobrego z tego nie będzie"... Życzę wszystkim miłej lektury, zadumania i przemyśleń po jej przeczytaniu, odkrycia w sobie siły do walki o własne marzenia, wzięcia odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale też za ludzi (i zwierzęta), którzy darzą nas bezinteresownie głębokimi uczuciami.

[...] Jeśli konia nakarmisz, napoisz i wypuścisz na pastwisko, to on nie zamartwia się o to, czy jutro też będzie tak samo. Po prostu cieszy się życiem. A co robi człowiek? Bez przerwy zaprząta sobie  głowę, jak ma żyć jutro, za rok, za dwadzieścia lat. Cały czas planuje wyłącznie przyszłość, a teraźniejszość przecieka mu przez palce. Poza tym uczę się od nich prawdziwego odczuwania. Tutaj miłość jest miłością, przyjaźń przyjaźnią, a za serce dostajesz serce, podczas gdy u ludzi wdzięczność jest towarem coraz bardziej deficytowym.
("Niosąca Radość" - Krzysztof Czarnota)

Niech Wam będzie słonecznie ;) Poduszka z klasycznym 'log cabin'. Sprzedana (Warszawa).