poniedziałek, 20 lutego 2012

"Silup"

-Natanielku, jemy zupę. Najpierw jednak wypij syrop z kieliszeczka.
-Do cemu?
-Na co? Na gorączkę... Syropek skutecznie obniża gorączkę i od razu lepiej się poczujesz.
-Obniza? Tak? A zowu tes?
-Sowie, Natanielku, Sowie... Tak, sowie też.
-A jówiu tes?
-Żółwiowi... Tak, też.
-A ptasku?
-Ptaszkowi... Też.
-A jisku tes?
- Liskowi też.
-A soniku tes?
-Tak, słonikowi też.
Syrop wypity. Pierwsza łyżka zupy ląduje w buzi.
-Gojące!!!
Nagle grymas na twarzy malca zamienia się w coś, co wskazuje na przebłysk geniuszu, a Natan, wskazując palcem na talerz z zupą, mówi:
-Wlej silup!!!
Ot, logika dwulatka ;) I jak teraz takiemu maluchowi wytłumaczyć, że "silup" owszem, na organizmy żywe działa, ale "gorączki" w zupie nijak nie obniży :)))


piątek, 17 lutego 2012

Trochę spraw technicznych dotyczących patchworku

W związku z tym, że od jakiegoś czasu dostaję maile z pytaniami na temat patchworków i to raczej od strony technicznej, i są to często pytania powtarzające się, najrozsądniej będzie wypowiedzieć się tutaj ;)
Padło pytanie o grubość ociepliny - czym się kierować i jak to rozgryźć. Moim zdaniem grubość ociepliny zawsze należy dobierać w zależności od tego, do czego ma nam ten patchwork służyć, jak długo, jaki efekt wizualny chcemy osiągnąć, a także... jaki rodzaj quiltingu chcemy zastosować i na ile oceniamy swoje umiejętności w sztuce quiltingu. Możemy pokusić się o zastosowanie w quilcie wkładu z runa wełnianego, ale sęk w tym, że praca z tego rodzaju wypełnieniem wymaga zupełnie innej techniki pikowania, i to pikowania ręcznego (bo barbarzyństwem jest wełnę pikować maszynowo). Poza tym wełniane wypełnienie wymaga wstępnego przygotowania przed pikowaniem, więc daruję sobie jakieś szczegółowe opisy. Czego nie można zarzucić quiltom z wypełnieniem wełnianym, to brak trwałości. Mogę dać głowę, że przy odpowiedniej "pielęgnacji" przeżyją nas, nasze dzieci i wnuki. Bawełna... Battingi bawełniane są łatwiejsze w obsłudze, ładnie trzymają warstwy przy pikowaniu, można je pikować zarówno ręcznie, jak i maszynowo, zachowują fajnie swoją puszystość. Hmm... Co do obiecywanej przez producentów kurczliwości... czy też niekurczliwości, często podawanej w procentach, to mimo wszystko różnie bywa. Spotykałam się z wypełnieniami, które miały kurczliwość praktycznie zerową, ale też takimi, które wyszły z renomowanych fabryk, producent obiecywał 5%, a później okazywało się, że szlag trafiał patchwork, bo te 5% należało lekko pomnożyć, niestety :/ I nie dajcie się zwieść zapewnieniom, że jak taki quilt lekko się zbiegnie przez batting, to tylko zyska na urodzie, bo będzie ciut  vintage. Bzdura! Quilt ma wyglądać tak, jak sobie zakładacie! Vintage to on sobie może wyglądać po latach, a nie po pierwszym praniu! Iiiii, spotkałam się niestety z przypadkami uczulenia osób wrażliwych na ten rodzaj wypełnienia, dlatego w przypadku dzieciaczków warto uważać. Coraz więcej osób bywa uczulonych na bawełnę pomimo, iż jest to włókno uważane za najbardziej bezpieczne. Okazuje się, że niekoniecznie... No, i tradycyjne, najbardziej popularne wypełnienia poliestrowe, zwane powszechnie ociepliną, ovatą czy jak tam jeszcze... Myślę, że są na tyle tanie, że jak najbardziej nadają się dla osób, które zaczynają swoją przygodę z patchworkiem. Są łatwe w obsłudze i raczej nie sprawiają niespodzianek. Nie mają natomiast tej trwałości, co wypełnienia bawełniane i wełniane, gdyż po jakimś czasie lekko się uleżą i sklapną, ale są też najłatwiejsze w późniejszej konserwacji.
Grubość... Jeśli chcecie uzyskać głębszy relief przy quiltingu, użyjcie grubszej ociepliny. Tutaj małe spostrzeżenie, wynikające z wieloletniej praktyki ;) Lepszy efekt uzyskamy, gdy weźmiemy dwie (lub więcej) warstwy ociepliny, niż jedną grubą. Cienka ocieplinka jest delikatniejsza, gruba natomiast bardzo sztywna. Same poeksperymentujcie - jeśli złożycie razem np. 3 osiemdziesiątki, osiągniecie fajniejszą strukturę, niż przy zastosowaniu jednej, grubszej warstwy. Poza tym takie "wielowarstwowe" patchworki są cieplejsze, być może dlatego, że pomiędzy warstwami zawsze zadomowi się trochę powietrza ;)
Następna sprawa - farbowanie... Niestety, wiele bawełnianych tkanin farbuje. Możemy próbować techniki tzw. hartowania, poprzez moczenie w gorącej i zimnej wodzie, płukanie w soli, occie itd. Niekiedy i to nie pomaga. Czy taka tkanina, przy któtej te wszystkie sposoby zawodzą, jest niskiej jakości? Nie!!! Wiele tkanin bardzo wysokiej jakości ma tendencje do farbowania! Czasami warto popróbować ze skrawkami tkanin, których chcemy użyć w patchworku, ponieważ może zdarzyć się tak, że pozostałe tkaniny nie złapią barwnika tkaniny farbującej. Naprawdę! A jeśli nic już nie skutkuje? Hmm... W Stanach czy Kanadzie mają takie środki, jak Retayne lub Synthrapol, niedostępne praktycznie w Polsce (ja przynajmniej nie spotkałam), więc jeśli ktoś nie szyje quiltów zawodowo, to sprowadzenie ich może być nieopłacalne... Hmm, farbowanie... Co ciekawe, w krajach, gdzie patchwork i quilting mają długą tradycję, ta wada tkanin aż tak nie razi. Dawno temu stosowano do barwienia tkanin prawie wyłącznie naturalnych barwników, które bardzo "puszczały", więc patchworki z natury były "pomazane". Dzisiaj wiele z tych, które przetrwały, osiąga zawrotne ceny na targach, aukcjach czy w sklepach z antycznymi quiltami. Patrzycie na nie i mówicie: "Ale na nich nie ma nawet śladu po jakimkolwiek farbowaniu". Nie ma! Nie ma, bo z biegiem czasu z tkaniny, która farbowała wymyło się to, co wymyć się mogło, natomiast tkaniny, które niechcący przy pierwszych praniach nieco tego barwnika chwyciły, po latach zostały z niego wypłukane! Naprawdę! Dlatego szyjcie, nie martwcie się tym, że farbuje, ewentualnie próbujcie łączyć tkaniny tak, by tkanina, która niechcący złapie barwnik jak najmniej na tym cierpiała wizualnie, cieszcie się tymi patchworkami, bo... No, właśnie... Bo z patchworkami jest jak z ludźmi - niekoniecznie musi być idealny w każdym calu, by móc go pokochać. Czasami ten, który ma dużo wad (wewnętrznych i zewnętrznych), który na pierwszy rzut oka wydaje się "brzydalem", starym, spranym, połatanym, jest wspaniały, kochany i daje nam więcej ciepła, miłości, przyjemności i bezpieczeństwa niż nowiutkie cacko ze sklepu.
Przy okazji tego wpisu pragnę cieplutko pozdrowić pewną intrygującą osobę z Belfastu, która kilka dni temu wpadła na mojego bloga i ugrzęzła w nim na dobre ;) Mrugam prawym oczkiem ;))) Mrugam lewym oczkiem ;)))))... i życzę w dalszym ciągu miłej lektury ;P

Pledzik dziecięcy o wymiarach: 100 x 150 cm. Mam nadzieję, że Joshua jest z niego zadowolony ;)
A tak dla przykładu - w środku ma 4 warstwy ociepliny 80'... ;)))

poniedziałek, 13 lutego 2012

Zawiodłam...

Nie wpasowałam się w konwencję dnia jutrzejszego, niestety... Dzisiejszy rajd po mieście przerwał mi gdzieś na odcinku między Kupcem Poznańskim a Garbarami koleś z mikrofonem, ozdobionym solidnym logiem jednej z poznańskich rozgłośni radiowych. Kiedy mnie zaczepił, pomyślałam, że chce zapytać o coś poważnego, dlatego lekko mnie przytkało, gdy z ust jego padło:
-Jutro "Walentynki". Rozumiem, że tak piękna i uśmiechnięta kobieta spędzi ten wyjątkowy dzień w towarzystwie "miłości swojego życia"...
Uodporniona na jego męską kokieterię, bo ani się nie uśmiechałam, ani tym bardziej wyróżniałam w dniu dzisiejszym jakoś szczególnie urodą, odparowałam:
-Muszę pana zawieść - niestety, nie...
-Ale rozumiem, że jak każdy z nas, miłość swojego życia pani przeżyła. Czy może nam pani o niej w kilku zdaniach opowiedzieć?
-Ponownie pana zawiodę. Nie ma o czym opowiadać, ponieważ "miłość mojego życia" była jednocześnie najkrótszą miłością w moim życiu. Jak się szybko zaczęła, tak się szybko skończyła... Chociaż, może jeszcze inaczej - skończyła się, zanim tak naprawdę mogła się zacząć. Taka śmierć przed narodzeniem...
-Oj, to przykre... Ale rozumiem, że jutrzejszy dzień mimo wszystko spędzi pani w towarzystwie ukochanego mężczyzny?
-I jeszcze raz pana zawiodę. Niestety, nie...
-Hmm... To zapewne w towarzystwie koleżanek - singielek, w miłej atmosferze jednej z poznańskich kawiarni?
-Nieee...
Koleś zbity z tropu, bo mu najwyraźniej zepsułam walentynkowy schemat pogadanki, drąży dalej:
-W takim razie z pewnością zrobi pani coś dla siebie i spędzi ten wieczór relaksując się w jakimś gabinecie kosmetycznym, może saunie?
-Nieee...
-Czyli???
-Spędzę ten wieczór samotnie, pod kocem, z kubkiem herbaty i z książką w ręku.
Najwyraźniej to stwierdzenie mu przypasiło, bowiem uśmiech pojawił się na jego twarzy i próbując wpasować to w "konwencję", mówi:
-Oczywiście, ta książka to jakaś baaaardzo romantyczna, dobrze kończąca się historia... Zdradzi nam pani, co to będzie?
-Po raz nie wiem już który mam zamiar skończyć jutro czytanie "Odmieńca" Bodsworth'a. To jedna z moich ulubionych książek.
-Oooooo. Klasyka literatury kanadyjskiej, widzę... -odparował, najwyraźniej zorientowany w temacie, co mnie nawet zaskoczyło, bo Bodsworth, mimo iż rewelacyjny, raczej nigdy hitem nie był. - Ale mimo wszystko to pozycja o miłości. Może trudnej, ale jednak o miłości...
-Nooo, niekoniecznie w wydaniu ludzkim. Okazuje się, że nawet na takiej płaszczyźnie jak miłość, możemy wiele nauczyć się od zwierząt - skwitowałam.
Dziennikarzyk zakończył naszą pogadankę, rzuciwszy do własnego mikrofonu:
-Jak państwo widzicie, różne są pomysły na spędzenie tego wyjątkowego, walentynkowego wieczoru. Można z ukochaną osobą, a można i z książką...
Kiedy się rozłączył, znaczy "odpiął" z fonii, mówi do mnie:
-Kurde, ale mnie pani zaskoczyła z tym "Odmieńcem". Nie sądziłem, że są jeszcze kobiety, które czytają takie książki. Współczesne dziewczyny to "pustaki", których świat kręci się między siłownią, solarium i klubem, a jedyne, co czytają, to sposób użycia na opakowaniach kosmetyków i program TV. Pieniądze i atrakcje, które nie obciążają mózgu to wszystko, czego im potrzeba do szczęścia.
Hmm... Tym stwierdzeniem on mnie z kolei zbił z tropu i zaczęłam się zastanawiać, czy to ten sam koleś z mikrofonem, który mnie zaczepił przed momentem :/ Kiedy siedziałam już w tramwaju wracając do domu, zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać i doszłam do wniosku, że ja faktycznie nie wpasowuję się w schemat współczesnej... hmm... kobiecości :/ Nie biegam do kosmetyczki (sama nią jestem we własnej łazience), nie korzystam z solarium (przed słońcem też uciekam), nie pocę się w siłowni (cały mój sport, to rolki, czasami rowerek i spacery z psem, od czasu do czasu ćwiczonka na własnym dywanie), nie ubieram się w sieciówkach, chodzę w glanach lub trampkach (buciki na szpilce mam na nogach może przez kilkanaście dni w roku), rzadko występuję w pełnym makijażu (ułomność byłego zawodowego makijażysty, spowodowana przesytem), nie czytam... hmmm... tych wspomnianych przez dziennikarza programów TV, ponieważ telewizję oglądam średnio raz na dwa tygodnie (i to najczęściej "Animal Planet"), modne kluby omijam szerokim łukiem (kręci mnie jedynie bluesik w "Charyzmie"). Czasami robię ze znajomymi wypad do knajpki, ale raczej z zamiarem pobycia w fajnym towarzystwie niż jakichś niekontrolowanych szaleństw. Czyli co??? To ja jestem jakaś z kosmosu, czy też kosmos jest wokół mnie???

Wszystkiego najlepszego z okazji jutrzejszych "Walentynek" ;))) Życzę wszystkim prawdziwej, szczerej, partnerskiej Miłości... takiej przez wielkie M ;)))


sobota, 4 lutego 2012

Mróz uderza...

Konkretnie - uderza chyba w zdrowie moich bliskich znajomych. Jakiś pomór! Nataniel walczy z zapaleniem oskrzeli i wysoką gorączką (chociaż dobry humor maluszka nie opuszcza :D), Ola z półpaścem, Maryśka padła na rwę kulszową, Wielki Pies stęka na nerki. Mało tego! Dzwonię wczoraj do mojej przyjaciółki Wieśki, czy wszystko OK i czy coś jej dowieźć na ranczo, i pierwsze, co słyszę, to:
- Rura pękła.
W jednej sekundzie zobaczyłam oczyma wyobraźni Wieśkę pod kołdrami i kocami, wtuloną w Askana i Bogdana (kot), oblodzone ściany i okna, sople zwisające z mebli, krany, z których nic nie leci, termometry, na których słupek rtęci osiągnął "rejestry" dolne i już niżej nie może, a wszystko to w maleńkiej chatce, skąpanej w śniegu i mrozie, samotnej, gdzie z dwóch stron bezkresne pola, a z pozostałych stron gęsty las. I kiedy już serce podskoczyło mi tak wysoko do gardła, że nijak nie mogłam wydukać słowa, Wieśka uściśliła:
- No, pękła rura pod umywalką w łazience, ale już ją jakoś naprawiłam.
Myślałam, że ją zastrzelę. Nie można było tak od razu, w jednym zdaniu?! Kiedy jednak zaczęłam się powoli uspokajać, ponownie podniosła mi ciśnienie.
- Wiesz, muszę chyba w przyszłym tygodniu gnać do Poznania. Z moim gardłem dzieje się coś niedobrego.
Kurczę, dopiero wykaraskała się z masakrycznie potłuczonego biodra, które powaliło ją na wiele tygodni, a tu znów problem. Boję się o nią, ponieważ kilka lat temu przeszła poważną operację krtani i strun głosowych (rak).
Najlepszą "diagnozę" na to wszystko postawił Firefox.
- Wiecie co, wy jesteście za bardzo wychuchani. Ja bym was przez 2-3 tygodnie przeciągnął przez Alaskę, to od razu byście zapomnieli o chorobach.
Nadmieniam, iż kolega Firefox wrócił w styczniu do Pine Ridge po ponad półtoramiesięcznej wyprawie na Alaskę. Przemierzył tę Alaskę wzdłuż i wszerz, zahaczając nawet o Wyspę Kodiak, korzystając z chyba wszystkich możliwych środków lokomocji, od własnych nóg poczynając a na samolotach kończąc. Wiem, że zazdrość to rzecz obrzydliwa, ale ja mu zwyczajnie tej wyprawy zazdroszczę, bowiem Alaska to szczyt moich marzeń odkąd pamiętam. Z drugiej strony cieszę się, że chociaż ktoś z moich przyjaciół mógł na własne oczy zobaczyć to, co być może już zawsze zostanie tylko w sferze moich marzeń ;)... Hmm... A tak poza tym... Tak poza tym, coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że nasz Firefox chyba już do Polski nie wróci ;) I chociaż ciągle zapewnia: "Zobaczycie, we wrześniu wyląduję w Warszawie. Powoli organizujcie imprezę", to jakoś zaczynam w to wątpić... A może tak by było dla niego lepiej? Może właśnie tam jest jego miejsce? Tam, gdzie odkrył siebie na nowo, gdzie stał się zupełnie innym człowiekiem?
Quilted Hearts