poniedziałek, 26 marca 2012

...

Fragment z powieści "Jak z obrazka" Jodi Picoult:
(...)
Babka uczyła go, że zbiegi okoliczności nie istnieją. "Na świecie są miliony ludzi i duchy dopilnują, żebyś większości z nich nigdy nie musiał spotykać. Ale z kilkoma osobami jesteś związany i duchy będą krzyżować wasze drogi, tak je plącząc, aż wreszcie się połączą". Tak mówiła.

Moja mówiła dokładnie to samo :) Może trochę inaczej ubierała to w słowa, ale sens wypowiedzi i nauka z niej płynąca były takie same...


Hippie Pillow... Crazy, crazy, crazy patchwork ;)))

sobota, 24 marca 2012

...

Zając z wczorajszej "produkcji" ;)))

W ogóle, jakoś mnie tak ostatnio na zające i króliki wszelkiej maści naszło. Może dlatego, że nieubłaganie zbliża się czas zajączkowych prezentów i mnie te zające niejako mobilizują do wytężonej pracy, coby na wspomniane prezenty zarobić ;) Mnie może Zając pominąć, bo za stara jestem (nie wiem też, czy zasłużyłam), ale o moich córciach musi pamiętać obowiązkowo. No, i oczywiście o Natanie, na którego już zakończyliśmy "przyjacielską" zrzutkę. Do niego Zając przyjedzie na trzykołowym rowerku, z nowymi "imbałkami" w koszyku, bo te, które dostał na Boże Narodzenie, nie dożyły do dnia dzisiajszego. Najpierw padły pałeczki, następnie odpadały kolejno płytki - zachowała się tylko "re" i "sol" ;)))

poniedziałek, 19 marca 2012

Wśród ptaków wielkie poruszenie...

Wiosna... Dzisiaj wczesnym rankiem wybrałam się z psem na spacer. Ogromna łąka, dookoła pustka - tylko ja i pies. Nagle, tuż za mną, narastający z każdą sekundą, najpierw szelest, później szum, przeistaczający się w świdrujący powietrze świst. Nad moją głową, niziutko, przeleciały dwa łabędzie. Wyobrażacie sobie??? Miały tyle miejsca wokół, a przeleciały dokładnie, centrycznie nad moją głową! Jakby zrobiły to specjalnie :) Niesamowite wrażenie... Od razu przypomniała mi się ubiegłoroczna, sierpniowa historia, która bawi nas w domu do dzisiaj :)
Kiedy w sierpniu wylądowałyśmy na ranczu mojej przyjaciółki, już pierwszego dnia Wieśka mówi:
- Jak jutro rano będziecie wracać z lasu, zerknijcie na dach tej starej, drewnianej stodoły tuż przy drodze. Codziennie rano, przez 2 - 3 godziny, siedzi tam para łabędzi.
- Łabędzi??? - zapytałam zdziwiona, bo łabędzie w moim życiu widziałam, owszem - pływające, brodzące, chodzące, latające... ale siedzące na dachu stodoły??? Pomyślałam, że to jakiś wybryk natury :)
- No, dokładnie. Siedzą codziennie, bez względu na pogodę...
Następnego dnia wybraliśmy się wczesnym rankiem do lasu, z nadzieją na "bliskie spotkania" z jeleniami na pewnej tajemniczej, leśnej polanie. Niestety - pudło... Wracamy, patrzymy na dach stodoły - siedzą!!! Siedzą, tylko nie łabędzie, a... bociany!!! :))) Dokładnie, para bocianów :))) Wpadam do domu i mówię do Wieśki:
- Ty, te twoje łabędzie okazały się być bocianami.
- Oj tam, jaka to różnica, łabędzie czy bociany... Ale siedzą codziennie.
Faktycznie, codziennie rano, prawdopodobnie po obfitym śniadanku, para bocianów przylatywała na dach starej stodoły, by przez 2 - 3 godzinki na nim posiedzieć. Nikt z nas nie namierzył ich gniazda. Później Dalia wyczaiła, że z maleńkiego okienka w łazience widać dokładnie część dachu z bocianami. Złapałam się nawet na tym, że kiedy jesienią odleciały, zerkałam ukradkiem przez okienko na dach ;)...

Sroki, zamieszkujące jeszcze dwa tygodnie temu gniazdo na jarzębinie naprzeciwko kuchennego okna, nagle wyprowadziły się. Co ciekawe, do ubiegłorocznego "pustostanu" na topoli po drugiej stronie domu, wprowadziła się para srok :D Może to te same? Może doszły do wniosku, że to, co wybudowały w ubiegłym roku nie nadaje się do dalszego zamieszkania i postanowiły wyremontować sobie jakąś starą, opuszczoną "chałupę"? ;))) W każdym razie dzielnie i z mozołem znoszą różne cuda do swojego nowego gniazdka...

Z kolei na "łysy" krzew kaliny zaczęły przylatywać... hmm... gołębie??? Osobników jest 5, na pierwszy rzut oka wyglądają jak gołębie, ale są sporo większe, mają charakterystyczne białe plamy na wysokości karku, zwężające się ku przodowi i jaskrawe, żółte dzioby, lekko zakrzywione ku dołowi (nie takie proste, jak u typowych, miejskich "dachowców"). Chodzą też nieco inaczej, lekko kołysząc się na boki... Już jesienią przylatywały na tę kalinę codziennie regularnie - rano, jak tylko robiło się jasno i po południu, tuż przed zachodem słońca. Tak przez całą jesień i część zimy, aż dokładnie obskubały krzew do ostatniej kuleczki ;) W ubiegłym tygodniu pojawiły się ponownie, chociaż jeszcze nie mają co skubać ;)))
W sumie stwierdziłam, że kompletnie nie znam się na ptakach :/ Ja - "animals"!!! Wstyd! Pieski - owszem, koty - także, o bobrach wiem więcej niż wszystko, tyleż samo o wilkach, o innej dzikiej zwierzynie może ciut mniej, ale moja znajomość ptaków ogranicza się tylko do "ptactwa pospolitego", i to niezbyt zagłębiając się w ich zwyczaje... Czas nadrobić zaległości ;P



Z myślą o Świętach - "króliczy" ocieplacz na imbryk ;)))


sobota, 17 marca 2012

"Tell me about yourself Award"

Pod poprzednim wpisem Marta napisała:

witam, jestem zafascynowana Pani pracami. Ich estetycznosc wywoluje tak przyjemne doznania, że goszczę tutaj jak tylko mam wolną chwilkę. Dlatego też pozwoliłam sobie wyróżnić Panią w zabawie "Tell me about yourself Award". nie wiem, czy będzie Pani miała życzenie w niej uczestniczyć, ale nie mogłam się oprzeć :) pozdrawiam


Zrobiło mi się niezmiernie miło, że moje prace są doceniane, wywołują "przyjemne doznania", inspirują, że mogę się dzielić wiedzą, że w ogóle do czegoś się przydaję w tym blogowym świecie. Dziękuję, Marto, za wyróżnienie ;) Z drugiej strony idę troszkę "pod prąd" i z reguły nie uczestniczę w nominacjach, "cukierasach" i innych blogowych zabawach, bowiem kojarzą mi się trochę z tzw. łańcuszkami ;))) Tym razem jednak się przełamię, gdyż chciałabym kogoś nominować... Nie, nie będzie to 10 regulaminowych osób. Będzie tylko jedna... I od razu przepraszam tych, których być może tą nominacją urażę, a dziękuję tym, którzy zechcą ją razem ze mną poprzeć...

To wyróżnienie chciałabym przyznać Osobie, której już z nami nie ma - mojej imienniczce, Małgosi, znanej wszystkim raczej pod nickiem Vivictoria, bądź zwyczajnie- Bag Lady.
http://baglady.blox.pl/html
W połowie lipca minie rok, jak odeszła, do końca dzielnie walcząc z nieuleczalną chorobą... Ale nie tylko z chorobą... Walczyła z bezdusznością urzędów i urzędników, absurdalnych przepisów, które dobijały ją na równi z rakiem... Walczyła, mówiąc głośno i dobitnie o losie polskiego artysty - rękodzielnika, którego nasze władze raczyły wrzucić do jednego worka z innymi przedsiębiorcami, traktując takimi samymi procentami podatków, składek ubezpieczeniowych i innych pierdół, których z kolei nijak nie da się przełożyć na równość "procesów produkcyjnych" u jednych i drugich...
Vivi pozostawiła po sobie, oprócz wspomnień, jeszcze coś - ogromną wiedzę, jaką na swym blogu przekazywała czytelnikom, a także możliwość cieszenia oka niezwykłymi pracami. Myślę, że to na jej blogu wiele z nas nauczyło się szyć torebki, wszywać do nich zamki, naszywać aplikacje, dziergać... Była wspaniałym, wrażliwym, a jednocześnie silnym i dzielnym człowiekiem. Była niezwykle zdolnym artystą i rękodzielnikiem... Jej blog, dzisiaj będący z pewnością in memoriam, cały  czas jest miejscem spotkań osób, które o Niej pamiętają, czego dowodem setki komentarzy pod ostatnim wpisem, jakiego dokonała...
Vivi, wszystkie nagrody, wyróżnienia i "cukierasy" należą się Tobie...

Na koniec złamię jeszcze jeden punkt regulaminu, ponieważ nie napiszę 7. zdań o sobie ;) Kto wpada do mnie na bloga, dobrze mnie zna, więc o czym tu pisać ;)))

sobota, 10 marca 2012

...

(...)
- Czy będziemy dzisiaj obozować? - pyta.
(...)
- Czy będziemy? - pyta ponownie.
- Zobaczymy później - mówię.
- Dlaczego później?
- Dlatego, że teraz nie wiem.
- A dlaczego nie wiesz teraz?
- Cóż, po prostu nie wiem teraz, dlaczego nie wiem.
 ( Robert M. Pirsing - "Zen i sztuka oporządzania motocykla")

Ten fragment z książki Pirsinga bardzo dokładnie oddaje moje, trwające od kilku dni - "tu i teraz"... Zapytana o cokolwiek, mogę odpowiedzieć jedynie tym ostatnim zdaniem cytatu... i czekać na "później".


Z resztek "ogryzków", jakie zostały mi po uszyciu quiltu dla Ani, powstał taki sobie patchwork dla jakiegoś malutkiego kowboja ;) Wymiary: 84 x 95 cm. Quilting ręczny.

piątek, 9 marca 2012

Buciki...

- Natan, proszę, załóż buciki, bo za chwilę wychodzimy.
Malec jest bardzo samodzielny, a buciki zapinane z boku na krótki zamek błyskawiczny, więc powinien sobie poradzić. Po chwili okazuje się, że buciki tkwią na stópkach, ale przysłowiowe "dwa lewe" :)
- No, kolego, chyba musimy przejść błyskawiczny kurs zakładania bucików.
Przed Natanem pojawiają się dwie kolejne, pokazowe pary bucików - jedna ustawiona prawidłowo, a druga nieprawidłowo.
- Popatrz. Tak jest dobrze, a tak źle. Czubki bucików nie mogą rozchodzić się na boki. A teraz zdejmij buty i załóż prawidłowo.
Malec z powagą na twarzy myśli i spogląda to na swoje nogi, to na dwie pary butów pokazowych. Potrzebuje chwili na zastanowienie ;)... Co robi po chwili? Krzyżuje nogi i woła uradowany:
- Dobze? Tak?
- No, chłopie, źle! Tak, to ty daleko nie zajdziesz :)))
- Dobze!!! Buciki dobze!!! Nóski źle!!!
Oto mamy patent Natana na odwrotnie założone buty :D Jeśli przytrafi wam się taka sytuacja, nie przebierajcie ich, bo i po co - po prostu skrzyżujcie nogi! :D

Patchworkowa pościel dla miśka (sprzedana ).

poniedziałek, 5 marca 2012

Apple Core...

Kratka na kratce, a na tej kratce jeszcze jedna kratka :)))
Wczoraj skończyłam, jutro jedzie do Grodziska Mazowieckiego i będzie umilał chłodne wieczory Ani P. i jej Rodzinie ;)
Quilting ręczny przez 3 warstwy (wewnątrz ocieplina 170'). Spód z niebieskiej flaneli. Lamówka skośna (nijak inaczej się nie da). Wymiary: 220 x 200 cm.
Posiada ręcznie haftowaną sygnaturę o treści: MADE BY SHAYNEEN   FEB / MAR 2012.