piątek, 31 sierpnia 2012

Piątek różnorodny tematycznie

Ludzie, jak ja nie cierpię grzebania się w papierach! Pomyśleć, że tyle lat pracowałam w biurach ;) Dzisiaj każdy dokument odkładam skrzętnie do koszulki, a potem wszystko hurtem, no bo jak inaczej? Papiery, to jedyna rzecz, przy której nie potrafię wyrobić w sobie systematyczności. Właśnie dzisiejszy poranek był takim hurtowo - papierowym, ale i tak połowy nie ogarnęłam.
Za to południe przebiegło miło i towarzysko. Do Poznania na 2 dni przyjechała para moich przyjaciół, czasowo przebywająca w Hiszpanii. Tak się zawsze strasznie cieszę na spotkania z nimi, bo to ludzie wyjątkowi, jak na dzisiejsze czasy. Sympatyczni, szczerzy do bólu, otwarci na świat i ludzi, i tacy... prawdziwi. Może dlatego, że już swoje w życiu przeszli i potrafią się cieszyć każdym dniem, światem, ludźmi, sobą nawzajem... Cóż, ja się ucieszyłam, chociaż dla nich ten przyjazd nie wiązał się z przyjemnością.  Dla Ryśka to przymusowa wizyta u ortopedy, który opiekował się nim od czasu poważnego wypadku samochodowego. Uraz co jakiś czas się odzywa, a tym razem odezwał się aż w Hiszpanii ;) Przyjechał, biedak, zakuty w kołnierz ortopedyczny do swojego lekarza - cudotwórcy, żeby go postawił na nogi, bo nie wierzy w hiszpańskich ortopedów ;)... Zawsze mnie ci moi przyjaciele rozbawiają do łez swoimi dialogami, bo są szczere do bólu, a jednocześnie świadczą o ich wzajemnej miłości, przywiązaniu, partnerstwie, o co dzisiaj coraz trudniej... Sonia:
- No i powiedz, Gocha, co ja mam zrobić? Wzięłam sobie faceta 18 lat młodszego, żeby miał się kto mną na starość opiekować. Nie zdążyłam jeszcze tej starości dożyć, a się okazuje, że to ja muszę się smarkaczem zajmować! Ta młodzież dzisiejsza to jakaś taka... słabowita. I co mam z nim zrobić?
- Wymień go na starszy model! - śmieję się rozbawiona.
- A pewnie! Najlepiej taki, co dwie wojny przeżył! To były odporne egzemplarze! No ale co zrobię, skoro kocham akurat tego mojego połamańca?
Rysiek przysłuchuje się z widocznym cierpieniem w oczach, bo go ten ortopeda "poobracał" podczas badania nad wyraz skutecznie i mówi do mnie:
- No i powiedz mi, Gosiu, za co ja kocham tę moją staruchę - czarownicę i zołzę w jednym? Za co???
- Nie wiem - odpowiadam. - Może za to, że cię targa w tym kołnierzu przez pół Europy do lekarza, bo inna laska najprawdopodobniej by olała sprawę i wygrzewała się w tej chwili na hiszpańskiej plaży, a ty musiałbyś liczyć jednak na tamtejszych ortopedów.
- Nie, to nie za to. Kocham ją za to, że po prostu jest, chociaż w takich dniach jak dzisiaj, mógłbym ją zabić.
- No, to zabij mnie! Ciekawe, kto cię do domu odwiezie! - warczy Sonia, ale rzuca się z czułością w jego kierunku, kiedy ten zaczyna jęczeć z bólu. - Chodź, skarbie, jedźmy do domu. Odpoczniesz, podam ci leki. Bardzo cię boli?
Zawsze bawią mnie te ich niby - kłótnie, niektóre bardzo ostre, z waleniem ręką w stół, aż do rozlania kawy na klawisze laptopa włącznie :))) W rzeczywistości są najbardziej "pewną" parą, jaką ja znam, a to, co w ich przypadku ludziom rzuca się w oczy, czyli relacja wiekowa: 45 - 63, dodaje pełni smaczku. Stałość niczym cement!
...
Poczta popołudniowa... Z komisariatu przyszło umorzenie dochodzenia w sprawie kradzieży roweru. Powód: niewykrycie sprawcy. Do cholery jasnej, a niby kto miał tego sprawcę wykryć? Ja??? Zawiozłam im na komisariat "zabezpieczoną", wyłamaną kłódkę - nikt nawet nie rzucił okiem. Nikt nie pojawił się, żeby zobaczyć gdzie to się stało! W tym czasie w najbliższej okolicy skradziono z piwnic jeszcze kilka innych rowerów i sprzętu, a ja nie widzę, by pojawiały się patrole policji! Zero zainteresowania! Najprościej umorzyć sprawę, a szajka złodziei dalej grasuje i czuje się bezkarna! Mało tego - to mi policjant zasugerował, że mam regularnie przeglądać portale typu: Allegro, Gumtree, Tablica itp. Po co nam policja, skoro sami musimy ścigać przestępców?!

Tym razem... wazon... w crazy patchworku ;))) Sprzedany.





poniedziałek, 27 sierpnia 2012

...

Jestem lekko zdołowana wizytą w szpitalu z moją Dalią... Zrobiony kilka tygodni temu rezonans nie pozostawił złudzeń: torbiel pajęczynówki w lewym płacie czołowym (spora!), zmiany niedokrwienne w płacie czołowym prawym, torbiel szyszynki... Skierowanie od neurologa do neurochirurga z adnotacją: "CITO!!!" i błyskawiczny rajd po dobrych poradniach, a potem cudem wyżebrany wręcz termin wizyty na dzisiaj. Mamy koniec sierpnia, więc o wolnych terminach na NFZ można praktycznie pomarzyć.
Specjalistyczna poradnia przyszpitalna, czyli najlepsze, na co można trafić. Z drugiej strony właśnie tego typu  poradnie zawsze działają na mnie dołująco. Tutaj nie ma "lekkich przypadków", człowiek napatrzy się na cierpienia dzieciaków, bo poradni tu od groma - wszystkie możliwe specjalności. I tyle dzieci chorych!!! Poczekalnie, korytarze zapełnione po brzegi. Tymi mniejszymi i większymi. Tymi, które powoli zaczną wchodzić w dorosłość i maleńkimi niemowlaczkami. Tymi, które chodzą o własnych siłach i tymi, które jeszcze chodzić nie potrafią, ale też tymi, które chodzić by mogły, ale... Zadaję sobie pytanie: "Dlaczego?!" Patrząc na te dzieciaczki, człowiek chciałby choć trochę wziąć na siebie i nie ważne w tym momencie, czy to moje dziecko czy obce. Ale się nie da... Zwyczajnie się nie da...

niedziela, 26 sierpnia 2012

Pociąg...

Natan pierwszy raz jechał pociągiem :) Już od dłuższego czasu miał taką wycieczkę obiecaną, a że czas ucieka, należało obietnicę spełnić. Jechał już wszystkim: samochodem, autobusem, wielką terenówką leśniczego na "janco", kolejką "Maltanką" do poznańskiego zoo, siedział na kolanach kierowcy w ogromnej ciężarówce i na prawdziwie kultowym Harleyu. Przemierzył też kilkaset metrów na grzbiecie konia i... osła, ale prawdziwy, duży pociąg pozostawał w sferze jego marzeń. Do czasu...
Fascynacje kolejowe rozpoczęły się już na etapie kasy biletowej.
- Do cemu cekamy?
- Trzeba kupić bilet.
- Natanu tes?
- Nie, ty nie musisz mieć biletu. Jesteś jeszcze za mały.
- Chce bilet! - Od jakiegoś czasu już jest "chce" zamiast "kce"!
- Natanielku, ty nie musisz mieć biletu!
- Chce bilet! Chce bilet!!!
Pani w kasie mruga porozumiewawczo i bardzo poważnym tonem rzecze:
- Oj, taki duży chłop musi mieć własny bilet! Poczekaj chwilkę! 
Szpera przez chwilę pod biurkiem to tu, to tam, wyciąga coś, co zapewne kiedyś biletem było, ale swoje przeszło, na co wskazują liczne zabrudzenia, zagniecenia i artystyczne esy-floresy, i podaje Natanowi. Mały zachwycony, ogląda z uwagą swój nowy skarb, po czym korzystając z pomocy, składa go w niezbyt zgrabną kostkę i chowa do bocznej kieszonki na nogawce bojówek.
Trasa: kasa biletowa - peron okazuje się być wypełniona dodatkowymi atrakcjami, które trzeba dotknąć i pomacać. Ileż to kolorowych i fascynujących guzików na wszelkich "patatajkach", automatach z napojami, zabawkami rodem z Chin, batonami! Nawet automat z prezerwatywami stał się punktem zainteresowania! Całe szczęście, że wszelkie te "atrakcje" działają tylko po załadowaniu ich odpowiednią monetą, inaczej dworzec zamieniłby się w wesołe miasteczko, pełne hałasu, wygrywanych melodyjek i innych bliżej nieokreślonych dźwięków wydawanych przez automaty, wypluwające z siebie całą swoją zawartość!!!
Peron... Mały wychodzi wprost na baaardzo długi skład wagonów i oszołomiony tym widokiem powtarza bez przerwy:
- Duuuzy tamwaj! Duuuuuuzy tamwaj!!!
- To nie jest tramwaj, kochanie. To pociąg!
Cóż, co innego oglądać pociąg na obrazku, w telewizji bądź z mostu, jadąc tramwajem, kiedy kolos wydaje się jednak malutki, a co innego stanąć z nim face to face ;))) 
W wagonie każde siedzenie zostaje pomacane i sprawdzone pod kątem użyteczności, a okna podotykane fachowo, coby się upewnić, czy podczas jazdy nie wypadną :D
Przez ciąg wagonów przemyka konduktor.
- Pojicant! Gdzie ma piśtojet?
- To nie policjant! To pan konduktor. Kiedy pociąg ruszy, będzie sprawdzał bilety.
- Natanu tes? Tak?
- Jeśli pokażesz konduktorowi swój bilet, to pewnie też sprawdzi.
Natan z troską obmacuje kieszonkę w swoich bojówkach sprawdzając, czy bilet - relikwia wciąż tam tkwi, ale wzrok jego natychmiast przyciąga składany stoliczek... Złożony, rozłożony, złożony, rozłożony... Klik, klik, klik, klik... Mały Leonardo da Vinci z powagą w oczach rozkminia skomplikowaną konstrukcję stoliczka, oglądając go z prawej strony, z lewej strony, z góry, z dołu, sprawdzając każdą śrubkę i wycierając przy okazji spodniami podłogę w wagonie ;)
Chwila odpoczynku... Kilka łyków soczku z butelki i zlustrowanie pasażerów, którzy wsiedli do pociągu w czasie, kiedy mały był zajęty stolikiem. Wzrok Nataniela zatrzymuje się na pani siedzącej "po przekątnej", a właściwie na tym, co przed nią, ponieważ pani jest w baaardzo zaawansowanej ciąży, praktycznie "na ostatnich nogach".
Natan jeszcze nie bardzo rozumie, że pewne sytuacje wymagają dyskrecji i swoje sądy i uwagi wyraża zawsze szczerze, nieskrępowanie, ciągle na tym samym poziomie decybeli ;) Dlatego wszyscy wokół najpierw zamierają, a potem wybuchają śmiechem w momencie, gdy maluch stwierdza:
- Pani ma duuuuzy bzuch! Do cemu pani ma duzy bzuch?!
- Bo ta pani jest w ciąży i nosi w brzuszku małego dzidziusia.
Mały zaskoczony i zafascynowany jednocześnie, cały czas wlepiając wzrok w brzuch współpasażerki, pyta:
- Dzidziusia? Tak? A do cemu?
- Bo każdy dzidziuś zanim się urodzi, rośnie najpierw w brzuszku swojej mamy. Ciebie też twoja mama nosiła kiedyś w brzuszku.
- Tak? A dzidziuś Natanu widzi? Tak?
- Nie, nie widzi. 
- A do cemu? A dzidziuś śpi? Tak?
- No, chyba śpi.
- A kiedy wijdzie z bzusku?
- Nie wiem, może za kilka dni.
Ludzie w pociągu przysłuchują się rozbawieni...
- A jak dzidziuś wijdzie z bzusku?
Pani w ciąży prawie spłakana ze śmiechu, ale widać, że cała akcja bardziej ją bawi niż krępuje, a malec wzbudza w niej wyraźną sympatię.Sytuacja robi się niebezpieczna, kiedy Natan zaczyna drążyć i najwyraźniej zmierza do niepożądanej, przyspieszonej edukacji, ale dzieci się nie okłamuje, więc...
- No, przez taki mały otworek.
- Pzes otwojku? Tak? A do cemu? A gdzie jest otwojek?
Ufffff!!!
- No, każda pani ma taki otworek, przez który wychodzi dzidziuś.
- A Natan tes ma taki otwojek? Tak?
Dziewczyna naprzeciwko parska niepohamowanym śmiechem i wtula się w siedzącego obok chłopaka, który też nie może opanować rozbawienia.
- Nie chłopcy i panowie nie mają takich otworków. Tylko panie mają takie otworki, ponieważ tylko panie rodzą dzieci.
Myślicie, że na tym się skończyło?! Błąd! Mały wzrokiem hipnotyzera wpatruje się w brzuch kobiety i drąży dalej:
- A gdzie pani ma taki otwojek? W bzusku? Tak? Chce zobacyć taki otwojek!
Teraz to już wszyscy kwiczą. Aż dziw, że kobieta nie urodziła w pociągu, bo brzuch faluje jej od spazmatycznego śmiechu.
- Nie możesz zobaczyć. Poza tym taki otworek jest pod ubraniem.
- Ale gdzie?! Chce zobacyć!!!
- Nie możesz. Każda pani ma taki otworek na pupie.
Mały aż otwiera usteczka ze zdziwienia.
- Na pupie? Tak? Otwojek na pupie? Otwojek do dzidziusiu na pupie? Tak? Dzidziuś wijdzie z otwojku na pupie? Tak??? Do szedeszu??? Tak? Dzidziuś wijdzie do szedeszu???
W tym momencie nie ma chyba w wagonie pasażera, któremu nie ciekną łzy ze śmiechu.
Po raz kolejny dała znać o sobie logika małego dziecka. Dziecko dokonało przyporządkowania :) Skoro wszystkie "otworki" na pupie są przyporządkowane do takiego urządzenia, jak sedes, ponieważ wszystko, co wydalają, ląduje w sedesie, to automatycznie dzidziuś także został do niego przyporządkowany! Może wstrząsająca, ale jednak logika :)))

Trzy prace, które ostatnio wykonałam na zlecenie Pani Ewy... Pojechały już do Warszawy ;)

Poduszka patchworkowa 40 x 60 cm z elementami dżinsowymi i troczkami do wiązania...


Poduszka z kotkiem - 30 x 40 cm...




...i woreczki - 40 x 40 cm.



sobota, 11 sierpnia 2012

Dzień Ciszy, Deszczu i Tęczy

Cicho w domu... Zostałyśmy same z Dalią (aczkolwiek przed godziną dołączył do nas jej facet ;D). Zwierzaki, niby obecne, porozłaziły się po kątach. Ke Tonga, która przez kilka ostatnich dni pożerała wszystko i to w takich ilościach, że zaczynałam podejrzewać, iż robi to celowo, by osiągnąć wielkość swoich kuzynów z Galapagos, "zaległa" na dobre w łazience. To znak, że dryfujemy w stronę jesieni, kochani ;)... Nuka znów niedomaga, jak to mówi moja starsza córcia. Po czerwcowych sensacjach, kiedy to zatruła się jakimś świństwem pochłoniętym podczas spaceru i cudem przeżyła, fundując sobie specjalną dietę do końca życia, dzisiaj znów "wydaliła" i pyskiem, i odbytem nie to, co wydalić powinna i nie w takiej konsystencji :/ Przeleżała cały dzień w koszyku, bez ochoty na mięciutki tapczan, ale wygramoliła się, kiedy zobaczyła na stole arbuza ;) Bo musicie wiedzieć, że mój pies uwielbia arbuzy ;)))... ale nie tym razem, moja mała :)))
Cyntię z kolei OMD zabrał do babci. Może dzieciak odreaguje stres, zafundowany przez jakiegoś złodziejaszka, który przedwczoraj zajumał jej rower z piwnicy. Kurczę, żal mi córci, bo to był jej ukochany rower. Pięć rowerów w wózkarni, a buchnęli akurat jej, tylko ten jeden! Z drugiej strony był najładniejszy i chyba najdroższy. Dodatkowy stres dla niej, to wizyta na komisariacie późnym wieczorem - pytania, zeznania, opisy... Cóż, biednemu zawsze wiatr w oczy... Grey Wolf pisze mi wczoraj: "no proszę, co to w mieście się dzieje ;)", a ja mu na to, że jak u niego mu coś buchną, to przynajmniej może podejrzewać, że to "przez płot" i zostanie niejako w rodzinie :))) Ale to takie nasze żarty, żeby odreagować nieprzyjemną sytuację.
Za to dzień dzisiejszy, mimo iż chłodniejszy, pięknymi "niespodziankami" zrekompensował wszystko. Krótkotrwałe, wyjątkowo ulewne deszcze, wręcz nawałnice z pojedynczych, niezbyt dużych, ale za to groźnie czarnych chmur, fundowały nam przepiękne widowiska. Stałyśmy jak wryte na balkonie, wpatrując się w pionowe ściany deszczu, podczas gdy dookoła świeciło przepiękne słońce, odbijając się złotem w każdej kropli. I tęcza za tęczą, tęcza za tęczą, tęcza za tęczą... Jak w bajce!

Podusia z kotkiem, do której w ubiegły weekend "przytuliła" się Pani Maria z Lubonia ;) 40 x 40 cm.
Kici, kici, kici ;)))