czwartek, 15 sierpnia 2013

W porannej pogoni za grzywaczami

Kilka miesięcy temu moja koleżanka, mieszkająca we wschodnich rejonach Polski, napomknęła w rozmowie o "ptasim albumie", jaki tworzy jej syn. Łukasz wtedy był na etapie wszelkich "gołębiowatych" i brakowało mu grzywacza, którego u nich dość trudno spotkać. Z kolei na łączkę, na którą wychodzę codziennie z psem, przylatuje codziennie o świcie dość spore stadko. Najpiękniej wyglądają, kiedy łąkę spowija jeszcze smużka porannej mgły... Obiecałam koleżance, że spróbuję "upolować" je kiedyś z aparatem i zasilić zdjęciami album jej syna.
Dzisiaj raniutko wychodzę z psem i widzę wymarzoną scenerię: stadko siedzi sobie na trawie, poranna mgła, a w tle wschodzące słońce. Odstawiłam psa, pobiegłam po aparat i kiedy już, już przymierzyłam się do pstryknięcia fotki... trach! Coś huknęło w okolicy i grzywacze poderwały się błyskawicznie. Koniec sesji!
Ale jak już stałam z tym aparatem tak samotnie, pognało mnie nad Wartę... Człowiek w tygodniu zagoniony, nie zauważa zmian w przyrodzie, a tutaj się okazuje, że w tym roku nieco przedwcześnie stanęliśmy na granicy lata i jesieni!
Z jednej strony niby wszystko jeszcze zielone...
Poranna rosa na... zielonej jeszcze trawie ;)



 ...a z drugiej strony robi się jesiennie!




Jeden "samotnik" gdzieś się zaszył w krzakach i był bardzo zdziwiony, że go namierzyłam ;)

A teraz coś w temacie: "Natura w obliczu działalności człowieka" :/

Ptasi 'fast food' :/

Skutek "ustawy śmieciowej": jeśli samorząd nie wie, co zrobić z tzw. gabarytami, mieszkańcy znajdą inny sposób, by się ich pozbyć :/
 Dobrze, że zrobiłam sobie spacerek wczesnym rankiem, gdyż niebo nad Poznaniem zrobiło się później niezwykle "ciekawe" ;)))


Ale to nic... Na kilka najbliższych dni zapowiadają powrót tropikalnych upałów, więc jeszcze się trochę posmażymy u schyłku lata ;)
A propos tropików... Dziecięce podkładki pod talerze ;)




poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Dołączyłam oficjalnie do yerbaciarzy...

...chociaż określenia poyerbani i yerbnieci też są mi znane ;))) Co prawda Yerba Mate piję już od jakiegoś czasu (rok z hakiem?), ale to moje picie było iście amatorskie, ponieważ odbywało się metodą tradycyjną, tzn. zwykły kubek lub filiżanka. Zawsze obiecywałam sobie, że pewnego dnia zainwestuję w sprzęt "profesjonalny", by przekonać się, co jest takiego magicznego w tradycyjnym piciu yerby, a czym zachwycają się wszyscy yerbnięci ;)
     O ile jestem słowna w obietnicach składanych innym, o tyle obietnice składane samej sobie odwlekają się w nieskończoność. Dlatego ogromną radość sprawił mi prezent urodzinowy, jaki otrzymałam w piątkowe popołudnie od moich domowników - w pełni "profesjonalny" zestaw do Yerba Mate: matero z tykwy i bombilla!
     Oczywiście matero zostało od razu poddane procesowi Currado, oczyszczone i w ogóle! Pełen rytuał! ;))) I teraz pytanie do wszystkich, którzy piją yerbę w sposób tradycyjny: czy wasza yerba z tykwy też jest taka gorzka? O wiele bardziej gorzka, niż zaparzona np. w zwykłym kubku? Mam nadzieję, że znajdzie się jakiś znawca, który oświeci początkującą. Będę wdzięczna za wszelkie porady i sugestie ;))) Nadmieniam, że tykwa jest przygotowana prawidłowo, woda też ma temperaturę prawidłową, a yerba tego samego gatunku, jaki preferowałam dotychczas.

     A na koniec piesek - poduszka, uszyty w technice patchworku klasycznego, który ma już swoją małą, dwuletnią Panią ;)))