piątek, 18 kwietnia 2014

Rok...

Dokładnie rok temu mierzyłam się z poważną chorobą. Na tyle poważną, że bardzo długo lekarze nie potrafili postawić trafnej diagnozy, błądząc i w pewnym momencie podejrzewając najgorsze. Ciężka choroba to coś okropnego - niby wiemy, że dotknąć może każdego, ale podświadomie myślimy: "wszyscy, tylko nie ja"... Pamiętam przerażenie moich dzieci, gdy każdego wieczoru walczyłam o choćby najmniejszy, najpłytszy oddech. Pamiętam uciekający wzrok lekarzy, którzy nie potrafili spojrzeć mi w oczy, mówiąc: "Musi pani wiedzieć, że jeśli będzie to to najgorsze, to jest to, niestety, nieoperowalne". Pamiętam kilka tygodni nieprzespanych nocy, bo niby jak długo można spać w pionie, na siedząco... I pamiętam ból, kiedy osoba najważniejsza z ważnych, na której wsparciu najbardziej ci zależy, mówi coś w rodzaju: "Sorry, Mike, ale nie... Nie potrafię... Ale jeśli chcesz pogadać, nawet w nocy, możesz zadzwonić". Jeśli chciałabym pogadać, wiem, że istnieją telefony zaufania. W ciężkiej chorobie człowiek potrzebuje bliskich "namacalnie". Tak, teraz już wiem, że tragedie życiowe konfrontują przyjaźnie, związki, znajomości... A dzisiaj? Po roku? Jestem zdrowa, aczkolwiek potężnie farmakologicznie nafaszerowana :) Chociaż... Żeby nie zapeszyć - od dwóch tygodni bez leków! Żadnych! :)
A co mi dało to "doświadczenie"? Czego nauczyło? Uświadomiłam sobie, że zapewne Ten, który zarządza z Góry tym całym bałaganem, uznał, że na mnie jeszcze nie pora; że jeszcze mam coś do zrobienia, do przerobienia jakieś lekcje i "zadania domowe" :) Nauczyłam się, że przysłowie o przyjaciołach poznawanych w biedzie, ma swój głęboki, racjonalny sens; że jeśli przyjaźń opiera się na świecie wirtualnym i druga osoba nie robi nic, by przełożyć to na świat rzeczywisty, to właśnie na tym jej zależy - na wirtualności tej relacji (ja akurat po niecałych 4. miesiącach zrozumiałam, dlaczego, ale wiele osób zapewne nie doświadcza takiego "oświecenia").  Pojęłam, jak niewielką wagę przykładałam do zdrowego odżywiania, wygospodarowywania czasu tylko dla siebie, myśląc przede wszystkim o innych; dzisiaj zmieniło się to radykalnie, a ja czuję się zdrowsza i silniejsza (fizycznie i psychicznie) niż przed chorobą. Podsumowując: ciężka choroba bywa dla człowieka czasami... ozdrowieniem ;)

Torba uszyta dla Pani Oli w technice 'crazy patchwork':





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz