niedziela, 31 sierpnia 2014

Wędrówki o poranku ;)


Wczesny ranek. Obatuchana w śpiwór leżę na moim łóżku polowym, które przez całą noc skrzypiało przy każdym moim ruchu, nie dając mi normalnie spać. Sen mnie ominął też z innych, smutnych powodów, ale to już inna para kaloszy... Cały "obóz" śpi, więc nie chcę budzić nikogo nadmiarem skrzypienia i moim łażeniem. Wzrok mój napotyka jakiś "Atlas podróżnika". Leży niezbyt daleko, więc myślę, że przy maksymalnym wyciągnięciu ręki i minimalnym poziomie wywołanego hałasu będę miała lekturę na godzinę, może dwie, z której dowiem się, gdzie warto wyjechać i co warto zobaczyć, a moje oczy, w promieniach wschodzącego słońca, nacieszą się widokami pięknych miejsc. Nic bardziej mylnego! Po otwarciu okazuje się, że poza jednostronicowym wstępem, atlas posiada same mapy i kilka podsumowujących tabelek. Cóż, nie wiem dlaczego ja, tępa kobieta, nie przyjęłam do wiadomości, że atlas to nie przewodnik :)

Moja Dalia, leżąca na łóżku obok, budzi się:
- Ty, mama, nie masz co robić o tej porze?!
- Myślałam, że poczytam, ale tutaj są tylko same mapy.
- A co niby ma być w atlasie?
- Myślałam, że dzisiaj marketing wszedł i do atlasów. 
Ale jakoś tak nas ten atlas wciągnął, że po chwili zaczęłyśmy razem "odwiedzać" różne zakątki świata... "Wpadłyśmy" do Sierra Leone i po drodze do mojej koleżanki na Fuerteventura (chociaż Ela obecnie przebywa w Polsce :D ). Potem Nowa Zelandia, w końcu Stany: Wielkie Jeziora, Ponca City w Oklahomie, Dakota Południowa... Tutaj zatrzymałam się na chwilkę i powspominałam sobie, jak to Firefox jeździł ze swoim indiańskim Dziadkiem do szpitala w Rapid City... Następnie zboczyłyśmy w kierunku Antarktydy i prześledziłyśmy wszystkie stacje badawcze, z naszą polską włącznie... Potem jeszcze inne zakątki... W końcu  "odwiedziłyśmy" kilku moich znajomych, rozsianych po świecie, przesyłając im w myślach poranną, dobrą energię :)  Zbyszkowi  - w Perth, w Australii... I dwom najbardziej charyzmatycznym facetom, jakich znam, mieszkającym za kołem podbiegunowym: Bartkowi na dalekiej północy Norwegii i Firefoxowi, mieszkającemu czasowo wśród Inuitów w Kanadzie. 
O ile mapy nie przyniosły nam zbyt zaskakujących odkryć, o tyle tabelki dostarczyły informacji iście szokujących: rekordowe temperatury (+ i -), rekordowe opady... i ta najbardziej powalająca!!! - Barbados ma PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca średnio o 1,5 wyższe, niż Polska!!! Dane sprzed kilku lat, ale myślę, że niewiele się w tej kwestii mogło zmienić, niestety :/
Tak więc, mówię wam, czasami warto "poczytać" atlas :D

***
Kolejna 'Paper Bag Clutch' - tym razem w kolorze wojskowej zieleni ;)






poniedziałek, 25 sierpnia 2014

U progu jesieni

Uwielbiam tę porę roku, gdzieś między latem a jesienią, kiedy wszystko w przyrodzie jest... takie mało dosłowne :) Bo niby jeszcze dni upalne, ale poranki i wieczory wymagają narzucenie na siebie dodatkowego ciucha. Niby ptaki za oknem drą się wniebogłosy o poranku, ale mam świadomość, że część z nich odleciała już na południe; przynajmniej bociany na pewno! Niby drzewa jeszcze zielone, ale kasztanowce w parku uginają się pod ciężarem kolczastych kulek, które lada dzień wysypią swoją zawartość... Kocham tę porę roku także za to, że ziemia na polach, łąkach i w lasach pachnie o tej porze w sposób wyjątkowy. Może od mgieł porannych, które snują się coraz gęściej? 
Właśnie dla tej pory roku zawsze chciałam zamieszkać na wsi :) Ta jesień jeszcze w mieście, niestety, ale następna? Któż to wie? ;)

***
Poduszka 40 x 40 cm. Technika: aplikacja maszynowa, haft ręczny + tasiemki i guziki... Taka prawie jesień na wsi :)






niedziela, 17 sierpnia 2014

Dla Natalki

Kiedy kilka tygodni temu Pani Dorota z Krakowa zwróciła się do mnie z prośbą o uszycie aplikowanej makaty z kieszeniami pomyślałam, że po raz kolejny będę musiała tłumaczyć się z tego "dlaczego to jest takie drogie". Inspiracją klientki była bowiem ta makatka:
Aplikacja maszynowa, haft ręczny, kieszonki - jednym słowem bardzo dużo dłubaniny. Moje obawy okazały się jednak bezpodstawne, gdyż Pani Dorota należy do nielicznej w dzisiejszych czasach grupy "klientów świadomych", jak ja to nazywam. Klientów, którzy zdają sobie sprawę z tego, że artysta to przedsiębiorca, który musi płacić ZUS, podatki, jeść, pić, mieszkać, ubrać się na cztery pory roku i miewa też rodzinę, którą musi utrzymać. W jednym z maili napisała do mnie: "W naszym kraju, niestety, artyści są niedoceniani. Wiem coś o tym, ponieważ moja córka jest wiolonczelistką." Zastanawiam się, dlaczego tak jest, że ogromna część społeczeństwa uznaje artystów i rękodzielników za ludzi żyjących powietrzem, bez zobowiązań, beztrosko i z potrzebami sprowadzonymi do minimum?
Wróćmy jednak do makatki :) Ma być prezentem dla maleńkiej Natalki, która właśnie przyszła na świat w dalekiej Kanadzie. Temat przewodni - "wierna kopia" pewnej wsi pod Krakowem, która ma w przyszłości przypominać młodej damie, że "stąd jej ród" i tutaj właśnie mieszka duża część kochającej ją rodziny. Szyłam ją na podstawie zdjęcia i... własnoręcznego rysunku Pani Doroty! Fajne jest też to, że mogłam wyjść poza "kolorystykę dziecięcą", przyjętą w naszym kraju za normę, czyli niebieski i różowy :) W trakcie szycia pomysł klientki rozszerzył się o imienne literki i zwierzaczki do makatkowych kieszonek. Efekt na zdjęciach.













sobota, 2 sierpnia 2014

Zaskoczenie na cmentarzu :)

Pogoda jest, jaka jest - dla roślin trudniejsza do "przeżycia" niż dla ludzi, więc wybrałam się dzisiaj na cmentarz, by wspomóc kwiaty w wazonach. Wracam już do domu, przemieszczając się alejką ku cmentarnej bramie i w pewnym momencie wzrok mój przykuł taki obrazek: na jednej z wyższych płyt nagrobnych, na wysokości mojego wzroku, jakieś 15 metrów ode mnie, stoi posążek... kaczora kaczki krzyżówki! W pierwszej chwili pomyślałam, że zmarły musiał bardzo kochać te piękne ptaki, a rodzina wykazała się wielką odwagą, by ten jakże kontrowersyjny w tym miejscu posążek "wkomponować" między krzyże, anioły, rzeźby Maryi i Jezusa. Ale zbliżam się na odległość jakichś 2 metrów i... "posążek" mrugnął do mnie oczkiem, lekko przekrzywił łebek, by przyjrzeć mi się z ciekawością, poruszył łapką, po czym sfrunął na kolejną płytę nagrobną, i kolejną, niżej, i niżej... by wylądować tuż za mną w alejce i podreptać przed siebie, zgrabnie i z gracją omijając groby. Żałowałam, że nie zabrałam aparatu fotograficznego...
Przyznam, że dla mnie, animalsa, to niezwykłe spotkanie sprawiło, iż dzisiejszy pobyt na cmentarzu był chyba... najmilszym (!) ze wszystkich dotychczasowych. Ogólnie nie lubię cmentarzy i chodzę tam tylko z szacunku dla moich bliskich zmarłych, ale jeśli miałabym spotykać na nich za każdym razem tak cudne zwierzaki... ;) Pomyślałam też o tym, że także moi zmarli zapewne nie mają nic przeciwko kaczkom krzyżówkom - wszak wszyscy byli mocno zwierzolubni :)

***
Ocieplacz na imbryk (przód i tył). Technika 'crazy patchwork'.